turystka na nieustających wakacjach
środa, 26 stycznia 2011
uwaga! trwają prace budowlane

 W końcu dojrzeliśmy psychicznie do zmian. Na pierwszy ogień poszła łazienka, która z całym swoim rokokoko z lat 60-tych doprowadzała nas do szału. Z dziką satysfakcją obserwowałam jak Święty pacyfikuje różowo – bąbelkowe kafelki młotem pneumatycznym. „Żeby tak jeszcze przy okazji boazeria w przedpokoju odpadła niechcący” - zaciskałam kciuki. Nikt nie przewidział jednak małych szczegółów, które zmieniają całkowicie pojęcie o przeprowadzeniu takiej akcji. Po pierwsze - że remont to nie tylko wizja lepszego wyglądu pomieszczenia, lecz również – kłótnie i awantury o kolor płytek, gruz sypiący się na głowę, pył w zębach, nosie i pod klawiaturą, bieganie po sąsiadach za kiblem i prysznicem oraz tym podobne problemy logistyczne.

A zaczęło się od plaży nad oceanem. A właściwie od siedmiu luksferów w kolorze lazur, zakupionych pod wpływem chwili do zalepienia okienka pomiędzy kuchnią a łazienką.

"Może na podłogę ciemny brąz, jasny beż na ścianę, żeby powiększyć optycznie przestrzeń, a rurę na okrągło się oblepi mozaiką w barwach morskich" – wysnułam swoją wizję na głos, po czym spotkałam się z ogólnym oburzeniem Świętego, panów z ekipy i Wielkiego Szefa. „Gdzież niebieski z brązowym!” - zakrzyczeli mnie, więc się obraziłam. Przez kolejne dwa dni próbowałam różnych forteli usiłując przeforsować swoją wizję. „Jeśli morze i piasek na plaży ładnie wyglądają razem, a do tego molo jest ciemne to i w łazience będzie ładnie wyglądać” - tłumaczyłam, lecz nikt mnie nie chciał słuchać. Miarka się przebrała, gdy Święty w budowlanym markecie łaził za mną z facetem z obsługi przekonując do swoich racji, i tenże autorytet od kolorów pokazał paluchem na wściekle żółte kafle, mówiąc „O,takie ecru by pasowało”. O nie, żadni daltoniści bez wyobraźni nie będą mi się wtrącać do łazienki – strzeliłam focha i ogłosiłam kapitulację.

Na drugi dzień przyjechał Wielki Szef. „Wiesz co, ja przemyślałem ten pomysł i stwierdzam, że to będzie bardzo dobrze wyglądać” - wyparował od drzwi.

Na trzeci dzień Święty przy okazji oglądania płytek na podłogę przywlókł kawał niebieskiej mozaiki z drugiego końca sklepu, przyłożył i powiedział - „To mi się podoba, tak byłoby ładnie”.

„Jak chcecie to zróbmy brązową, mnie już wszystko jedno”- powiedziałam.

„Brązowa będzie nudna” - powiedział Wielki Szef

„Mnie się niebieska podoba” - powiedział Święty

„W końcu jakieś dobre połączenie, a nie zielony ze szlaczkiem jak u normalnych ludzi”- powiedziała pani w sklepie (czym sprowokowała mnie do przemyślenia słowa „normalny”)


Decyzje zapadły. Co wyjdzie – zobaczymy. Na razie wielki armagedon trwa...

***

update obrazkowy:

update sytuacyjny:

W sobotę wpadliśmy na genialny pomysł, żeby spacyfikować cholerną pomarańczową boazerię w przedpokoju. Święty od razu wyciągnął młotek i przeszedł do czynów. Zrobiło się jaśniej. Odkryliśmy gustowną tapetę w cegiełki na ścianie. Niestety nie odkryliśmy żadnych zakamuflowanych skarbów ani pieniędzy w słoikach po poprzednich właścicielach. Na razie żyjemy w stanie zawieszenia - boazeria już wydłubana do połowy (czasem któreś z nas podejdzie i walnie młotkiem w ramach ćwiczeń relaksacyjno - gimnastycznych), ale wizji na "co dalej" nie mamy jeszcze żadnych.