turystka na nieustających wakacjach
wtorek, 26 lutego 2008
kalendarz atakuje
Odfajkować se mogę kolejny rok, choć naiwnie wierzę, że jeśli nie będę obchodzić urodzin w tym roku to sie nie liczy;)
brunet wieczorową porą

Trrrrrrrrrr- drażniący dźwięk przeszył mi mózg około 1, 2 a może 3 w nocy. "Zemsta sąsiadów"- przeszło mi przez głowę. Zemsta za sobotnią imprezę, za tańce pod Pudelsów po radzieckim koniaku, za śpiewanie "Psycho Killer, fa fa fa fa far better run run run awaaaaaay.." Zemsta.
"Wstawaj, ktoś do drzwi dzwoni"- poszturchnęłam Świętego
Święty Robek ze snu wydarty podarł na ślepo do przedpokoju, podniósł słuchawkę i wydukał z pięć razy "halo"
Odemknęłam pół oka. Pomyślałam. "Nie halo, bo to do drzwi ktoś dzwoni a nie domofonem"- pośpieszyłam z informacją. Święty zmienił strategię, przedostał się do drzwi i wyjrzał na klatkę. "Co dzwonisz?" usłyszałam monolog Świętego
"Eeeeee, stoi jakiś na schodach i nie czai nic, idziemy spać"
O całej sytuacji nie pamiętałam już po przebudzeniu rankiem i nie pamiętałabym wcale, gdyby nie telefon...
Leżał pod naszymi drzwiami. Pod drzwiami sąsiada rozmaite części wierzchniego odzienia. Drzwiami sąsiada Święty postanowił się nie przejmować, przejął się komórą z naszego progu. Teraz nastąpi historia o dwóch pointach- jak ciężko oddać znalezisko mimo dobrych chęci, oraz, że najbardziej skomplikowana historia kończy się najprostszym rozwiązaniem.
Dzwonimy po losowo wybranych numerach z książki adresowej. "Jakąś mamę czy tatę by tu miał, a on nic"- Robek szuka kontaktu z rodziną tajemniczego nocnego gościa. "Ale jak wyglądał, jak dres?"- dopytuję."Eee, bardziej jak skinhead, pewnie klatki pomylił, albo budynki, albo dzielnicę wogóle, pijany był chyba". Przeglądam wpisy w adresach "O, jakiś Dziubek jest, to pewnie jego laska, dzwoń!"
"Ale ten Dziubek ma Miet dopisane"- protestuje Robek- "To mi na Mietka wygląda".
"No to jak odbierze facet to powiesz Panie Mietku, a jak dziewczyna to Cześć Dziubek, dzwoń!"
Dziubek okazał się panem Mietkiem..który na dodatek kompletnie nie wiedział o co nam chodzi. Po zmuszeniu pana Mietka, by zerknął na wyświetlacz swego telefonu w celu identyfikacji dzwoniącego numeru, okazało się, że tym bardziej nie ma pojęcia...
Dwie kolejne wybrane przez nas osoby też nie miały. Ani Krysia, ani Michał, uparcie nazywany przeze mnie Aniołem (bo miał literkę A przed imieniem) nie znali numeru, z którego po nich wydzwanialiśmy. Za czwartym razem strzał okazał się celny. Pan Franek, jakby już wiedział, o co chodzi poinformował nas, że reszta garderoby już pozbierana po ludziach, a telefon odbierze, tak, to syn jego się tu włóczył nocą ciemną.

Pół godziny później ktoś puka do drzwi. Sąsiad z mieszkania obok. "Ja słyszałem, że mogę tu siostrzeńcowi telefon odebrać, on taki pijany, trafić nie mógł, telefon wogóle nie jego tylko matce zabrał, wiecie jak to jest":)))

piątek, 22 lutego 2008
za ostatni grosz..
Koniec miesiąca. Ostatnia kasa i dylematy: zapłacić za gaz czy zostawić na prowiant? Co robi Święty Robek? Przynosi do domu bukiet z frezji i tulipanów:) A w domu pachnie wiosną.
poniedziałek, 18 lutego 2008
krajobraz przed zagładą

Dało się ostatnio zauważyć, że oprócz cebularzy, w Polsce D, śnieg jeszcze rozdają. Pomimo tego lubelacy wyciągają wygodne fotele w plener, żeby lepszą widoczność mieć na amerykańskiego satelitę, który podobno na łeb nam niebawem spadnie.

           

 niektórzy ustawiają na oknie maryjną blokadę antyrakietową

           

  A inni w ramach protestu antyamerykańskiego nie kupują juz wina z Kaliforni, tylko latają do supermarketu po zapas czerwonego trunku pochodzącego od naszych śródziemnomorskich przyjaciół

          

jeszcze inni tylko kręcą głową;)

          

I kolejna seria miejskiej pstrykaniny antyturystycznej...

           

           

           

           

          

          

gdy czarne koty buszują w zaspach, gołębie wyszły na zwiedzanie parapetów

           

czwartek, 14 lutego 2008
boksy i inne potwory

Już od dawna "chodzi" za mną jeden mały potworek. Ja wiem, że one są obsrajtuchy i ślinią się i trzeba rano wyprowadzać, bo nie poczeka, aż się pańcia wyśpi i w ogóle życie z psem jest skomplikowane, ale cóż ja na to poradzę, że każdą taką kaprawą mordę przygarnęłabym do domu, gdyby tylko była okazja.

             

             

poniedziałek, 11 lutego 2008
cebularz

              

No tak. Wysmarowałam tekst o tym, jak to sobie chodzę do piekarni po cebularze, a nie pomyślałam, że normalni ludzie nie wiedzą co to jest ten cebularz (normalni- czyt. nie mieszkający w Polsce C). Komentarz Odwodnika pod ostatnią notką uświadomił mi, że tego wynalazku nie jada nikt oprócz lubelaków, bo to przecież produkt regionalny. Reszcie nieuświadomionego świata już objaśniam, czym jest cebularz. To jest taki mały placek (?) wypiekany z pszennego ciasta z cebulą po wierzchu i makiem, Pizza biedoty. Perła wschodu. Duma Lubelszczyzny. Esencja kwintesencji cebulozy ze swawolną nutką wnętrza makówki. Cebularz...:)

Od razu powiem, że nie mam zielonego pojęcia jak coś takiego sprodukować metodą chałupniczą, przepis znam tylko jeden: Trzeba wejść do pierwszego lepszego lubelskiego spożywczaka bądź piekarni i powiedzieć : "Cebularza poproszę" :)

              

sobota, 09 lutego 2008
śniadanie we mgle

           

Zdażyło się Wam lecieć z rana kilometr do piekarni, choć sklepów z pieczywem pod nosem od groma, tylko dlatego, że tam, kilometr dalej mają cebularze maślane wypieczone tak, jak powinien być wypieczony porządny cebularz? Bo nam się zdarza dosyć często. Dziś trzeba było za tymi cebularzami przedrzeć się przez mgłę, która rankiem jak mleko wylała się na miasto.

           

           

          

           

          

          

Strzelałam w biegu, bo Święty Robek ciągnął za mankiet i krzyczał, że wszystkie cebularze rozkupią. A na Furmańskiej jak zawsze kolejka po same drzwi. Fotek cebularzy nie będzie, bo nawet ich nie donieśliśmy do domu. Zjedliśmy w drodze powrotnej.         

piątek, 08 lutego 2008
sawuarwiwr

Czynsz kazali płacić w takim jednym banku za skrzyżowaniem. No to chodzę przed 10-tym każdego miesiąca, stoję w zawsze-długiej-kolejce i idę do pani, żeby odcięła kupon. Dziś jak zwykle- tłum emerytów i ja. Uplasowawszy się na pozycji w pierwszej dziesiątce oczekujących, potulnie usiadłam i odczekałam swoje. Za mną- szefowa komitetu kolejkowego, zajęta przeganianiem emerytów- anarchistów, co chyłkiem wyprzedzić peleton usiłowali, udając, że nie widzą kolejki. Obsługa "okienek" widząc ogromny ogonek rozrzedziła się i nagle z pięciu pańci okienkowych zrobiły się dwie, reszta spieprzyła do kantorka kawę pić i paznokcie piłować.

Moja kolej. Ściskając w ręku kamień zielony. tfu. Nie o to szło. Od nowa. Ściskając w ręku książeczkę czynszową udałam się w kierunku pańci z okienka, jednak babcia w berecie ukrywająca się uprzednio prawdopodobnie pod parapetem wyprzedziła mnie z werwą (co ja na to poradzę, że jakaś anemiczna ostatnio jestem), z drugiej strony w podskokach nadleciał staruszek z reklamówką. Nie dali mi szans. Krzyk podniosła "szefowa komitetu kolejkowego" i aferę zrobiła na cały bank. Oberwało się i dziadkowi i babci i mnie..

szefowaBez kolejki się pchają chamy! A pani to co? Trzeba ich było wypchnąć! Przecież pani przed nimi była! (to do mnie)

ja: No przecież się nie będę szarpać ze starszymi ludźmi!

szefowa: Trzeba takich uczyć! Musi ich pani uczyć, żeby sobie zapamiętali, że bez kolejki to nie wolno!

Ręka z książeczką mi opadła (i ta druga zresztą też) Że też nigdy nie przyszła mi do głowy misja nauczania dziadków i babć sawuarwiwru:)

Pewnie dlatego, że mam w pamięci takie wydarzenie w autobusie, gdy jeden chłopak próbował delikatnie zwrócić uwagę starszemu panu, co taranował wszelkie istoty na swej drodze, żeby się nie rozpychał. Usłyszał wtedy: "Nie ucuny, nie szkoluny, a wyscekuny!!!"

poniedziałek, 04 lutego 2008
żałoba

To, że z rana jestem upośledzona umysłowo odkryłam już dawno temu. Do końca pierwszej kawy nie trzeba ze mną gadać w ogóle, bo to nie ma sensu. Ale że upośledzona jestem również ruchowo odkryłam dopiero dziś rano. Aż wstyd się przyznać. Wzięłam się zamachnęłam niechcący i napoiłam swojego komputeiro..kawą z mlekiem (+łyżeczka cukru). Na razie jestem w żałobie. Poza przetarciem go z grubsza szmatą, co mi się nawinęła pod niszczycielską rękę, rozkręceniem "klapek" z tyłu i wydłubaniem ich za pomocą pilniczka do paznokci i wietrzeniem bebechów oraz rozryczeniem się nic innego nie przychodzi mi do głowy. Mogę jeszcze ewentualnie walnąć się młotkiem w łepetynę, żeby zapomnieć o wszystkich danych z kompa, jakie zapewne przepadły na zawsze. Czekam, aż święty Robek przyjdzie z pracy i powie "dla gupich bab powinni robić drewniane komputery"

buuuuu, niech mnie ktoś dobije...

UPDATE:

Po rozebraniu lapka na części pierwsze i obmyciu mu bebechów gorzałą, co została z Sylwestra oraz przywróceniu mu fabrycznego wyglądu okazało się, że niby działa..Niby, bo na przykład taki caps lock żyje własnym życiem i to od niego zależy a nie ode mnie, czy mam pisać małymi, czy wołami. Przeważnie decyduje, że wołami. Również ctrl się buntuje i sam mi zaznacza co mu się podoba, parę innych klawiszy również. I takie tam.

Święty Robek poprosił, żebym zrobiła tu update'a z przestrogą dla "innych" blondynek, no to proszę bardzo: Jak zalejesz, wrzucisz do wanny, bądź do toalety komputer lub sprzęt jemu podobny, nie próbuj go natychmiastowo uruchamiać, żeby sprawdzić, czy się całkiem spieprzył:)

A tu morał ode mnie:

Pamietaj hakerze młody- lepiej włóż laptopa do wody (a nie do kawy z mlekiem i cukrem)