turystka na nieustających wakacjach
wtorek, 30 stycznia 2007
nudne, poniedzialkowe...

Nudne poniedzialkowe wieczory z zaspanymi, marudzacymi 'lokalnymi' za barem, saczacymi swoje browary. Zwykle. Czasem pojawi sie jakas ciekawostka w postaci 'psycho killera', czasem ja odstawie entertajment w postaci publicznego sie poparzenia rynienka od stekow, ewentualnie rozrzuce lod na podloge, na ktorym sie nastepnie poslizgne lub tez podam delikwentowi menu zamiast przelaczyc na kanal sportowy z Man U (Manchester United, w skroconej wersji brzmi jak menu:) i jest wesolo. Dzis dla odmiany nawiedzilo nasz przybytek dwie sztuki neds'ow z pobliskiego miasta (ned- szkocka wersja lodziarza ulepszona o bialy dres lacosty, tegoz koloru polbuty sportowe, 3 kilo zelu na glowie, ktory splywa po twarzy przy porannym deszczu tworzac gustowne zacieki przypominajace super-glu, osobnik zawyczaj niebezpieczny dla otoczenia, z niewielkim zasobem slownictwa) I tak siedzieli chlopaki dzien caly, nie czyniac nic podejrzanego oprocz demonstrowania tatuazy i odlecianej plakietki od 'firmowej' koszulki, pijac piwko w systemie 1- na-pol-godziny i podjadajac przysmaki doniesione z kuchni, az nadszedl czas zakonczenia mojej zmiany. Wtedy kolezanka, ktora zostawala do konca a nedsow sie obawia, wyrazila prosbe na temat przekonania owych delikwentow do zaplacenia rachunku za zarcie i alkohol. Poszlam na misje. Po tym jak dowiedziawszy sie, ze mam zajebista figure, 19 lat (jak milo z ich strony) i o ktorej koncze, rachunek wyregulowano bez wiekszych problemow, ale widac bylo ze kolesie juz pijani, natarczywi i byc moze za 5 minut agresywni (jak to nedsy, nie?), poza tym zaczeli za mna szczekac i warczec (jak to nedsy, nie?). W miedzyczasie kolezanka odebrala telefon. Szef sie zainteresowal jak jego knajpa prosperuje (pewnie ze strychu dzwonil, bo dziwnym trafem jego jaguar stal na podjezdzie a po gosciu ani sladu, wiec wymyslilam, ze zabunkrowal sie na gorze z krata piwa i wiaderkiem do oddawania moczu zeby nas podsluchiwac czy nie konspirujemy). Kolezanka wyjasnila, ze szczekaja i warcza nedsy. Szefuncio (madralinski) zaproponowal bym wyprowadzila kolesi do uprzednio zamowionej taksowki i odeslala do domu. Nooo, jasne. A czy ja wygladam jak Sylwester Stalone? Arni? Lynda? ? Czy ja jestem w stanie wsadzic do taksowki dwoch wydziarganych we wzorki od stop do glow kolesi dwa razy wyzszych i szerszych niz ja+kolezanka i kazac im jechac do domku? Szefuncio ma nasrane we lbie i mysli, ze pozatrudnial terminatorow, a nie delikatne dziewczeta, ktore placza na 'Slonecznym patrolu'. tfu.

poniedziałek, 29 stycznia 2007
Ogolnie rzecz biorac to czekam na wiosne. Jak sie doczekam to dam znac
wtorek, 23 stycznia 2007
dzien swira
Narzekalam, ze malo pracuje to teraz mam za swoje. Od srody siedze w pubie ciagiem, zanosi sie na maraton. Szefuncio uciekl do Paryza nie mowiac o tym nikomu, znalezlismy tylko liste 'przykazan', ktora pozostawil po sobie. Ktos odkryl potwierdzenie rezerwacji na samolot, stad wiemy gdzie sie szlaja. Niech tam siedzi jak najdluzej- denerwowal nas wszystkich ostatnio. Wczoraj wieczorem knajpe nawiedzil psycho-killer (w sumie to wyobrazilysmy sobie ze nim jest). Facet zachowywal sie bardzo dziwnie i podejrzewalysmy, ze chce nas ubic. W miedzyczasie niemalze same sie ukatrupilysmy podejmujac nieudolne proby wymiany butli z gazem, przyswiecajac sobie w ciemnosciach zapalniczka...gazu nie lubie i nie chce miec z nim nic wspolnego. Psycho killer chcial udaremnic wylaczenie szafy grajacej, tlumaczac ze bedziemy miec klopoty, bo on tam wrzucil 4 funciaki. Opuscic lokalu tez nie chcial. Tlumaczyl wszystkim ze jest z Poludniowej Afryki, a wcale nie mial akcentu jak Leonardo w 'Blood diamond', poza tym byl bialy byl jak scierka. Podejrzana sprawa.
czwartek, 18 stycznia 2007
ZIMA!

Normalnie snieg pada! A tutaj to naprawde atrakcja jest, czesto takich widokow zobaczyc nie mozna. Oczom nie wierze wiec musialam klepnac pare fotek ku pamieci na trasie po bulki do sklepu. Bulek w sklepie i tak nie bylo, ani nawet mleka, ani niczego nie bylo (Kononowicz was here;) ale snieg zostal uwieczniony

              

               

              

wtorek, 16 stycznia 2007
pogorzelcy

Nie bylabym soba, gdybym sobie krzywdy niechcacy nie wyrzadzila na dobry poczatek tygodnia. Na 4 godziny tylko do pracy poszlam. W poniedzialki nie ma dramatow, wiec to calkiem fajna zmiana jest. Lekka i przyjemna. Kilka osob na kolacji, kilka osob saczacych piwo przy barze. Siedzi sie glownie i telewizje oglada. Kucharz przyrzadzal 'fajitas' dla turystow. Fajitas podajemy w takich metalowych rynienkach, ktore wlozone sa w ramke z drzewa oliwnego, te rynienki uprzednio wklada sie na 250 stopni w piekarnik, zeby ladnie dymilo jak sie niesie zarcie do stolika. No i ladnie dymilo jak nioslam...w pewnym momencie nagrzana do czerwonosci rynienka zsunela mi sie z tej ramki na dlon. Mialam dwie mozliwosci- upuscic to wpizdu na podloge i obserwowac jak na dywanie tworzy sie kompozycja z cebuli, papryki i cyckow kurczakowych i uratowac reke lub tez wytrzymac te dwa metry, ktore zostaly mi do przejscia, nakarmic turystow a potem szybko do szpitalika na amputacje prawej dloni. Wybralam opcje numer 2...a potem lapsko pod kran, w lod, w jakas podejrzana galarete, ktora wygrzebalysmy z zestawu pierwszej pomocy dla mlodego oparzyciela, skora zeszla, wyglada to nieelegancko, ale amputowac nie trzeba. Jedyny pozytyw z tego faktu- mam z glowy mycie garow w domu przez jakis czas.

historia Tanii

Nawiazujac do amputacji konczyn to przypomniala mi sie sytuacja sprzed 7? lat, gdy na przedluzonych 3- miesieczych wakacjach kretynskich zarabialam sobie na zycie w lokalnej restauracji greckiej jako general assistant (czyt. obieranie 100 kilogramow ziemniakow dziennie i przetwarzanie ich na tzw.talarki) I pracowala tam rowniez niejaka Tania- mala, cicha kobiecina pochodzenia rosyjskiego, majaca jakiegos kretyna (doslownie i w przenosni- bo koles Kretenczykiem byl) za meza, ktory chadzal na dziwki podczas gdy Tania zapieprzala na kuchni. Ktoregos dnia Tania grzebala przy frytownicy i nagle uslyszelismy wrzask. Ona sobie ten wrzacy olej wylala niechcacy na reke, nigdy wczesniej nie widzialam, zeby czlowiekowi tak szybko odlazila skora..zanim zdazylismy do niej podbiec Tania juz wykonala- jej zdaniem- pierwsza pomoc- wsadzila sobie ta poparzona reke w ...uwaga...POJEMNIK Z MAKA!- bo u nich w Rosji tak sie leczy oparzenia...Z reki zrobil sie doslownie kotlet schabowy, bo maka zadzialala jak panierka, przy czym zesmazylo sie to wszystko razem na czarny kolor. Lekarze odlepiali te zesmazone platy przez nastepne kilka godzin...Ja tylko jeszcze dodam, ze cala historia zakonczyla sie happy endem, bo wprawdzie blizny zostaly, ale...Tania przez 2 miesiace urlopu zdrowotnego odmlodniala o jakies 20 lat, za pieniadze z odszkodowania zafundowala sobie fryzjera, kosmetyczke, szafe nowych ciuchow i cala reszte. Zmienila sie do tego stopnia, ze pewnego dnia gdy weszla do restauracji nikt jej nie przywital, bo po prostu jej nie poznalismy! Znalismy szara myszke, a do knajpy weszla elegancka mloda laska:)

mam nadzieje, ze tego kretynskiego gacha zostawila w cholere...

poniedziałek, 15 stycznia 2007
hard days night

Wstaje- ciemno, klade sie spac- ciemno, jeszcze tylko 5 miesiecy i zaswieci slonce. Po bulki trzeba bylo ruszyc sie do sklepu. Zwialo mnie na druga strone ulicy. Dobrze, ze mam cegly w butach to nie wywialo mnie w kosmos. Najlepszym obuwiem na pore zimowa w Szkocji sa 'sejfciaki'- takie jak robotnicy na budowach maja. Dlugie, skorzane, na grubej podeszwie, z 'betonem' w czubie. Przynajmniej czlowiek jakos ziemi sie trzyma. Wczorajszego 'offa' spedzilam w lekkim letargu, okupujac kanapiszcze i ogladajac 'kino akcji' ,popijajac woda, ktora zdrowa jest i nie ma po niej kaca. Probowano mi jednak niedziele zrujnowac poprzez wydzwanianie z propozycja 'wziecia dodatkowej zmiany'. Szef uslyszal przez telefon, ze niestety mam juz inne plany na niedziele (czyt. bugger off ye'r wanker..). Taaa, plan ograniczal sie do zminimalizowania kaca po saturday-night-fever i przezycia 'jakos' tego okrutnego dnia. Misja zostala wykonana, dzien przezyty bez zbednych zaklocen, kino akcji obejrzane z 'Rockym Balboa' na czele, ktorego juz nie trzeba charakteryzowac, zeby wygladal jak bokser po kilkugodzinej walce, jakis Patrol tez ogladalam, nie Sloneczny, bo raczej sztormy sie tam odbywaly. Ale tak jak i niegdys na 'Slonecznym' tak i na tym drugim lezke na koniec upuscilam ('bo oni tak ludzi ratuja, buuu...'). Bo mnie takie historie wzruszaja. Szczegolnie na kacu. Wrazliwsza sie taka robie...i nawet Kevin Costner nie jest w stanie tego zapsuc;) I obiecuje po raz kolejny: nie bede mieszac piwa z jackiem danielsem i winem czerwonym! Nie bede!

piątek, 12 stycznia 2007
wiejeeeah...

Ostatnie dwa dni minely pod nazwa 'gale'. To taki wicher, ktory zawiewa do nas czesto zimowa pora, siejac spustoszenie i destrukcje. Ubieglej nocy az sie balam usnac. Siedzialam i myslalam, jak to dobrze, ze domki na naszej ulicy sa zlepione do kupy, bo gdybysmy mieszkali oddzielnie w np. drewnianym o lekkiej konstrukcji to wywialoby nas razem z tym domkiem wpizdu-away gdzies na Swinoujscie. Wicher lamie drzewka na naszym ogrodku, przewraca znaki drogowe, lamie bilboardy na ulicach i...kradnie nam rozmaite przedmioty. Wczoraj dla przykladu wywialo nam w sina dal kubel na smieci:) Zwykle w czwartki wystawiamy, do oproznienia przez specjalne sluzby, cale dwa kubelki. Po poludniu Karrin przyszla oznajmic, ze ktos zajebal nam smietnik bo ona wciagnela z powrotem tylko jeden a przeciez byly dwa. Podejrzenie padlo na wicherka, bo ciezko sobie wyobrazic, zeby ktos ze wsi przyszedl nam smietnik zajebywac. Wieczorem Swiety Robek poszedl na misje specjalna szukac po wsi zaginietego kubla. Odnalazl zgube pod numerem 23 (my mieszkamy pod 13)- po oproznieniu kubel 'zwiunelo' chodnikiem przez cala ulice i ktos dostal bonus w postaci smietnika:)

W zwiazku z warunkami pogodowymi bunkruje sie w domu. Wiecej czytam, wiecej ogladam, wiecej wina;) Ostatni zestaw filmowy to "Perfume", "Saw3" i "Apocalypto". I hiszpanska malaga;) Powiem w skrocie, ze na Saw3 wcale ze strachu nie umieralam (jak to opisywano wszedzie, ze niby najstraszniejszy horror ever), Apocalypto- wiadomo, a Perfume, no wlasnie, do tej pory mam stracha, ze Swiety Robek, chemik z zawodu, bedzie mnie chcial wsadzic w menzurke i destylowac jak nie rzuce palenia...

wtorek, 09 stycznia 2007
RZECZYWISTOSC GRYZIE
Mam nadzieje, ze fakt, iz poczatek roku jest do dupy oznacza, ze cala reszta bedzie cacy:) Zastoj panuje. Zycie stoi w miejscu. Mniej pracy, mniej zajec, wiecej czasu dla siebie, ktorego jak mam za duzo to glupieje. Laptop mi zdechl zanim zdazylam zrobic zapasowe kopie najwazniejszych plikow (gupia dupa). Wiekszosc zdjec pochlonela czarna komputerowa dziura. Mam nadzieje, ze to sie jeszcze da jakos odzyskac. Poki co moj komp jest trupem i nawet nie reaguje na przycisk 'power'. U Karrin wybuchla pod lazienka rura, ktora spowodowala wiekszy dizaster i smierdzacego grzyba wielkosci lazienki i przedpokoju. Karrin bedzie sie musiala wyprowadzic na miesiac, zeby umozliwic prace ratunkowe. Jak tu zyc bez sasiadki? Upierdliwa grypa zamienila mi sie w zapalenie oskrzeli. W ubieglym roku w podobnej sytuacji lezalam bykiem przed kompem ogladajac po 5 odcinkow serialu 'Miasteczko Twin Peaks' dziennie. Teraz katuje 'Still Game'- komediowy serial szkocki (jak ktos chce uslyszec jakim jezykiem sie tu ludzie posluguja- warto obejrzec;). Z lepszych rzeczy- w chorobie stracilam apetyt, w zwiazku z czym wbilam sie ostatnio w sukienke o rozmiarze 8 (w co nadal nie moge uwierzyc), choc to pewnie chwilowe- nadrobie na fish & chipsie;) Nawiazujac do jedzenia- ide do kuchni podjac walke z kurczakiem, ktorego zamierzam przerobic dzis na chicken curry. narta...
piątek, 05 stycznia 2007
BARCELONA

'Gory ladnie wygladaja z gory'- wyrazilam swoja opinie podczas obserwacji Pirenejow przez okienko samolotu. Zasmarkana, okutana w zimowa czape i szalik wyruszylam do slonecznego miasta, gdzie rano mozna pic kawe na tarasie i obserwowac dachy sasiadow.   

Sants

Zamieszkalismy na Sants- dzielnicy nieco oddalonej od wypelnionego po brzegi turystami centrum, a jednak ciagle zywej, prawdziwej, katalonskiej. Moglabym przysiac, ze we wtorek rano swinie kwiczaly mi za oknem (z ciezarowki?) W mieszkaniu podstarzalej kamienicy oprocz nas zamieszkiwalo rownolegle: 3 sztuki Holendrow, 4 sztuki macho-Italianos, ktorych mozna bylo spotkac wieczorem przy aperitifie trwajacym jakies 5 godzin (Sangria z kartonu za 1 euro) po czym oddalali sie ostatnim metrem na miasto w celach clubbingowych, na poczatku byla tez Chan z Chin, ktora nie umiala czytac z europejskich twarzy oraz amerykanska rodzina z Colorado, ktorej glowa rodziny biegala rano po bulki do sklepu w pizamie w wyraziste misie koala. Przy okazji- po skrzyzowaniu Amerykanina z Filipinka rodza sie...Hawajczyki. Na Sants spedzilismy tez noc sylwestrowa. Rezyserowalismy z dachow Barcelony. Z poustawianymi swieczkami na mega-tarasie, z laptopem w celach muzycznych, morzem alkoholu i kilogramem winogron w kazdej holendersko- niemiecko- austriacko- wlosko- polskiej garsci (W Katalonii o 12 w nocy w ramach toastu zjada sie 12 sztuk winogron- po kazdym gronie na kazdy miesiac na szczescie).

W miedzyczasie zaatakowala ETA. Chlopaki podsadzili terminal na lotnisku pod Madrytem. Dwie osoby zginely i bylo duze spustoszenie.

Gaudi

Gaudi byl pojechany na maxa. To, co nawyprawial w Barcelonie zawsze chcialam zobaczyc. Barcelona bez Gaudiego nie bylaby Barcelona.

                 casa Mila

         park Guell

         casa Amatller

         Sagrada Familia

Sagrada nadal jest w budowie i pewnie nigdy jej nie skoncza, bo dopoki jest w budowie, dopoty turysci sie interesuja, a miasto ciagnie miliony z samych biletow wstepu. Osobiscie uwazam, ze wspolczesni architekci nie powinni nigdy zabierac sie za konczenie Sagrady, bo to co poczynili wola o pomste do nieba. Gaudi sie zapewne w grobie przewraca.

            Barceloneta

                 Grazia- raj zakupowy

niektorzy maja juz dosyc ciaglego najazdu turystow...('why call it tourist season if we can't shoot them?')

          

               

                      Las Ramblas

         

Z tym partyjnym pozdrowieniem (i Che napotkanym na Ramblas) zakoncze swoja relacje z ubieglego tygodnia. Jestem juz w Szkocji, podczas naszej nieobecnosci dzialy sie tu huragany, wiec dobrze ze bylismy tam a nie tu...