turystka na nieustających wakacjach
czwartek, 30 listopada 2006
pocztowka z wakacji

                    

                    

                   

                              

                         

                      

                     

                         

                          

                                                 widok z okna

                        

                         ten sam widok z okna przedwczoraj:)

the fog- remake

Pomieszalo mi sie wszystko we lbie. W ojczystym mieszkaniu spalam malo i krotko, bo na dole w bloku mym panowie z ekipy remontowej ex-mięsny rozpierdalali mlotkami z kazdym wschodem slonca. Ja sie naprawde ciesze, ze tego miesnego juz nie ma, bo smierdzialo zepsutym boczkiem na pol kilometra, ale...ja tak bardzo chcialam spac...Pomiedzy jednym huknieciem mlota w ex- sklepowe kafelki a drugim wymyslilam, ze to wlasnie ja chce miec ten miesny. Pewnego dnia kupie sobie miesny na dole, a potem strych nade mna i zostane potentatem blokowym. I zlikwiduje cisze nocna od 22-6. Na strychu sobie zrobie upgrade do mojego klaustrofobicznego mieszkania, a w miesnym bedzie ekskluzywne foto-studio:)

W poniedzialek- wiadomo- po trzech godzinach snu odstawialam czuwanie na lotnisku Okecie, a po powrocie i zapadnieciu w gleboki sen odkrylam rankiem, iz nie wszystkie kafelki z miesnego zostaly zlikwidowane, albowiem panowie dalej napierdalaja mlotkami az milo.

W srode- podjelam kolejna probe opuszczenia ojczyzny pomimo malo optymistycznych wiesci w tefałenie z pola boju na lotnisku. O 3.45 bylam juz na nogach, po godziny pozniej konczylam kawe upychajac noga zestaw kotletow schabowych dla Swietego Robka w worku podroznym. Pan taksowkarz przezyl dejavu, gdy wylonilam sie z mgly, bo tak sie zlozylo ze to wlasnie on wiozl mnie na dworzec dwa dni wczesniej o tej samej nieludzkiej porze. O 5 nad ranem grupa podroznych cierpliwie oczekiwala na przyjazd autobusu na Okecie, na wyrost zwanym Polskim Expresem, niektorzy postanowili czekac do skutku, ucieklam o 5.30 lapiac po drodze busa do stolicy.

Odprawa. ' Ja nie wiem, czy samolot poleci, bo wlasnie przed chwila widocznosc znowu sie popsula i wszyscy czekamy na zmiane pogody, ale odprawic sie pani musi'- poinformowala mnie pani. Na sali odlotow znowu te same twarze, kilku mlodych Szkotow zalega plackiem na tym samym skrawku podlogi, na ktorym widzialam ich w poniedzialek... Niektorzy sie juz rozpoznaja, podchodza, mowia 'czesc'. Kilkaset osob czeka na jakis komunikat. Po paru godzinach slychac huk...wrrrrrrrrrr...wszyscy wstaja z miejsc, biegna do okien..z mgly wylania sie kadlub samolotu, ledwo go widac, ale jest! wyladowal! hurra! nasz bohater! Nikt jeszcze nie wierzy, gdy wyswietla sie napis Glasgow- go to gate 3, nawet gdy juz siedzimy w samolocie, ludzie niepewnie sie rozgladaja na boki, jak gdyby ktos mial nas z niego zaraz wyrzucic, wszyscy odruchowo natychmiast zapinaja pasy. Wiodcznosc nadal taka sama (czyli zadna) ale lecimy. Ktos tu madrze mi na blogu raz powiedzial, ze 2 to dobra liczba jest...drugie podejscie udane:)

Obudzilam sie, nie wiedzialam gdzie jestem, za oknem ciemno, cisza, na zegarku 9.00, w rzeczywistosci 8.00, dwie kawy zamiast jednej, wieje...jestem w domu

poniedziałek, 27 listopada 2006
i am the passenger...

liczba kursow na trasie Warszawa- Lublin: 2

liczba przejsc przez wykrywacz do metali- 10

procent wkurwienia ogolnego- 1500

ilosc wystepow w tvn fakty- 1

Tak, bylam dzis na Okeciu. Tak, czekalam jak glupia az 'mgly opadna'. Nie, kurwa, nie opadly...

Szczeka mi natomiast opadla, jak uslyszalam przez megafon komunikat: 'Prosze panstwa, samolot z Glasgow Prestwick dotarl do Polski. Mamy lacznosc z pilotem. Krazy nad lotniskiem i czeka az mgly opadna. Paliwa mu wystarczy jeszcze na jakies pol godziny' :) Podczas zamkniecia dzikiego tlumu w sali odlotow zapanowal chaos. Po trzech godzinach wszyscy chcieli ZAPALIC!!! Poszlam z biala flaga do pan obslugujacych z prosba o jakies rozwiazanie tego problemu. Po dluzszej debacie panie znalazly wyjscie- trzeba zorganizowac pielgrzymke do wyjscia. Grupa nalogowcow dostala po 'wyjsciowce' i sznurem podazylismy za pania przewodniczka w celu wyjscia na fajke- trzeba bylo przejsc z powrotem przez odprawe celna, udac sie w kierunku wyjscia glownego i tam razem z pania pilnujaca przycelebrowac fajke. Po pieciu minutach znowu to samo- sciaganie paskow od spodni, kurtek, czapek, butow itd. Po kolejnej godzinie oczekiwania na 'opadniecie mgiel' ponowilismy eskapade. I tak az do momentu, kiedy glos z megafonu poinformowal nas, ze 'Przykro nam bardzo, ale dzis zaden samolot tu nie wyladuje i zarazem nie odleci. Prosimy udac sie do okienka biura linii lotniczych, zeby przelozyc lot na inny termin'. Sek w tym, ze wszystkie owe biura mialy...wspolne okienko, do ktorego ustawilo sie w kolejce jakies 600 osob. Z mojej 456 pozycji sytuacja wygladala bardzo zle. Conajmniej 12 w nocy mnie tu zlapie. Po kolejnej godzinie wystawania i przesuwania tobolkow o pol milimetra pojawila sie szefowa od pielgrzymek na fajke i szepnela mi: 'ja nie wiem czemu oni jeszcze tego nie oglosili, ale szybciej bedzie przebukowac ten bilet telefonicznie'. Zgarnelam manele i tak oto jestem z powrotem, home sweet home, marnotrawna pasazerka 'polskiego expresu' z szynka lososiowa i schaboszczakami w tobolku, ktore pewnie jutro szlag trafi. Kolejny bilet mam na pojutrze, z tym ze nie wiadomo czy mgla zejdzie do tej pory...zapowiadaja 2-3 doby z podobna sytuacja. I co z tego, ze granice pootwierali, skoro i tak z tego kraju nie da sie wyjechac???

Jak nie urok to sraczka...

środa, 22 listopada 2006
powroty, upadki i wzloty

 Milion lat temu wydarzyla sie 'sytuacja', z ktorej nie wiadomo bylo czy wyjde zywo czy etam. Z pomoca paru madrych kolesi udalo sie. Wyszlam. Cala moze niezupelnie, ale za to zywa. O wszystkim postanowilam zapomniec.  Pojechalam w swiat z tego darowanego zycia korzystac. Ladnych pare lat w drodze na tzw. shoe string. Bylam wszedzie gdzie sie tylko dalo, tam gdzie sie nie dalo tez...

Miesiac temu strach powrocil. I panika, ze 'sytuacja' sie powtarza. Teraz juz wiem, ze sie nie powtorzyla. I sie do kurwy nedzy nie ma prawa powtorzyc.

 W poniedzialek wracam do Szkocji.

poniedziałek, 20 listopada 2006
a na wschodzie bez zmian

Naleczow. Noc. Lokal jak z czasow prohibicji, nie opisze bo cicho-sza. A zreszta i tak nic nie widac, poza majaczacymi za dymna zaslona zarysami, po ktorych mozna stwierdzic, ze to jacys ludzie sa. Ich tez nie powinno tam byc. My tez nie powinnysmy pic tego ostatniego piwa ani palic kolejnej paczki elemow. Spac. Moj wspollokator smierdzi, zre galezie i wydaje dziwne dzwieki. Wyglada jak przerosniety krolik i ma dwupoziomowa klatke. Szynszyl to jest podobno. Jolka odziewa mnie w jakies podejrzane kalesony i weselna bluzke w rozmiarze xs (ale sie nie martwie, ze popeka w szwach bo jestem zamroczona alkoholem i mi wszystko jedno, niech se peka). Spac. Kac. Rankiem budzi mnie kac. Pani Basia jest fajna, rosolu nagotowala. Jemy na balkonie bo pogoda dosyc wiosenna jak na prawie-grudzien. Kac i zwiazane z tym chore pomysly oraz ogolna glupawka. Jolka mowi, ze ktos mowil, ze w aptece sie kupuje glukoze w plynie, normalnie sie wypije i czlowiek jak nowonarodzony jest za chwile. My tez chcemy byc. Lecimy do najblizszej apteki. Pan nie wydaje sie byc pomocnym, krzywi sie i mowi, ze nie ma. To daj pan taka normalna- mowi Jolka. Ze w proszku?- tak, dawaj pan w proszku. Pan sie krzywi zamiast pomoc i doradzic, niechetnie podaje torebeczke- 2.35-mowi.

Naleczowski park, pozne popoludnie. 'idzmy tam, gdzie slonce swieci'- 'nieee, bo nam bedzie slonce za bardzo swiecic' Butelka Naleczowianki, dwie ramki fajek i paczuszka ze sproszkowana glukoza. Czytamy manual- przy skrajnym wyczerpaniu..lyzeczka do kilku..nie przedawkowac bo wymioty i nudnosci..na szklanke wody..Nie bardzo radzimy sobie z obliczeniem proporcji na 3/4 butelki wody, a chcemy czysta wode tez zachowac w razie potrzeby. Wysypujemy wiec bialy proszek na dlonie i zlizujemy 'na oko' po okolo dwie lyzki. Zapijamy woda, bo slodkie jak cholera. ...matka szmatą wytarla bo myslala ze to ślady mąki... Ludzie przechodza, patrza ze zdziwieniem...Zaraz policja nas zgarnie na komisariat za spozywanie podejrzanej substancji w miejscu publicznym- smieje sie Jolka. Dosypujemy po nastepnej garsci. popijamy. papierosek. ludzie przechodza, slonce zachodzi. jest lepiej. Jolka prowadzi mnie do stolowki. Pani z okienka krzyczy: wątróbka z frytkami raaaz!!!! ruskie z surówka raaaz!!!! Pani ma ciezka prace bo sie okrzyczy przez caly dzien i boli ja pewnie gardlo. Mielony z buraczkami raaaz!!! Na cerate wylal sie kompot. Jest lepiej. Jest duzo lepiej...

środa, 15 listopada 2006
spieprzaj dziadu, nie wracamy?
Mam duzo czasu. Utknelam tu conajmniej jeszcze na nastepny tydzien (wersja optymistyczna) Za tydzien cos sie wyjasni i mam nadzieje, ze sie wyjasni na moja korzysc...Szwedam sie po tym moim miescie, obserwuje ludzi z mojego klaustrofobicznego mieszkanka na 3 pietrze, ogladam wszystko na nowo, obserwuje zmiany, poszlam nawet zaglosowac w wyborach...i sie zastanawiam- czy dobrze byloby tu wrocic czy raczej nie. Poddac sie sentymentom czy myslec realnie? Bo fajnie jest tu przyjechac goscinnie i podchodzic do wszystkiego z dystansem, kiedy sie wie, ze w kazdej chwili mozna zabukowac bilet na samolot i ewakuowac sie, bo przeciez jest dokad uciec. Z drugiej strony- nie moge byc przez cale zycie gosciem we wlasnym domu, we wlasnym kraju. El prezidente goszczacy ostatnio w Szkocji namawial mlodych ludzi do powrotu. Co uslyszal?- 'Spieprzaj dziadu, nie wracamy' - i wcale sie nie dziwie- takie same dylematy jak ja maja tysiace ludzi. Gdybysmy ich nie mieli, moze zycie byloby latwiejsze?
czwartek, 02 listopada 2006
30% mohair

Snieg pada, taki pomieszany z deszczem na razie, ale moze sie rozjuha. A mnie obuwie zimowe obtarlo. Jak ktos zobaczy stwora biegnacego przez miasto w trampkach, moherowej (!-trza sie bylo dostosowac do tutejszej mody) czapie i kurtce a'la powstaniec warszawski to znaczy, ze to ja jestem...

środa, 01 listopada 2006
near, far, wherever you are...

Tyle lat tu mieszkalam, ale nigdy przedtem nie widzialam Starowki totalnie opustoszalej, bez ludzi, bez samochodow. Przed chwila zobaczylam. Bylam jedyna osoba spacerujaca po Grodzkiej. Taka cisza i spoookoj...Miasto wymarlo, wszyscy sa na cmentarzach. Zywi lub martwi.

A ja? Boje sie jutrzejszego dnia, jutro moze rozswietla sie pewne sprawy i pomimo prob pozytywnego sie nastawiania sram po gaciach. Probuje sie zajac wszystkim oprocz myslenia i analizowania, ale...sasiedzi mi w tym przeszkadzaja. Przedwczoraj pod wplywem obejrzanego w tele Titanica zaczelismy z kolega odspiewywac piesn przewodnia nasladujac i wczuwajac sie w Celine Dion, lecz w zwiazku z tym, ze spiewacy z nas tacy jak z pana Andrzeja prezydent miasta, nasze wykonanie bylo dosyc odlegle od oryginalu. Nie przejmujac sie tym faktem postanowilismy zarejestrowac piesn uzywajac ku temu 'skajpowego' mikrofona. Po trzech probach generalnych sasiedzi nie wytrzymali i przyszli nam o tym opowiedziec (chyba, bo nie odpowiedzielismy na upierdliwe stukanie do drzwi). Studio fonograficzne trza bylo zamknac:( W takich chwilach tesknie za moimi szkockimi sasiadami.