czwartek, 10 maja 2012
ubicacion
Jeszcze parę lat temu podróżowało się na tzw. wariata, wykazując zainteresowanie ewentualnym noclegiem dopiero na miejscu. Jednak od kiedy posiadam małżonka, którego w przeszłości sukcesywnie karałam atrakcjami noclegowymi typu: spanie na plaży, na dachu budynku, przerabianie fiata punto na przyczepę kempingową, staram się być bardziej odpowiedzialna i myśleć o innych. Z tego myślenia o innych wyłoniło się pierwsze kryterium przy poszukiwaniu noclegu, jakie mi przyszło do głowy: "żeby można było gdzieś w spokoju zapalić". Po chwili zastanowienia dodałam drugie kryterium: „żeby było blisko wszędzie i widok”. Nad trzecim nie musiałam długo główkować, bo było oczywiste: „tanio ma być i schludnie” czyli cheap shit z naciskiem na cheap a nie na shit. Pomocne w poszukiwaniach okazały się rozmaite portale z wyszukiwarką noclegów, gdzie oprócz cen i podstawowych informacji można poczytać też opinie ludzi o interesujących mnie zagadnieniach. Po wstępnej selekcji i odrzuceniu bardzo podejrzanych miejscówek, a także tych, o których pisano, że karaluchy pod poduchą itp, oraz wszelkich klitek bez okna i balkonu (patrz kryterium nr 1) wyłoniłam swoje typy. Przy okazji wzbogaciłam swe języki obce dowiadując się, że „buena ubicacion” wcale nie oznacza pięknej ubikacji. Tknęło mnie, gdy po raz kolejny przeczytałam taki komentarz pod jednym z hosteli, głowiąc się, o co im chodzi z tym kiblem??? Fajnie, że jest taki zajebisty, że wszyscy o nim piszą, no ale bez przesady - wszak jadę zwiedzać miasto a nie siedzieć w kiblu. Google uświadomiło mi, że buena ubicacion to żaden kibel, a po prostu „dobra lokalizacja”, więc przy okazji moje kryterium nr 2 nabrało mocy. Ostatecznie urzekł mnie taras na dachu pewnego hostelu w samym sercu Granady. Święty rezerwując pokój upewnił się, czy aby mamy dostęp do tego tarasu, zaznaczając, że my musimy ten taras mieć w najbliższym pobliżu, ponieważ „żona chodzi na papierosa co 15 minut”(co jest oczywiście kłamliwym pomówieniem) Wygląda na to, że będziemy mieli gdzie spać – oprócz tego jest taras, jest widok, a jedyny zły komentarz o hostelu napisał jakiś Niemiec, w dodatku o imieniu Helmut więc się nie liczy. Helmutom nie wierzę (chyba że ma na nazwisko Newton;)
sobota, 05 maja 2012
majowe podprogi telewizyjne
telewizja szkodzi Od czego by tu zacząć - może od tego, że złapałam podproga oglądając program "Kolosy Starożytności - Alhambra" na National Geographic. Zapatrzywszy się na gustowny sufit, który akurat mignął mi w telewizorze, pomyślałam, że koniecznie trzeba go zobaczyć z bliska. I jeszcze sobie pomyślałam, że czas zmienić krajobraz przed oczami, chociaż na chwilę, bo tak dawno nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. I jak to w ogóle możliwe, że będąc parę razy w Andaluzji, zawsze omijałam Granadę szerokim łukiem. faza planowania Nienawidzę wycieczek zorganizowanych z biurem podróży i nikt mnie nie zmusi, żebym pojechała na wywczas all inclusive, chyba że po 70-tce. Kwestia lotniska w Lublinie jest nadal w fazie „będzie w 2012 a może w 2013”, więc trzeba się ratować lotniskami posiłkowymi. Padło na Kraków. Może nie jest to najbliższe sąsiedztwo, ale w Krakowie mieszka dawno nie widziana Jolanta, więc wakacje rozpoczną się o dzień wcześniej. Zakupiwszy bilety na trasę Kraków – Malaga, część organizacyjną uznałam za wstępnie zakończoną. Wstępnie – bo przydałoby się jeszcze czasem gdzieś spać w tej Granadzie no i zobaczyć to, co było moim natchnieniem na tą wyprawę – Alhambrę. sułtańskie kłody pod nogi Naiwnie myślałam, że aby wejść do Alhambry trzeba po prostu kupić bilet w okienku przy wejściu. Wygląda jednak na to, że to wcale nie taka prosta sprawa. Bilety na każdy dzień są limitowane, więc żeby nie ryzykować pocałowania bogato zdobionej sułtańskiej klamki, należy się zaopatrzyć w nie dużo wcześniej. Zdziwienie moje było ogromne, gdy na stronie z biletami odkryłam, że w okresie, w którym będziemy w Granadzie prawie wszystkie bilety do Alhambry są już wyprzedane, pozostały jedynie jakieś niedobitki na późne godziny popołudniowe, które mnie nie interesują, bo ja potrzebuję porannego światła;) do zdjęć i chcę tam spędzić cały dzień, już sobie upatrzyłam palemkę w ogrodach sułtańskich, pod którą będę odpoczywać:) exceptionalmento loco Szukając rozwiązania problemu natknęłam się na stronę z biletami „Bono Turistico”, których zakup umożliwia między innymi wejście do Alhambry, przy czym można sobie bez problemu wybrać dogodną datę wizyty. Jesteśmy uratowani – ucieszyłam się i dokonałam zakupu biletów przez internet. Pod koniec transakcji, zamiast potwierdzenia z kodem, które mam okazać w Granadzie, żeby odebrać bilety (tak, tak, nie można sobie ich normalnie wydrukować od ręki)wyświetlił mi się komunikat „zamknij” i strona powiesiła się w cholerę. Potwierdzenia nie ma, tajemnego kodu nie ma, ale co tam, pewnie przyślą mailem, skoro kasę z karty pobrali, pomyślałam naiwnie. Po kilku dniach oczekiwań napisaliśmy do instytucji odpowiedzialnej za sprzedaż biletów. Pani za biurkiem tam w Granadzie, używając specyficznego dialektu polegającego na dodawaniu do angielskich słów końcówki „eiro” (tak sobie wyobrażam że to pani)najpierw nas upomniała 3 razy, żebyśmy wpisali w formularz „from the pajina” POPRAWNE dane. „If you have tried rrellenar the questionnaire has to do with the same data I use when I make the purchase as the esccirbio”- dodała. Kurcze, nie mam innych danych personalnych, więc te co piszę muszą być poprawne, denerwowałam się, po raz 10-ty analizując dokładnie każdą literkę w moim nazwisku. Zła na cały hiszpański poziom chaosu posłałam kolejną prośbę o prostą odpowiedź – czy mamy te bilety czy ich nie mamy. W końcu po dwóch dniach pani się obraziła i przesłała kod dodając, że robi to „exceptionalmento”. Tajemny kod zdobyty. Czy faktycznie dostaniemy te bilety? - okaże się na miejscu.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
boazerion destruction
Misja ”kuchnia” wstępnie ogarnięta. Efekt - zakwasy jak po meczu rugby, nieplanowany permanentny niebieski manikiur, ale za to powiało Skandynawią. Jednak nie wszystko poszło gładko i zgodnie z planem. update* Sytuacja poglądowa (już po malowaniu boazerii na biało, ale jeszcze przed działaniami artystycznymi mającymi na celu upiększenie/oszpecenie kuchni)
I czas na działania artystyczne:
Zdjęcie do zawieszenia nad kuchennym stołem (fotka cyknięta na wakacjach, rama odnaleziona w odmętach kuchennych rewolucji - za szafkami się ukrywała przez kilka lat)
Kuchenny stół też padł ofiarą działań artystycznych...
i mały stolik, na którym robiłam eksperymenty zanim zdecydowałam się "popsuć" stół w kuchni
poniedziałek, 09 stycznia 2012
rokokoko w Maroko
Nagle, po półrocznej ciężkiej harówie od rana do nocy, godzinach poszukiwania bielszego odcienia bieli, poprawianiu po kosmetyczce, księdzu i fryzjerce okazało się, że mam wolne. Sezon ślubny zakończony. Poczułam się dziwnie, nie musząc wstawać o 6 rano do komputera. W pierwszy wolny dzień kręciłam się po mieszkaniu poszukując jakiegokolwiek zajęcia zamiast cieszyć się możliwością odpoczynku. Święty mówi, że mam syndrom żołnierza po wojnie. Na drugi dzień wygrzebałam zaległe zdjęcia do obróbki, ale po kilku minutach okazało się że ja już nie mogę więcej patrzeć na zdjęcia. Alergię mam. Zabrałam się więc za twórczość stolarsko-malarską. Wykorzystując pochopnie wypowiedziane przez Świętego słowa „Możesz pomalować drzwi od szafy w przedpokoju” (tak, tak, ja wiem, że trudno w to uwierzyć, bo ostatni wpis dotyczący remontu był z kwietnia, ale on dalej trwa...)zakupiłam zestaw do bejcowania w kolorze turkusowy błękit, żeby nadać drzwiom charakter z lekka marokański. To nic, że turkusowy błękit okazał się w międzyczasie seledynem sraczkowym. Wbrew kłodom rzucanym mi pod nogi przez producenta bejcy, który to prawdopodobnie powlewał do buteleczek losowo wybrane kolory nalepiając na wszystkich jednakową etykietę, pociągnęłam po seledynie niebieskim, poprawiwszy następnie własnoręcznie skomponowaną mieszanką kolorytyczną aż uzyskałam satysfakcjonujący mnie kolor, którego odcień zmienia się w zależności od rodzaju oświetlenia. Jest Maroko jak w mordę strzelił. Teraz rozmyślam nad zakupem drewnianych skrzyń z planem kreatywnego „popsucia” ich gustownym dekupażykiem marokan stajl. Wprawdzie nie wiem jeszcze jak, bo nie umiem, ale chęć nauki mnie rozsadza. Skrzynie będą stały na górnej półce zastępując pawlacze boazeryjne, których już nie ma. W oczekiwaniu na zakup odpowiednich skrzyneczek, przyjrzałam sie krytycznie naszej kuchni, gdzie nadal króluje nieśmiertelna boazeria. W przedpokoju zerwaliśmy, ale kuchnia ocalała. „Jakby tak pomalować to całe dziadostwo na biało to wyszłoby może tak trochę skandynawsko, świeżo i jasno” – myslałam głośno. „Ja nie chcę brać w tym udziału” - Święty popatrzył na mnie krytycznie. „Jak zrobię dodatki granatowe to taki motyw przewodni marynistyczny trochę będzie, i ten obrazek od Karrin by pasował, wcale nie szkodzi że francuski, taki będzie skandynawian – frencz - maroko- marine stajl” - zaczęłam kombinować. Święty uciekł do swoich zajęć. Zaopatrzywszy się w preparat do zdejmowania poprzednich warstw lakieru (śmierdzący jak cholera), szpachelkę, pędzel i farbę do drewna w kolorze „skandynawski szron” zabrałam się do roboty. Zobaczymy co wyjdzie...
niedziela, 02 października 2011
październik
Pierwsze było wilczydło, które ze względu na swój wiek powinno być groźne i mądre, a jest małym szczeniakiem zamkniętym w ciele dużego psa. Potem dołączył Borys - buntownik i ponury drapieżca, włóczący się po nocach.
Kiedyś Borys z kolejnej nocnej wycieczki przyprowadził Marysię
Marysia najpierw robiła nieśmiałe podchody, aż w końcu zaczęła przychodzić do Borysa "na noc" i tak już została na stałe. Po jakimś czasie okazało się, że Marysia wcale nie jest dziewczynką:) Ostatnio przypałętało się jeszcze jakieś małe, rude stworzenie i nikt nie miał sumienia go przegonić. Całe zoo doskonale się dogaduje, niektóre koty warczą po psiemu, niektóre tylko mruczą. Pies jeszcze nie miauczy ale nigdy nie wiadomo co będzie...
środa, 29 czerwca 2011
busy as hell
Przyznam, że zaniedbałam ostatnio bloga, wyjmę więc Magnusa śliwkowego z lodówki i napiszę chociaż parę słów, bo od zdjęć odrzut mam (hmm..ciekawe czy dlatego, że spędzam nad nimi jakieś 15 godzin dziennie od kilku tygodni, czy jest może inna przyczyna tej niechęci?) Z kwestii remontowych - jak wydłubaliśmy zimą tą boazerię, tak nadal tkwi wydłubana, a właściwie nie tkwi, bo jej nie ma, ale zastępnika żadnego też nie znaleźliśmy, więc sprawa ucichła. Już mi to nawet przestało przeszkadzać, przyzwyczaiłam się. Zresztą nie mam czasu się nad tym zastanawiać, bo ciężka harówa się zaczęła, terminy gonią, nadgarstek boli i pogoda nie chce współpracować, a ja ni cholery nie potrafię jej przewidzieć, co jest mi ostatnio wręcz niezbędne. Ale w każdej pracy jest też jakaś rozrywka, ostatnio na przykład miałam okazję obserwować puszczanie lampionów nad stacją benzynową:) Zostałam również zdekonspirowana na weselu przez jednego gościa, a moje metody pracy ujawniono:
:)
niedziela, 10 kwietnia 2011
w tak zwanym międzyczasie...
Nadal nie mamy koncepcji na przedpokój, więc prace stanęły w miejscu. W międzyczasie Święty zapodał pomysł na kreatywne wykorzystanie resztek zdewastownej boazerii i wymyślił taką oto aranżację ściany na czas naszych przemyśleń "co dalej i w którym kierunku";)
środa, 26 stycznia 2011
uwaga! trwają prace budowlane
W końcu dojrzeliśmy psychicznie do zmian. Na pierwszy ogień poszła łazienka, która z całym swoim rokokoko z lat 60-tych doprowadzała nas do szału. Z dziką satysfakcją obserwowałam jak Święty pacyfikuje różowo – bąbelkowe kafelki młotem pneumatycznym. „Żeby tak jeszcze przy okazji boazeria w przedpokoju odpadła niechcący” - zaciskałam kciuki. Nikt nie przewidział jednak małych szczegółów, które zmieniają całkowicie pojęcie o przeprowadzeniu takiej akcji. Po pierwsze - że remont to nie tylko wizja lepszego wyglądu pomieszczenia, lecz również – kłótnie i awantury o kolor płytek, gruz sypiący się na głowę, pył w zębach, nosie i pod klawiaturą, bieganie po sąsiadach za kiblem i prysznicem oraz tym podobne problemy logistyczne. A zaczęło się od plaży nad oceanem. A właściwie od siedmiu luksferów w kolorze lazur, zakupionych pod wpływem chwili do zalepienia okienka pomiędzy kuchnią a łazienką. "Może na podłogę ciemny brąz, jasny beż na ścianę, żeby powiększyć optycznie przestrzeń, a rurę na okrągło się oblepi mozaiką w barwach morskich" – wysnułam swoją wizję na głos, po czym spotkałam się z ogólnym oburzeniem Świętego, panów z ekipy i Wielkiego Szefa. „Gdzież niebieski z brązowym!” - zakrzyczeli mnie, więc się obraziłam. Przez kolejne dwa dni próbowałam różnych forteli usiłując przeforsować swoją wizję. „Jeśli morze i piasek na plaży ładnie wyglądają razem, a do tego molo jest ciemne to i w łazience będzie ładnie wyglądać” - tłumaczyłam, lecz nikt mnie nie chciał słuchać. Miarka się przebrała, gdy Święty w budowlanym markecie łaził za mną z facetem z obsługi przekonując do swoich racji, i tenże autorytet od kolorów pokazał paluchem na wściekle żółte kafle, mówiąc „O,takie ecru by pasowało”. O nie, żadni daltoniści bez wyobraźni nie będą mi się wtrącać do łazienki – strzeliłam focha i ogłosiłam kapitulację. Na drugi dzień przyjechał Wielki Szef. „Wiesz co, ja przemyślałem ten pomysł i stwierdzam, że to będzie bardzo dobrze wyglądać” - wyparował od drzwi. Na trzeci dzień Święty przy okazji oglądania płytek na podłogę przywlókł kawał niebieskiej mozaiki z drugiego końca sklepu, przyłożył i powiedział - „To mi się podoba, tak byłoby ładnie”. „Jak chcecie to zróbmy brązową, mnie już wszystko jedno”- powiedziałam. „Brązowa będzie nudna” - powiedział Wielki Szef „Mnie się niebieska podoba” - powiedział Święty „W końcu jakieś dobre połączenie, a nie zielony ze szlaczkiem jak u normalnych ludzi”- powiedziała pani w sklepie (czym sprowokowała mnie do przemyślenia słowa „normalny”) Decyzje zapadły. Co wyjdzie – zobaczymy. Na razie wielki armagedon trwa... *** update obrazkowy:
update sytuacyjny: W sobotę wpadliśmy na genialny pomysł, żeby spacyfikować cholerną pomarańczową boazerię w przedpokoju. Święty od razu wyciągnął młotek i przeszedł do czynów. Zrobiło się jaśniej. Odkryliśmy gustowną tapetę w cegiełki na ścianie. Niestety nie odkryliśmy żadnych zakamuflowanych skarbów ani pieniędzy w słoikach po poprzednich właścicielach. Na razie żyjemy w stanie zawieszenia - boazeria już wydłubana do połowy (czasem któreś z nas podejdzie i walnie młotkiem w ramach ćwiczeń relaksacyjno - gimnastycznych), ale wizji na "co dalej" nie mamy jeszcze żadnych.
sobota, 18 grudnia 2010
na biegu
Mikołaj przyjechał w tym roku w międzyczasie. Na biegówkach. I przywiózł Sprocketa. O Sprockecie zwanym rakietą będzie poźniej, jak tylko odzyskam dowody strzelania z plastikowego pudełka, a o biegówkach...no cóż - trzeba było założyć, rozjeździć i nabawić się porządnych zakwasów.
Nie, żebym umiała jeździć, ale radocha jest pomimo braku umiejętności:) Sezon narciarski po lubelsku uważam za otwarty.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Szkocja, dzień dwunasty i trzynasty
Od rana szukamy po wsi działającej drukarki, żeby wydrukować bilety na powrót. Ostatecznie zmuszeni jesteśmy zapisać się do biblioteki publicznej, żeby skorzystać z komputera. Czas na pakowanie, pozbywanie się ostatnich blaszaków funciaków i zgrywanie 50 giga zdjęć. I czas na małe conieco
ostatnia wieczerza przed wyjazdem Szkocja żegna nas deszczem i chłodem. Odziana w grube skarpety, dżinsy i dwie bluzy nie wiem co ze sobą począć po wyjściu z lotniska w Warszawie (jakieś 32 stopnie ciepła). Szokiem termicznym kończymy wakacje.
Szkocja, dzień jedenasty
Portencross
Largs Yacht Haven (jak dla mnie - heaven)
I gdyby mnie siłą nie zabrali z tej mariny to pewnie bym tam została na jakiś miesiąc, dwa albo trzy lata. Już sobie gustowny katamaran upatrzyłam... Largs
wtorek, 30 listopada 2010
Szkocja, dzień dziewiąty
Nawet, gdybyśmy chcieli zostać dłużej, pogoda nie sprzyja biwakowaniu. Leje od dnia poprzedniego ciągiem i nie zanosi się na poprawę. W Tobermory nie ma campingu, więc parkujemy naszą "sypialnią" w centrum miasta - w porcie, pomimo zakazu. Nie ma tłumów, więc udaje się nam nielegalnie przespać noc w marinie bez żadnych problemów. Poza tym część nocy spędzamy w pobliskim pubie oglądając występ kapeli z sąsiedniej wyspy. Wartym odnotowania jest fakt, że koleś grający na dudach wyglądał jak z reklamy Marlboro (według Karrin) i nie widziałyśmy jeszcze nikogo, kto tak dobrze wygląda w spódnicy:) Co by chłopaki nie zagrali to i tak koncertowi towarzyszyły piski i ogólny ślinotok lokalnych dziewcząt. Taki frontman to prawdziwy skarb marketingowy dla zespołu. powrót
Po raz kolejny lądujemy w Oban, jednak znowu tylko przejazdem, więc tradycyjnie już "strzelam przez okno". Miasto jest warte dokładniejszych oględzin, więc obiecuję sobie, że kiedyś tu wrócę.
Na trasie trafiamy przypadkiem na gustowną kapliczkę, w której poza nami nie ma żywego ducha (oprócz ducha Bruce'a)
c.d.n.
sobota, 27 listopada 2010
Szkocja, dzień ósmy
Isle of Mull Porankiem ekipa uzupełnia niedobór kofeiny w organizmach, zwija cygański obóz i rusza na prom. A na promie najbardziej cieszę się z prądu:) bo w końcu mogę zgrać zdjęcia z aparatu i "uwolnić pamięć".
Za plecami Oban, przed nami wyspa Mull...
Jedziemy w kierunku Tobermory, po drodze mijamy wysyp hiszpańskich turystów ganiających po polu za krowami
Tobermory było dla mnie pechowe. Okazało się (po powrocie) że niechcący unicestwiłam cały folder z najlepszymi zdjeciami z miasteczka. Szkoda mi:(
Miasteczko było kolorowe, bajkowe, ale ...ciasne. "Jedźmy do Calgary" - zaproponował Jake.
Calgary Bay
Na długo po tym, jak przykleiła się do nas watacha pociesznych kojotów na plaży (każdy z innej parafii, ale głównie z tych "puniowatych") i zaraz po tym, jak na chwilę zaświeciło słońce nad zatoką, nadeszła burza A podczas burzy ludzie różne rzeczy robią. Niektórzy obserwują deszcz z bezpiecznego schowka w samochodzie, inni idą góry zdobywać w ...gumiakach bez pięt. Konsekwencją nadmiaru świeżego powietrza i dzikich wrażeń był nagły powrót do miasta. c.d.n.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Szkocja, dzień siódmy
Road trip Od sąsiadów z domu wyszedł Alan. „Fofasewyyylnajłeediinuu”- rzucił na powitanie zauważając Świętego. Święty zamilkł po czym uciekł w popłochu. „Nie śmiej się tylko tłumacz, co on właśnie do mnie powiedział”- zawołał do Jake'a, który zanosił się ze śmiechu obserwując całą sytuację przez uchylone drzwi. Wszyscy nadstawiliśmy uszy z zainteresowaniem... (specyficzny slang Alana od zawsze pozostawał dla nas tajemnicą) „The forecast says it will be nice weather this afternoon” Załadowawszy do kampervana wszystkie możliwe niezbędniki, ruszyliśmy na północ.
"Jest na trasie taki pub, do którego przyjeżdżają motocykliści z siekierami za pasem, ubijają turystów i zakopują ich w lesie" - Jake zarzucił ciekawostkę. "Musimy koniecznie tam pojechać!!!" - wszyscy byli za.
The Drovers Inn
Pogłoski o motocyklistach z siekierami okazały się mocno przesadzone, w związku z tym bez uszczerbków na ciele i umyśle mogliśmy kontynuować naszą wycieczkę.
Oban Pierwszy cel - fish & chips
Miasto obserwuję zza samochodowej szyby, bo nie ma czasu na zwiedzanie, musimy znaleźć jakąś miejscówkę na nocleg
Ganavan Sands (Cel drugi - kwaterunek)
Stacjonujemy na plaży z widokiem na zachód słońca. Mamy tu wszystko (oprócz prądu). Karty pamięci do aparatu znikają w zastraszającym tempie, trzeba zgrywać na lapka, którego nie ma gdzie podłączyć.
Jutro płyniemy na wyspę, którą widać na horyzoncie. c.d.n.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Whatever u do don't tell anyone;)
|