turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 16 stycznia 2012
boazerion destruction

Misja ”kuchnia” wstępnie ogarnięta. Efekt - zakwasy jak po meczu rugby, nieplanowany permanentny niebieski manikiur, ale za to powiało Skandynawią. Jednak nie wszystko poszło gładko i zgodnie z planem.
Po pierwsze - preparat do usuwania lakieru próbował usunąć mi również oczy, więc zrezygnowałam z tej techniki na rzecz tradycyjnych sztuk walki z drewnianą ścianą – atak na boazerię przy pomocy papieru ściernego.
Po drugie – chciałam granatowy sufit. Niestety zakupiona farba z kolorem „burzowa zima” okazała się „słodkim pierdnięciem niemowlaka w odcieniu wściekły niebieski” i po kilku maźnięciach pędzlem wpadłam w panikę widząc efekt. „Żeby chociaż trochę ciemniejszy był, to by się ta wścieklizna kolorystyczna nie rzucała w oczy” - lamentowałam. „Trzeba ratować sufit” - podjęłam więc drastyczną decyzję, by odrobinę zmodyfikować kolor dodając do niego odnalezione na strychu próbki z farbami. Pomimo ostrzeżeń Świętego, który próbował mi wytłumaczyć, że nie miesza się farb różnych producentów, w różnych kolorach, wpakowałam do słoika Gniew Oceanu, Royal Navy i szczyptę fioletu, zaprawiając nimi Burzową Zimę. Po energicznym wymieszaniu wszystkich produktów powstał kolor o nazwie GOPZWPP (Gniew Oceanu Powstały Zimą W Przypływie Paniki). Sytuacja sufitowa została opanowana. Nie można mieszać? Można:)

update*

Sytuacja poglądowa (już po malowaniu boazerii na biało, ale jeszcze przed działaniami artystycznymi mającymi na celu upiększenie/oszpecenie kuchni)

I czas na działania artystyczne:

Zdjęcie do zawieszenia nad kuchennym stołem (fotka cyknięta na wakacjach, rama odnaleziona w odmętach kuchennych rewolucji - za szafkami się ukrywała przez kilka lat) 

Kuchenny stół też padł ofiarą działań artystycznych...

i mały stolik, na którym robiłam eksperymenty zanim zdecydowałam się "popsuć" stół w kuchni

poniedziałek, 09 stycznia 2012
rokokoko w Maroko
 Nagle, po półrocznej ciężkiej harówie od rana do nocy, godzinach poszukiwania bielszego odcienia bieli, poprawianiu po kosmetyczce, księdzu i fryzjerce okazało się, że mam wolne. Sezon ślubny zakończony. Poczułam się dziwnie, nie musząc wstawać o 6 rano do komputera. W pierwszy wolny dzień kręciłam się po mieszkaniu poszukując jakiegokolwiek zajęcia zamiast cieszyć się możliwością odpoczynku. Święty mówi, że mam syndrom żołnierza po wojnie. Na drugi dzień wygrzebałam zaległe zdjęcia do obróbki, ale po kilku minutach okazało się że ja już nie mogę więcej patrzeć na zdjęcia. Alergię mam.
Zabrałam się więc za twórczość stolarsko-malarską. Wykorzystując pochopnie wypowiedziane przez Świętego słowa „Możesz pomalować drzwi od szafy w przedpokoju” (tak, tak, ja wiem, że trudno w to uwierzyć, bo ostatni wpis dotyczący remontu był z kwietnia, ale on dalej trwa...)zakupiłam zestaw do bejcowania w kolorze turkusowy błękit, żeby nadać drzwiom charakter z lekka marokański. To nic, że turkusowy błękit okazał się w międzyczasie seledynem sraczkowym. Wbrew kłodom rzucanym mi pod nogi przez producenta bejcy, który to prawdopodobnie powlewał do buteleczek losowo wybrane kolory nalepiając na wszystkich jednakową etykietę, pociągnęłam po seledynie niebieskim, poprawiwszy następnie własnoręcznie skomponowaną mieszanką kolorytyczną aż uzyskałam satysfakcjonujący mnie kolor, którego odcień zmienia się w zależności od rodzaju oświetlenia. Jest Maroko jak w mordę strzelił. Teraz rozmyślam nad zakupem drewnianych skrzyń z planem kreatywnego „popsucia” ich gustownym dekupażykiem marokan stajl. Wprawdzie nie wiem jeszcze jak, bo nie umiem, ale chęć nauki mnie rozsadza. Skrzynie będą stały na górnej półce zastępując pawlacze boazeryjne, których już nie ma.
W oczekiwaniu na zakup odpowiednich skrzyneczek, przyjrzałam sie krytycznie naszej kuchni, gdzie nadal króluje nieśmiertelna boazeria. W przedpokoju zerwaliśmy, ale kuchnia ocalała.
„Jakby tak pomalować to całe dziadostwo na biało to wyszłoby może tak trochę skandynawsko, świeżo i jasno” – myslałam głośno. „Ja nie chcę brać w tym udziału” - Święty popatrzył na mnie krytycznie.
„Jak zrobię dodatki granatowe to taki motyw przewodni marynistyczny trochę będzie, i ten obrazek od Karrin by pasował, wcale nie szkodzi że francuski, taki będzie skandynawian – frencz - maroko- marine stajl” - zaczęłam kombinować. Święty uciekł do swoich zajęć.
Zaopatrzywszy się w preparat do zdejmowania poprzednich warstw lakieru (śmierdzący jak cholera), szpachelkę, pędzel i farbę do drewna w kolorze „skandynawski szron” zabrałam się do roboty. Zobaczymy co wyjdzie...