turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 09 marca 2015
wiosna

DSC_2812

Wiem, wiem, obiecywałam że ciąg dalszy nastąpi, rok minął a tu cisza. Dawno mnie tu nie było, przez ten czas trochę się zmieniło oprócz jednego - złapaliśmy "fazę rolniczo - ogrodniczą" w związku z czym w ubiegłym roku w dniu 21 marca, gnani wiosennym podmuchem po raz kolejny spakowaliśmy tobołki i ewakuowaliśmy się na wieś, zakładając letnie obozowisko w przyczepie kempingowej. Tak było rok temu. A jak będzie w tym roku? hmmmm - do 21 marca jeszcze 2 tygodnie ;)

P.S. Być może niektórych ciekawi czy wyrosło cokolwiek z moich pomidorów wysiewanych w bloku (patrz poprzednie posty), dzielnie znoszących przeciwności pogodowe i moje amatorskie ekperymenty? Otóż wyrosło:

DSC_3645

DSC_3647(oczywiście zdjęcia były robione pod koniec lata)

czwartek, 28 listopada 2013
z pamiętniczka działkowca - c.d.

Weszłam na bloga, patrzę, a tutaj nadal maj :) I nie miałabym nic przeciwko, ale chyba czas nadrobić zaległości.

Bo w lipcu było tak:

Bonzo Myszykiszka

W naszym „cygańskim obozowisku” pojawił się nowy współlokator. Szybko opanował technikę wchodzenia przez koci właz do przyczepy, wspinania się po rąbku zwisającego prześcieradła na łożko i „łapowania” nas po twarzach o 4 nad ranem w celach towarzyskich.

Podczas gdy Frusciante (Bonzowa madre) odbywała rekonwalescencję po kocich operacjach, Bonzo umilał nam (lub uprzykrzał) życie na wsi.

Kocioshop

Bonzo często „pomagał” mi w pracy podgryzając zwisające kabelki i maltretując klawiaturę od kompa. Najbardziej fascynował go program do obróbki zdjęć i potrafił godzinami wodzić oczętami (lub łapą) za poruszającym się po ekranie kursorem. Mysz komputerowa obudziła w nim pierwotny instynkt łowcy, więc traktował ją jak zdobycz, którą trzeba upolować. Czasem wyskakiwał mi zza pleców, robił pac łapą, trafiał jakimś cudem w enter i próbował zatwierdzać mi zdjęcie zanim zdążyłam się wypowiedzieć czy już skończyłam nad nim pracować czy jeszcze nie. Zaskakiwał też znajomością skrótów klawiszowych - kilka razy zdarzyło się, że po chwili nieobecności wracałam do kompa, a na monitorze komunikat w stylu: Jesteś pewien, że chcesz scalić wszystkie warstwy? Tak oto praca nad zleceniami, które wtedy robiłam szła mi sprawnie i szybko ;)

Zarazus pomodorus

W międzyczasie miałam okazję zapoznać się bliżej ze zjawiskiem zwanym „zarazą ziemniaczaną”. Zjawisko znane mi wcześniej jedynie z lektury forum ogrodniczego, na którym wszyscy nawzajem straszyli się tą apokalipsą odczułam na własnej skórze (a właściwie na skórach moich pięknych pomidorów, których to kilka pełnych taczek musiałam wywalić na zbity pysk).

 

Na szczęście sytuacja została opanowana i pomimo sporych strat wyglądało na to, że jednak będzie co ukroić na kanapkę ;) ale o tym już w następnym odcinku.

środa, 12 czerwca 2013
z pamiętniczka działkowca

Maj

Gdy już zabrakło przestrzeni życiowej w blokowym mieszkaniu, bo z moich malutkich roślinek wyrosła dżungla nadszedł czas by zgarnąć cały ten majdan i wywieźć wszystko w teren.

 „Zgarnąć cały majdan” oznacza znieść miliony skrzynek z sadzonkami z trzeciego piętra na podwórko i zapakować do samochodu. Czynności te wykonywał Święty bo mi się w międzyczasie zepsuło kolano, chodzić nie mogę i tylko się szwędam podpierając laską po pradziadku Walerianie niczym Dr House. Wszystko weszło w trzech turach do naszego volvo kombiaka, który mieści więcej niż powinien i przewoziliśmy już w nim dosłownie WSZYSTKO. W zasadzie powinnam napisać oddzielny rozdział o tym czego to ludzie nie wożą volviakami, bo to bardzo ciekawa sprawa jest. Ale nie o tym ja tu chciałam.. Ptaszki ćwierkają, a ja sobie tu siedzę w zorganizowanym na wzór obozu cygańskiego „letnim biurze” na leżaku pod przyczepą i doglądam. „Pomidory wsadza się w grunt po 15 maja” - wyczytałam w internecie. Jakoś to zdanie najwyraźniej do mnie nie dotarło, bo wszystko siedzi już w gruncie od początku maja, w szklarni misternie skonstruowanej przez Świętego powsadzałam najbardziej cenne odmiany, a na tarasie rosną granaty, mandarynki, awokado i zioła.

Frusciante

Zaobserwowaliśmy, że papryce nieznany intruz podgryza liście. Obstawiliśmy bażanta, który szwęda się tu czasami, jednak okazało się, że intruzem nie jest El Bażante tylko Frusciante. Kicura urodziła się w zimie, więc wiosna, która przyszła odkryła przed nią całkiem inny, nowy świat – świat nowych smaków, zapachów i fruwających owadów.

Taki był maj – bez kwitnący w naszym cygańskim obozowisku, Frusciante eksplorująca roślinność i motyle, „piorunujące” burze oraz ogrodowe eksperymenty.

Czerwiec

Czuję się tu trochę jak na koloniach, tylko ostatni turnus z pogodą nie dopisał. Czerwiec przyniósł pierwsze pomidory

 

są na razie tak duże jak agrest, ale czekam cierpliwie

... i nowy przychówek w naszym mini zoo.

Welcome to the jungle :)

Sama nie wierzę, że sadzonki wyhodowałam w bloku na parapecie:)

Roślinność wybiła w górę, czego nie zauważyłam dopóki nie przejrzałam zdjęć sprzed paru tygodni. Przy okazji wyszło, że pomidory, które miały być „karłowe” urosły na prawie 2 metry i wygląda na to, że rosną dalej. Albo we Włoszech karłowatość oznacza wielkołodygowatość albo pomyliłam się przy opisywaniu sadzonek. Z moim poziomem chaosu w sobie obstawiam to drugie;)Na tarasie w donicach rosną koktajlówki, ale jak tak na nie patrzę, to też zaczynam je podejrzewać o to że są San Marzano ale się nie przyznają, jakieś duuuże te krzaczory...

poniedziałek, 25 marca 2013
z wiosennym przesłaniem

Syndrom gniazdownika

Być może to mój ukryty syndrom gniazdownika, a może niedawny pobyt na wsi spowodował, że znalazłam sobie nowe hobby. Na nieszczęście, owo hobby jest czasochłonne, a czasu ci u mnie niedostatek, więc jeszcze nie wiem jak uda mi się ogarnąć wszystkie moje przedsięwzięcia, ale będę próbować i nie spocznę nim nie zjem własnego pomidora z krzaka :) Zaopatrzywszy się w najnowszy numer „Działkowca” (Święty popukał się w głowę widząc moją lekturę „Jezuuu, już całkiem ci odbiło, gazety dla emerytów czytasz..”) oraz posiadłszy garść tajemnej wiedzy pozyskanej z forum dla ogrodników rozpoczęłam działania mające na celu wyhodowanie eleganckich sadzonek rozmaitych roślin jadalnych, które zamierzam zjeść bliżej lata/jesieni. Z czasem zaobserwowałam, że moje nowe zajęcie wciąga niczym nałóg, a ja nie mam umiaru w grzebaniu w ziemi i wsadzaniu do niej kolejnych nasion. Oprócz cennego czasu moje poczynania wymagają również przestrzeni, której w domu brakuje. Miliony kubków po jogurtach i „doniczek” sporządzonych z butelek po wodzie obstawiają sporą część naszego salonu. Z kubeczków nieśmiało wyglądają sadzonki pomidorów z Syberii, Australii, włoskich pomidorów z przeznaczeniem na suszenie, papryki wszelkiego rodzaju od tych very fuc... hot po zwykłe czerwone słodkie, arbuz też wygląda, fioletowe kalafiory, zielone kalafiory, bazylia, tymianek, estragon, oregano i inne rucole, rozmaryny czy rodzynki brazylijskie. Duży pokój, który z założenia ma być „dużym pokojem” czyli miejscem, w którym ludzie spędzają czas, jest teraz eksperymentalną szklarnią, biurem, w którym pracuję oraz studiem fotograficznym.

O mój rozmarynie rozwijaj się...

W nałóg już mi weszły poranne obserwacje moich upraw eksperymentalnych i tak sobie stoję zwykle z kubkiem kawy i patrzę czy coś nowego „wystartowało”, zadaję sobie pytania bez odpowiedzi typu: dlaczego Black Sea Man jest mniejszy niż San Marzano oraz upominam rośliny, które są bardziej oporne na moje starania „wyłaź, dziadu...”

Taaaaaa. No to ja tu pierdu pierdu o pomidorkach i arbuzach a za oknem elegancka zima...

niedziela, 27 stycznia 2013
przymusowy urlop - cz.1

Nat Geo Wild czyli wsi spokojna, wsi wesoła

Zaraz po przyjeździe czułam się trochę jak na koloniach nie spodziewając się całej masy problemów i zasadzek czyhających na mnie na zdradliwej wsi. Przymusowy urlop przywitał nas zawieją, zamiecią i fochem niektórych nowych „współlokatorów”. Już pierwszego poranka dowiedziałam się, że cały inwentarz ma w zwyczaju spożywać śniadanie o 7 rano o czym cała wesoła zgraja poinformowała mnie miaucząc, szczekając i ćwierkając zanim zdążyłam wypić pierwszą kawę. A oto moi nowi podopieczni:

Frida - ścierściuch, którego trzeba było psychologicznie rozpracowywać, ponieważ przez pierwsze 2 dni nie chciał nic jeść. Na trzeci dzień przypadkiem okazało się, że Frida nie lubi jeść z miski czy garnka, życzy sobie z płaskiej tacki :) Problem rozwiązany

Kicurilla Krystyna Barcelona - mały kicur, głównie śpiący lub uprawiający łobuzerkę.

*update: po kolejnym tygodniu spędzonym w towarzystwie kicury zmieniliśmy jej imię na Burkina Frusciante :)

kwiczoł - o czym dowiedziałam się dziś z internetu, bo do tej pory był dla nas "grubą przepiórką z żółtym dziobem"

kwiczołów jest dwie sztuki, lubią jabłka

sikorek ci u nas dostatek, ciężko je "ustrzelić" bo są bardzo czujne i widzą mnie przez okno, jak się czaję z aparatem:)

na sikorki czai się też Kicura Grande Granda obserwując je nieustannie i do znudzenia, dopóki nie zaśnie ze zmęczenia ;) Kicura to postrach wszystkich stworzeń fruwająco-ćwierkających, na własne oczy widziałam jak zaatakowała bażanta :)

"duży gołąb z żółtym dziobem" - czyli kos (od dziś, w związku z dostępem do internetu)

sójka - nie odleciała za morze, ponieważ bardzo chwali sobie miejscowe jabłka

Mamy też zorganizowaną bandę wróbli, bażanta undercover i małą ślepą kreaturę, którą trzeba za ucho prowadzić do miski z żarciem, na siku i kupę, ale o nich, o innych wiejskich atrakcjach oraz dlaczego leciałam w gumiakach przez podwórko z płonącą węglarką już niebawem...

poniedziałek, 21 stycznia 2013
banicja

Zostałam zesłana na przymusową banicję. Czekają mnie 3 tygodnie bez internetu w sielskim wiejskim otoczeniu. Obowiązki - palenie w piecu i dokarmianie inwentarza: kury - sztuk 6, kuliste gulgoty nakrapiane - sztuk 2, kicury w liczbie 2 (mały i duży), szczekające kojoty - sztuk 2 (w tym jedna kreatura całkiem ślepa i głucha) oraz sikorki + wróble w karmniku ilość nieznana - statystyki wobec sikorek będę przeprowadzać na bieżąco. Fotoreportaż niebawem. Stay tuned...

wtorek, 08 stycznia 2013
we come from the land of the ice and snow

A w międzyczasie w Lublinie...

wtorek, 13 listopada 2012
Granada cz.9

GARŚĆ INFORMACJI MNIEJ LUB BARDZIEJ PRAKTYCZNYCH

transport

  • Malaga (z lotniska na dworzec autobusowy) – autobus linii A – bilet kupuje się u kierowcy - koszt: 2 EUR
  • Autobus Malaga – Granada – podróż trwa ok. 1.45 h - bilet kupuje się w kasie na dworcu - koszt ok.10 EUR
  • Granada – jednorazowy przejazd autobusem - 1.20 EUR
  • Dobrą opcją jest wypożyczenie samochodu w Maladze, jednak zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, bo po pierwsze: nie planowaliśmy dłuższej objazdówki tylko leniwy chillout w Granadzie, po drugie: zaparkować w centrum Granady i nie zbankrutować to wielka sztuka
  • Zakup biletu autobusowego na przejazd z Granady do Malagi nie zawsze gwarantuje, że pojedziemy akurat tym autobusem, na który kupiliśmy bilet :) Może się okazać, że kierowca autobusu oznajmi tobie, twojemu towarzyszowi podróży, niemieckiej parze turystów po 60-tce oraz dwumetrowemu Italiano w koszulce Black Sabbath, że oto niebawem przyjedzie inny autobus i to on jest wam przeznaczony, a jeśli nie przyjedzie to wtedy pan kierowca was przygarnie. Do tej pory nie wiem, o co chodziło, chyba nie o niechęć do turystów, ani do Black Sabbath ;)

przykładowe ceny na mieście

  • kawa – ok. 1.20 EUR
  • menu del dia – 8-15 EUR
  • tapa – ok. 2-3 EUR za jedną rundę
  • kebab – 4 EUR
  • słodkości z piekarni (np. ogromna buło-drożdżówa z czekoladą) – ok.70 centów

obserwacje całkiem subiektywne

  • W lokalnych wiadomościach jako tło muzyczne do newsa o ataku terrorystów leciała muza z Twin Peaksa :) Hiszpanie mają też swojego Krzyśka Ibisza w reklamie pod prysznicem (pod tym samym prysznicem!) a pogodynka podczas prezentacji prognozy pogody reklamuje bank i wcale nie kryptoreklamuje, tylko między fronty a opady bez zbędnych ceregieli wciska info o tym jak fajnie mieć kartę kredytową w banku takim a takim...
  • Czasem mam wrażenie, że Hiszpanie nie mówią, tylko rzucają zaklęcia
  • W ciemnych zaułkach calle Elvira można natknąć się na pana, który będzie zadawał dziwne pytania („Quieres un porn?" "Quieres marihuana?” :) Nie należy się lękać, on tylko pyta, a nie grozi
  • W sklepach z modą chińską (ale europejską z wyglądu) słuchają niemieckiego techno
  • Żeby zatrzymać na dłużej zapach kwitnących kwiatów pomarańczy należy pójść pod klasztor Jeronimo, zerwać kilka i zasuszyć w notesiku

winter is coming ;)

Mam plan na przyszły rok – Asturias, Cantabria, Kraj Basków. Jeśli fundusze na to pozwolą być może uda się zorganizować mały road trip. Zahaczyłam o Kastylię i Galicję w tych pięknych czasach gdy się brało tydzień wolnego w pracy a potem jeździło z koleżanką stopem po Hiszpanii i Portugalii przez prawie miesiąc, pozostał jednak mały niedosyt bo zobaczyłyśmy ledwie cząstkę tej północnej Hiszpanii. Był listopad, było nam zimno, deszcze padały na głowę, postanowiłyśmy więc ewakuować się z północy i pojechać na południe, tam gdzie na słońce można zawsze liczyć – do Andaluzji... (wychodzi na to, że wszystkie drogi wcale nie prowadzą do Rzymu)

niedziela, 11 listopada 2012
Granada cz.8

 O tym jak wykreować się na hipisa z Sacromonte

Po pierwsze – należy zaopatrzyć się w pantalony z krokiem w kostkach (rzecz obowiązkowa). Wszędzie na straganach mamili mnie tymi kolorowymi gaciami, aż uległam i kupiłam 2 pary. Dwie, bo po moim profesjonalnym targowaniu wyszło, że jedną dostałam prawie w gratisie. Przyznam się, że nie poszłam na całość i nie kupiłam takich ekstremalnych porów w krokiem w kostkach, wybrałam model z krokiem w kolanach, żeby po powrocie nie być wytykaną złymi palcyma na polskiej tradycyjnej, konserwatywnej ulicy co 5 sekund, tylko ewentualnie co 5 minut. Do osiągnięcia pożądanego imidżu przydałby mi się jeszcze pies a najlepiej dwa oraz prywatna jaskinia, lecz Święty nie chciał nawet słyszeć o takich drastycznych zmianach musiałam więc zapomnieć i o kojotach i o jaskini. Obwiesiłam się za to milionem brzęczących bransoletek po 4 euro za komplet i nabyłam gustowny kapelusz a'la Panama, za co Święty mnie znienawidził, bo cyt. „Wszystkie stare dziady w Granadzie w takich chodzą, damski byś sobie kupiła”.

Oraz o lokalnej modzie

c.d.n.

środa, 29 sierpnia 2012
Granada - cz.7

Granada nie jest dużym miastem. Można, a nawet należy przemieszczać się z tzw. buta, pomimo tego, że często jest pod górkę jak do ...

Sacromonte

Podobno w Sacromonte zabijają, rabują i można zostać porwanym przez Cyganów ;) Oczywiście poszliśmy to natychmiast sprawdzić i mogę oznajmić, że to wcale nieprawda, kolejna głupota wyczytana w internecie. Sacromonte to miejsce inne niż wszystkie. Inne, bo normalnie ludzie nie mieszkają w jaskiniach wykutych w skale, a na Sacromonte owszem. Kiedyś wzgórze Sacromonte dawało schronienie wygnańcom i wyrzutkom społecznym, teraz to dzielnica zamieszkała w większości przez społeczność cygańską. Obok Cyganów żyje tu również spora ekipa hipisów.

To, że do Sacromonte jest pod górkę oznacza tylko jedno – widoki, widoki, widoki. Można sobie usiąść pod drzewem i patrzeć z góry na miasto sącząc "Alhambrę" z widokiem na Alhambrę, zakupioną u Roma, który wyniósł z domu szafeczkę, krzesełka i zrobił sobie bufet dla ewentualnych turystów.

Ptaszki ćwierkają, z domu naszego Gitanesa dochodzą dźwięki flamenco a lokalne kojoty bacznie nas obserwują wygrzewając się na słońcu.

Albaicin

To stara arabska dzielnica Granady, sąsiadująca z Sacromonte. Niektóre uliczki wyglądają tak, jakby upływ czasu nie dotyczył tego miejsca. Po Albaicin można się szwędać godzinami.

Najbardziej obleganą miejscówką jest punkt widokowy przy kościele San Nicolas, który uparcie nazywałam San Mirador - w wolnym tłumaczeniu: Święty Punkt Widokowy:) dopóki pewien pan nie obśmiał mnie głowiąc się nad moim zapytaniem o drogę do Świętego Miradora. Ojtam ojtam - obraziłam się - mają Świętego Matjasa to mogą mieć i Świętego Miradora, nie?

Na placyku przed kościołem zawsze jest muzyka i flamenco i gitarra. Gitanesi, hipisi, kto może ten zarabia grając czy śpiewając bo na „Świętym Miradorze” zawsze jest pełno turystów - z tego miejsca najlepiej widać Alhambrę w całej okazałości.

c.d.n.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Granada - cz.6

UBICACION czyli miejscówka z widokiem na wszystko

Lepiej trafić nie mogliśmy. Wprawdzie Granada nie jest duża, ale warto mieć bazę wypadową w samym centrum starego miasta, a jeśli baza jest dodatkowo w najbliższych okolicach calle Elvira (tapasowo - kebabowa ulica) to lepiej się nie można było ulokować. Nasz hostel prowadzi małżeństwo. Wszystkich zagranicznych turystów wita Gloria ze względu na lekkość komunikacji- Gloria mówi biegle po angielsku i niemiecku i dogada się z każdym :) Z nieznanych nam przyczyn zostaliśmy jednak zakwalifikowani do powitania przez gospodarza, więc znowu musiałam udawać że potrafię mówić po hiszpańsku. Moje konwersacje z Manuelem czasem przybierały niespodziewany obrót i wychodziła z tego niezła szopka. Często nieświadomie wciskałam w zdanie słówka, które nie istnieją, a Manuel cierpliwie mnie poprawiał, często też strzelałam gafy (no przecież również nieświadomie) jak wtedy, gdy zmęczeni jak psy wróciliśmy z Alhambry i odpoczywaliśmy na tarasie popijając zimne piwko. Manuel podlewał wtedy kwiaty i zapytał jak nam minął dzień i co nam się najbardziej podobało w Granadzie. Koncentrując się na właściwym doborze słów w zdaniu, które skleciłam na poczekaniu wydukałam między słowami: „buena Alhambra” chcąc wyrazić swój zachwyt nad pięknym zabytkiem. Najwyraźniej koncentracja mi nie wyszła, bo Manuel popatrzył, pomyślał i odpowiedział, że owszem, ten Pils co pijemy jest dobry, ale lepsza jest Alhambra Special, czym wprawił mnie w osłupienie. Wyszło, że wcale nie pochwaliłam zabytku, tylko browara o nazwie Alhambra, którego trzymałam w garści:) wszak zamiast „ładna” powiedziałam „dobra”. Gloria, Manuelowa żona, to człowiek orkiestra oraz najlepsze centrum informacji w Granadzie. W ciągu kilku minut potrafi przeprowadzić turystom szybki kurs hiszpańskiego, pokazać na mapie gdzie pójść na tapas, opowiedzieć o historii miasta i zwyczajach mieszkańców, oraz zarazić śmiechem każdego w promieniu 100 metrów.

Na nasze ostatnie piąte piętro wjeżdżało się starą windą na półtora człowieka, za to na tym piątym piętrze...ech...od dawna wiadomo, że z góry lepiej widać świat. Z dachu (tarasu) mieliśmy widok na Albaicin – starą arabską dzielnicę i mogliśmy obserwować Alhambrę na tle Sierra Nevada. Swoją drogą to dziwne uczucie - siedzieć na 30-stopniowym upale i patrzeć na śnieg w górach.

Widok z naszego pokoju też był miły dla oka

c.d.n.

wtorek, 14 sierpnia 2012
Granada - cz.5

MEA PULPA czyli o jedzeniu, napitku i zakupach

W Granadzie trzeba dużo pić, żeby być najedzonym – tym jednym zdaniem można podsumować nasze dożywianie. Granada słynie z tego, że jest jedynym miastem w Andaluzji poza Almerią gdzie za tapas się nie płaci – do każdego piwka dostajemy przekąskę. Trzeba jednak wiedzieć gdzie chodzić, żeby przekąska okazała się niewielkim lunchem. Często już po dwóch kolejkach piwa nie mogłam stoczyć się z barowego stołka (nie z opojstwa, piwo podaje się tu w małych szklankach, tylko z przejedzenia). Do każdej „rundy” podawana jest inna przekąska, można więc przy okazji degustować lokalne przysmaki.

nasze top tapas:

1. „Pescador” – mój ulubiony tapas bar. Świętego trzeba było tam siłą wyciągać, ponieważ na hasło „pulpo” (ośmiornica) reagował atakiem paniki, marudząc, że nie będzie jadł „macantów” (czegoś co wcześniej kogoś macało, jak mi wytłumaczył). Ja byłam zachwycona. W Pescadorze wszelkie rybne przekąski były świetnie przyrządzone i bardzo smaczne. Dla fanów ryb i owoców morza – musowo! Piwo+ spora porcja rybnego tapas – 2,50 E

2. „La Bella y La Bestia” - Za 3 E dostajemy zestaw: piwo + pyszne bajgle z jamonem, sałatka z makaronem i domowe frytki (pierwsza runda).

 Do drugiej kolejki podawano kanapki na gorąco z tuńczykiem, zapiekane ziemniaczki i oliwki.

3. „La Antigualla” - Najbliższa konkurencja „Pięknej i Bestii”. W Antigualli zawsze po 13-ej jest tłum miejscowych przy barze, za 2 E oprócz piwa dostaje się tu sporą porcję tapas.

 

4. „Minotauro” - tapas bar odkryty przez nas podczas porannego szwędania się po mieście – okazało się, że tu nie obowiązuje zasada „tapas od 13ej”- dostaliśmy porządną porcję jeszcze przed południem.

5. Warty odnotowania jest również lekko podejrzany bar z miejscowymi hipisami na samym końcu calle Elvira (niestety nazwa lokalu mi umknęła) gdzie 1 runda z tubo (piwo + tapas) kosztuje 2E . Trafiliśmy tam szukając po mieście koneksji ze światem zewnętrzym;), a lokal reklamował się dostępem do neta (Hiszpanie wymawiają ŁYFI zona:) Niestety nie doświadczyliśmy słynnego łyfi pomimo dobrych chęci barmana, który przyniósł nam na kartce kod dostępu złożony z ciągu przypadkowych pięćdziesięciu liter i cyfr :) być może była to wina naszego antycznego laptopa, bo do łyfi mieliśmy pecha przez cały wyjazd. Za to oliwki w tym barze– wyśmienite. Można tu spotkać miejscowych hipisów z całym ich inwentarzem (w Granadzie każdy szanujący się hipis z Sacromonte obowiązkowo spaceruje z psem albo dwoma).

churreria to wcale nie żulernia tylko kawiarnia, w której można zjeść churros

Na śniadania w Hiszpanii najlepiej chodzić tam, gdzie podają kawę w szklankach:) - tego trzymam się już od lat i zawsze mam rację. Kawa w szklance jest oznaką, że do lokalu przychodzą głównie miejscowi, w związku z tym ceny nie są na siłę naciągane a kawa porządna. Na śniadanie je się tu churros (trochę w smaku pączka przypomina), odrywając po kawałku i maczając w kawie. Pija się sok wyciśnięty ze świeżych pomarańczy lub wodę z fontanny;) Źródełko na skwerku obok „naszej” kawiarni było okupowane niczym święte źródła Lourdes. Cały czas ktoś podchodził, żeby napełnić pustą butelkę, od dzieciaków idących do szkoły, przez turystów, starsze panie aż po taksówkarzy. To jest akurat fajne w tym mieście – duża ilość mniejszych lub większych źródełek z tak zwanej „ściany” z dobrą wodą pitną znacznie ułatwia życie w upalne dni. Dobrym rozwiązaniem na poranną dawkę energii są też malutkie piekarnie, w których oprócz bagietek i bułek można kupić lokalne smakołyki – pulchne smaczne buły z czekoladą czy innym nadzieniem.

Zakupy tzw. „codzienne” najlepiej robić u Chińczyków – w marketach prowadzonych przez Chińczyków jest po prostu najtaniej. Za to kebaba należy zjeść u źródła czyli w arabskich barach z kebabami. Lepszego kebaba niż w Granadzie nie jadłam. W okolicach katedry można zaopatrzyć się w herbatę, przyprawy, owoce oraz rozmaite rarytasy sprzedawane na straganach. Na uliczkę "herbacianą" można trafić po zapachu, herbaciano-owocowy aromat intensywnie roznosi się po okolicy.

wszechobecne Maryje objawiają się tu wszędzie, nawet w warzywniakach

w niektórych lokalach "mają wszystko (prawie)"

smaki i zapachy Albaicin

O modzie i urodzie, oraz jak się wykreować „Na hipisa z Sacromonte” będzie w następnych odcinkach.

 

poniedziałek, 30 lipca 2012
Granada - cz.4

You just need to open your eyes”-

rzuciła podczas rozmowy sąsiadka z pokoju obok wyjaśniając, że w Granadzie wystarczy dobrze rozglądać się dookoła a wszystko będzie działo się samo. Co to miało oznaczać w sensie praktycznym a nie filozoficznym przekonaliśmy się niebawem. Powiem szczerze, że nie trzeba się było nawet za bardzo rozglądać. Naiwnie myśląc, że orzeł w windzie, wędrowne wozy z traktorami i towarzystwo podążające konno przez miasto to szczyt atrakcji, które nas spotkały owego dnia. Nie przeczuwałam, że wesoła sobota dopiero się rozpoczyna...

kumulacja wieczorów panieńsko - kawalerskich

Gdy już zaliczyliśmy 3 rundy tapas, po których nie mogliśmy się ruszyć ze stołków, zaczęło się dziać. Najpierw obok nas przebiegły roześmiane „gejsze” w tym jedna z zapasem kilku butelek rumu w podołku. Z każdą chwilą na ulicy przybywało ludzi odzianych dość niecodziennie, a każda ekipa miała swój znak rozpoznawczy - koszulki z hasłem przewodnim, bądź specyficzne stylizacje, odróżniające jedną grupę od drugiej. Ile grup tyle pomysłów, moi faworyci to: Człowiek Kot, żywcem wzięty z ostatniego filmu Almodovara, męska wersja panny młodej w nieco sfatygowanej sukni ślubnej i adidasach oraz chłopak w orientalnych peniuarach zapożyczonych od młodszej (a już na pewno mniejszej) siostry. Wszystkie świętujące ekipy ze śpiewem na ustach i dzikimi okrzykami wędrowali od jednego baru tapas do kolejnego (czyt. od jednego drinka na następnego) przemierzając w ten sposób ulice starego miasta. W pewnym momencie połączyli się w jedną kolorową hałaśliwą grupę i zaczęli zatrzymywać przejeżdżające samochody i autobusy aby wznosić toasty w kierunku kierowców i pasażerów:) „Que passa?” - próbowałam się dowiedzieć od wściekle różowej bandy facetów. Wyjaśniono mi, że oto w Granadzie jutro niektórzy żenić się będą lub wychodzić za mąż. Niektórzy?? - zdziwiłam się – na pierwszy rzut oka to co najmniej pół Granady będzie szło się jutro żenić:) W międzyczasie po drugiej stronie ulicy policjanci wytargali z przejeżdżającego samochodu chłopaka w kaftanie bezpieczeństwa okładając go pałkami. Po bliższych oględzinach sytuacji wyszło, że koleś w kaftanie to kolejny przyszły pan młody, a policjanci – przebierańcy to jego drużbowie. Wszyscy zanosili się od śmiechu, a uliczne zabawy trwały do późnej nocy.

Napotkaliśmy też babcie wywijające flamenco oraz dziadka machającego energicznie na radiowóz policyjny (tym razem z prawdziwymi policjantami) przekonanego że macha na taksówkę. Pomyślałam wtedy, że już nic tego dnia nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Jednak ciemną nocą wydarzyło się coś co zrujnowało mój światopogląd zaskoczeniowy. Siedząc na dachu naszej kamienicy, popijając Alhambrę Pils w mikroskopijnych butelczynach zaobserwowaliśmy jak oto główną ulicą miasta, otoczony zgrają wiwatujących towarzyszy, jedzie koleś na … osiołku. Skąd oni wytrzasnęli żywego osła w środku nocy???

c.d.n.

niedziela, 29 lipca 2012
Granada - cz.3

Wesołe pielgrzymki majowe

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy wizytę w Parque de las Ciencias. Przyznam, że nie chciało mi się tam jechać, wprawdzie wejściówki mieliśmy już opłacone (znowu bono) lecz ja wolałam zostać w mieście i obserwować co się będzie działo, bowiem od rana na Gran Via parkowały traktory ciągnące zestrojone w pelargonie i święte Maryje domki na kółkach, a ludzie odświętnie ubrani zmierzali w stronę głównej ulicy miasta, niektórzy pieszo, inni konno :) Było dla mnie jasne, że coś jest na rzeczy.

Napotkany policjant, który na moje zapytanie o całą sytuację !uwaga! najpierw zgrabnie mi zasalutował (omg omg, nikt na mnie w życiu jeszcze nie salutował :) a następnie wyjaśnił, że mieszkańcy Granady zmierzają na pielgrzymkę do Huelvy, na dalsze południe Andaluzji. Ale czemu tymi traktorami, końmi i czemu te donice z pelargoniami na wozach cygańskich? I Maryje? „Bo to najbogatsi mieszkańcy Granady, tylko ich stać na takie stroje, wozy, konie i dekoracje” - uzupełniła moją wiedzę Gloria, żona Manuela (ale o nich w oddzielnym rozdziale). Święty oburzył się na moją ignorancję wobec cudów nauki i zaciągnął za ucho w stronę przystanku autobusowego.

Czerwony autobus

Jako środek transportu wybraliśmy wesoły czerwony autobus służący do wożenia leniwych turystów - wszak trzeba było wykorzystać nasze vipowskie karty;) a zresztą fajnie pojeździć po mieście dużym piętrowym kabrioletem. Zaopatrzeni w śniadanie zakupione w piekarni, które okazało się bułą nadzianą czymś co smakowało jak paprykarz szczeciński, napełnieni adrenaliną (dziadu w knajpie dla starszaków zrobił nam taka kawę, że byłam bliska zawału) zapakowaliśmy się do autobusu na pięterko. Uwaga – na górze wieje jak cholera :) I tak, obserwując z góry świat okrążyliśmy miasto i dojechaliśmy do celu.

Warczące dinozaury i orzeł w windzie czyli Parque de las Ciencias

Park naukowy na obrzeżach miasta to rewelacyjna rozrywka. Raj na ziemi dla dzieciaków a jeszcze większy dla dorosłych :) Oj, jaka ja głupia bym była, gdybym tam nie pojechała! A mają tam wszystko, od warczących na ludzi dinozaurów, weków z wężami, szkieletu pegaza, aż po ptaszydła, które myślałam, że są wypchane dopóki jakieś sępiradło nie łypnęło na mnie okiem. Praktycznie wszystkiego można tu dotknąć, zobaczyć z bliska, lub na własne oczy przekonać się jak działają niektóre zjawiska.

Na koniec naszych eksploracji mniej lub bardziej naukowych i po obowiązkowych fotkach pamiątkowych z Darwinem oraz naszą Marysią Curie udaliśmy się w kierunku wieży z widokiem na okolicę. Na szczyt można wjechać windą. Stoimy w tejże windzie ze Świętym i czekamy aż pan z obsługi powiezie nas na taras widokowy, nagle drzwi się otwierają i wchodzi...facet z wielkim ptaszydłem na ramieniu. „Jezuu, i gdzie on z tym dzięciołem!” zaniepokoiłam się na widok stworzenia machającego mi skrzydłami koło nosa i całą ekipą udaliśmy się na górę, gdzie pan pozbył się orła wypuszczając go z tarasu widokowego.

c.d.n.

piątek, 06 lipca 2012
Granada - cz.2

zdążyć przed Japończykami - Alhambra

Do Alhambry najlepiej przyjść zaraz po otwarciu (8 rano), unikniemy wtedy masowych tłumów, które kupiły bilety na późniejsze godziny i w pewnym momencie kumulują się, wtedy nie ma sposobu, żeby ich wyrzucić z kadru :) Rankiem można podpatrzeć jak pracownicy zatrudnieni na terenie kompleksu rozpoczynają swój kolejny dzień w pracy - narzekają na porannego kaca, podlewają roślinność, śpiewają motywy z ichniejszych telenowel (mina strażnika, który mnie zobaczył jak przysłuchuję się jego występowi zza krzaka – bezcenna, a twarz miał pąsową jak róże w sułtańskich ogrodach). Alhambrę najlepiej zwiedzać w słoneczny dzień, wtedy najlepiej doceni się wszystkie fontanny, źródełka i zacienione dziedzińce pałaców. Sułtan sobie tak wszystko obmyślił, żeby udaru nie dostać słonecznego, więc kto szuka cienia i chłodu ten go znajdzie nawet w najbardziej upalny dzień. O Alhambrze w kontekście zajebistości architektonicznej nie będę się wypowiadać, ponieważ kompletnie zgłupiałam widząc to wszystko. Przez cały czas się zastanawiałam jak człowiek był w stanie coś tak pięknego stworzyć. Co tu się nie wyprawia to ludzkie pojęcie przechodzi. Od razu mówię, że fotografie też nie oddają klimatu. Próbowałam robić zdjęcia, ale każde ujęcie wydawało mi się nijakie. Stwierdzę tylko ogólnie, że nie da się zrobić zdjęć Alhambry. To miejsce trzeba poczuć i posłuchać go. Bo żadne zdjęcie nie odda zapachu tysięcy róż i kwitnących drzew pomarańczowych, od których aż kręci się w głowie, ani szumu źródełka w upalny dzień. Z rozdziawioną gębą chłonęłam wszystko jak film, tylko Święty pokrzykiwał na mnie co jakiś czas, próbując przywrócić do realiów „Szybko, wyrabiaj się, Japończycy nadchodzą!”. No właśnie – oddech Japończyków ciągle czuliśmy na plecach i dlatego trzeba było jak najszybciej się przemieszczać (gdyby nas dogonili, na zdjęciach miałabym setkę Japończyków a nie moje lapis lazuli;)

Polski akcent czyli sikanie po sułtańsku

Gdzieś pod Pałacem Nasrydów, uważanym za ósmy cud świata, na dziedzińcu z 800 -letnim cyprysem ujrzeliśmy małą gołą dupinę - oto jakaś młoda para z dzieckiem postanowiła „wysadzić”dziecię. Przechodzący obok turyści zaoponowali, w związku z tym obrażona matka dzieciom odezwała się na głos „No patrz, Kubusiowi siku się zachciało, chciałam go wysadzić, a oni mnie nakrzyczeli”. W ten oto sposób odkryliśmy polski akcent. Być może Kubuś też był uważany przez rodziców jako ósmy cud świata dlategoż zasługiwał na wysadzenie w sułtańskich pałacach a nie normalnie w kiblu.

To co piszą w przewodnikach dla turystów, że trzeba zarezerwować 3 godziny na pobyt w Alhambrze to bzdura. 8 godzin to mało (przynajmniej dla mnie). Pomimo darmowych przejazdów, które mieliśmy z racji karty bono, do Alhambry poszliśmy pieszo, bo moim zdaniem to trochę przegięcie jechać tam autobusem czy taksówką:) Cała droga pod górę do Alhambry zajęła nam jakieś 15 minut z Plaza Nueva.

c.d.n.


Tagi: Alhambra
21:44, lacorsa , vamonos
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27