turystka na nieustających wakacjach
czwartek, 29 listopada 2007
sleeping awake

Już dawno temu wypracowałam podświadomie swój system obronny względem niepotrzebnego budzenia mnie ze snu. System jest prosty- w przypadku próby obudzenia mnie, mówię do osobnika kilka słów, a nawet zdań, które wydają się hm..zgodne z rzeczywistością, i po spławieniu delkiwenta na powrót zapadam w głęboki sen. Po właściwym przebudzeniu nic nie pamiętam. Chodzi o to, żeby się odczepił- ten, co mnie obudził.

Kiedyś koleżanka, z którą dzieliłam pokój próbowała obudzić mnie do pracy.

- Tak tak, już wstaję, chociaż to i tak nie ma sensu, bo nie ma prądu, ani gazu ani wody...- powiedziałam przytomnie

Marlena zadowolona z siebie, że tak lekko jej poszło obudzenie mojej osoby, obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju. Na korytarzu jednak dotarła do niej końcówka zdania wypowiedzianego przeze mnie. Zerknęła na świecącą się u góry żarówkę. Nie ma prądu??? wody??aaaaaaa!!!wstawaj i nie ściemniaj, przecież ty dalej śpisz!

Innym razem, gdy mieszkałam na statku, w środku nocy, gdy usiłowano mnie dobudzić na wachtę, wyparłam się swojej osoby, twierdząc (podobno bardzo przytomnie zresztą), że lacorsa śpi na górze, wskazując palcem spod śpiwora na śpiącego koję wyżej kolegę, którego to następnie próbowano obudzić myśląc, że to ja:)

W mojej poprzedniej pracy już znali moje manewry, i gdy ktoś dzwonił ze zleceniem najpierw zamieniał ze mną kilka zdań, zadając przypadkowe pytania, a gdy stwierdził, że jednak naprawdę nie śpię, dopiero wtedy przechodził do konkretów. A wszystko przez to, że raz podczas snu zadzwonił telefon, który oczywiście odebrałam. Kazano mi iść w jedno miejsce strzelić fotkę, po drodze miała czekać na mnie współpracownica. Rzekłam podobno: no dobra, zaraz będę, a jak ja ją rozpoznam? a może powiedz jej, że będę w zielonej kurtce i plecaku na aparaty, żeby to ona mogła mnie rozpoznać..Szef, najpierw zdezorientowany, myślał nad moją amnezją- jak ona może jej nie rozpoznać- przecież już od ponad roku pracują razem!?? aż w końcu kapnął się, że ja to mówię przez sen.

Dodam tylko, że pierwsze słowa, jakie padły z ust Moniki, gdy przyszła w umówione miejsce to: cześć, rozpoznajesz mnie? bo ja ciebie owszem:)))

Wieść się rozniosła i później każdy w pracy pytał mnie na wejściu, czy go rozpoznaję, zanosząc się śmiechem..

Mąż mój nowy trochę mnie już zna, więc takie sytuacje go nie dziwią, aż do dnia dzisiejszego, w którym już nie wytrzymał. Dzwoni do mnie z pracy i pyta, jak moja noga.

- Jaka noga? O co ci chodzi?- próbuję skojarzyć

- No, jak wstawałem rano do pracy to złapałem cię za stopę, na co zareagowałaś, hmm, dosyć dziwnie

- To znaczy??

- Powiedziałaś, żebym cię zostawił, bo całą noc śpisz na jednym i tym samym boku, a to dlatego, że w twoja noga jest przebita kołkiem i bardzo cię boli:)))

Czy to już się kwalifikuje do wizyty u psychiatry czy jeszcze nie?

środa, 28 listopada 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZ. 10

okolice Faro, Portugalia

              

Dziwne to jest, ale znajdujemy się w miejscu, gdzie w obu kierunkach droga prowadzi do ...Sevilli. Kaśka macha po jednej, ja po drugiej. Chcemy przed nocą dostać się do Andaluzji, konkretnie do Kadyksu.

             

Zatrzymuje się ciężarówka.

- Huelva?- pytam

- Sevilla!- dudni głos z kabiny

Yeah!! Z Sevilli do Kadyksu jest już rzut beretem. Jesteśmy w domu. Sevilla wita nas ulewą. Pakujemy się w pociąg i lądujemy w Kadyksie o północy. Tylko co robić w obcym mieście w środku nocy?

Cadiz, Hiszpania, nocą ciemną...

Z ciemności wyłania się tajemnicza postać w długim, czarnym skórzanym płaszczu i zagaduje nas łamaną angielszczyzną. Może i wygląda jak psycho- killer, ale zapytać go o noclegi w tym mieście przecież można. W końcu to miejscowy, powinien być zorientowany. Potencjalny zabójca nocnych turysto- szwędaczy ma na imię Alejandro i jest pół- Hiszpanem pół- Francuzem. Wygląda trochę jak szpieg z krainy deszczowców i prowadzi nas nocą ciemną przez labirynt ulic Kadyksu opowiadając rozmaite historie. Z kieszeni co chwila wyciąga jakieś mapy, plany miast i ulotki informacyjne.

No, nieźle- mówię- pierwsze 5 minut w nowym miejscu i od razu trafia się nam żywa informacja turystyczna.

             

                                            Alejandro

Dochodzimy do budynku o nazwie Quo Qadis. To hostel, nad którym czuwa..rosyjski recepcjonista. Tu będziemy nocować. Ale jeszcze nie teraz, w końcu dopiero tu przyjechałyśmy- trzeba rzucić plecaki i obadać okoliczne tereny. ,

Alejandro zostawia nam wizytówkę, gdybyśmy znowu potrzebowały przewodnika:) i chwilę z nami spaceruje, a następnie oddala się w swoją stronę- do wieży, w której mieszka, o czym przekonamy się jutro, gdy wpadniemy do niego z wizytą na poranną kawę.

                  

                 

                 

                

Lądujemy w pobliskiej knajpce, gdzie nadal jest gwarno i głośno, pomimo tego, że to środek tygodnia i dochodzi 2 w nocy. Nad barem na hakach wiszą świńskie nogi, nieodłączna ozdoba hiszpańskich barów. Obserwujemy otoczenie, wsłuchując się w dźwięczne konwersacje miejscowych. Nagle przez szerokie, otwarte na oścież drzwi wjeżdża...śmieciarka.

- Jeny, nie gadaj, że on tu wjedzie tą śmieciarą do środka!- krzyczy Kasia

Kierowca śmieciarki pokazuje zęby w szerokim uśmiechu, macha do wszystkich ręką, wrzuca wsteczny i wycofuje pojazd. Zauważamy, że miejscowi nie są specjalnie zdziwieni całą akcją. Unoszą w górę szklanki z piwem i pozdrawiają kierowcę. W starej częsci Kadyksu uliczki są tak wąskie, że kierowcy muszą sobie jakoś radzić z niektórymi manewrami:), a każda dostępna przestrzeń jest wykorzystywana maksymalnie, choćby nawet była to podłoga baru czy sklepu:)

             

             

                  

           

            

           

              

          

Quo Qadis? flamenco!

Eksplorujemy dachy Kadyksu. U Alejandra na wieży dach robi za ' kawiarnię ', a w naszym hostelu dach to główne miejsce integracyjne, a czasem nawet sypialniane, gdy miejsca dla podróżnych braknie wewnątrz budynku. Poznajemy tu ludzi z różnych stron świata. Jest Ramzi, który zakochał się w miejscowej studentce, więc nie może opuścić Kadyksu, jest też pewna tajemnicza pani, która przechadza się w świecących rajtuzach i czarnym pareo. Na świetlicy podczas posiłku pojawia się okazja do rozmowy- kobieta siada ze swoim talerzem naprzeciwko nas. Jest Kanadyjką, wygląda na czterdzieści parę lat. Mówi, że w pewnym momencie swojego życia zostawiła wszystko, przyjechała do Andaluzji, wyrzuciła wszystkie swoje rzeczy do śmietnika. Zostawiła sobie złote rajstopy oraz czarne pareo, bo lubi chadzać do lokalików potańczyć flamenco.

Myśl o pani w złotych rajtkach nie opuszczała mnie przez długi czas. Nie mogłam zrozumieć. Czemu właśnie rajstopy? I to złote?

I tak sobie teraz myślę, że ona musi być szczęśliwa tak po prostu. Śpi, je, chodzi na flamenco i ma złote rajstopy. Sens życia.

                                            c.d.n.

         

poniedziałek, 26 listopada 2007
zi-zi

               

               

               

                zima jeszcze nieostra jest

piątek, 23 listopada 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 9

Naszło mnie na dalsze odgrzewanie- poprzednie części do odgrzebania w 'historiach nieopowiedzianych'

Villa (u) Franca (z basenem i full wypasem;)

Starym już zwyczajem lądujemy tam, gdzie niekoniecznie chcemy czyli na zadupiu. Z Aveiro wiezie nas karateka (wierzymy mu na słowo i się cieszymy, że nie chce udowadniać) który przy okazji wypomina nam jakiś mecz, kiedy to Polska przerżnęła z Portugalią w piłkę nożną. Karatece nie po drodze do Lizbony. Dalsze kilometry przemierzamy z miłą panią, która wywozi nas do wsi sporej jak Wólka Lubelska- 5 domków na krzyż i knajpa gabarytów kaczego pistolecika, w której nasza zmotoryzowana pani umówiła się na randkę. Obejrzawszy potencjalnego narzeczonego i wypiwszy po kawie decydujemy się opuścić randewu i ruszać dalej. Z zadupia zabiera nas dziadzio- właściciel starej, wysłużonej ciężarówki. Martwimy się o 3 rzeczy- że dziadek wygląda, jakby chciał drzemnąć, że ciężarówka zaraz się rozsypie i nigdzie nie dojedziemy, a jeśli nawet nie zdarzy się ani jedno ani drugie, to do tej Lizbony ze trzy dni będziemy jechać. Wleczemy się 40 km/h. Poza tym wcale nie jesteśmy w 100% pewne, czy dziadziu jedzie tam gdzie my:) Wytężam umysł i skupiam się jak mogę, żeby zrozumieć co dziadek pragnie nam przekazać w swym ojczystym języku. Niby padło słowo 'Lisboa' ale dziadziu mówi również coś o jakimś Franku. I o willi.

- Pewnie jedzie wnuczka odwiedzić w stolicy- mówi Kaśka

- A Franek jest szczęśliwym posiadaczem wypasionej willi z basenem i dziadek chce się nam pochwalić- dodaję

- O basenie nic nie mówił, tylko, że ' willa ' i że ' Franek '

- Może i mówił, przecież nie wiemy jak jest ' basen ' po portugalsku...

Zajęte spekulacjami na temat willi wnuczka Franka nie zauważamy, że dziadek ignoruje drogowskaz na Lizbonę i kieruje się do jakiejś mieściny. Mijamy znak z nazwą miejscowości i nagle wszystko staje się jasne. Nie ma żadnego basenu, wnuczka ani nawet willi. Jest za to dziadkowy cel podróży- miasteczko o nazwie Villa Franca...w której my też musimy się zatrzymać, bo robi się późno.

Zawsze to dalej niż bliżej:)

            

                        

czwartek, 22 listopada 2007
mizeria
Nie lubię, jak nie mam pomyślunku.
piątek, 16 listopada 2007
ciasto a'la corsa

Znowu z pamiętniczka gospochy będzie...

(jeśli ktoś tu wszedł przypadkiem sugerując się tytułem, w celu odkrycia zajebistego przepisu na ciasto, pozostaje mi tylko powiedzieć- cóż za niefart!)

Zima nadeszła i czas obrosnąć tłuszczem, spaść się jak świnia oraz zapaść w zimowy niedźwiedzi sen. W zimie częściej człowiekowi się chce słodkiego. Do tej pory to Św.Robek wyłapywał przepisy od moich 'piekących' koleżanek i preparował produkty o nazwie 'ciasto ze śliwkami' lub 'ciasto z jabłkami'. Teraz- wiadomo- ja mam się niby w Makłowicza zabawiać. Już od kilku dni słyszę prośby na temat domowego ciasta. No, dobra, zawsze można chociaż zerknąć do netu na jakieś przepisy, co nie? Zerknąwszy na profesjonalne blogi o pieczeniu ciast przebrnęłam przez te najciekawsze moim zdaniem (najciekawsze typowałam przez jakość zdjęć wykonanych na upieczonych smakołykach i mówię wam- jedna laska to powinna odejść w cholerę od tych garów i zająć się fotografią, takie foty strzela że szczęka mi opadła) i po przeczytaniu przeciętnego przepisu strzeliłam focha, załamanie nerwowe, a kartka do notowania spadła za lodówkę i już nie chciała powrócić. Doszłam do wniosku jednego i jedynego- CIASTOWYM NIE BĘDĘ. Pomijając rzeczy, których z przepisów nie zrozumiałam (ukręcanie żółtek, glazurowanie itp.) doszły produkty z kosmosu potrzebne do sporządzenia ewentualnego smakołyku (kandyzowane wiśnie, suszone żurawiny itp.) oraz jeszcze jeden bardzo ważny szczegół- długość takiego przeciętnego przepisu w wolnym przeliczeniu równałaby się z 15 godzinami spędzonymi przeze mnie przy garach (nie wliczając kilku następnych na sprzątanie tego burdelu po moich poczynaniach). Wolę się już babrać w pikselach niż w mące, pieczenie należy pozostawić profesjonalistom. Jak mi się but zepsuje to lecę do szewca, a nie próbuję sama naprawiać, logicznym więc dla mnie było ruszenie tyłka na dół do cukierni i zakupienie dwóch pięknych kawałków ciasta o skomplikowanej kompozycji i wdzięcznej nazwie 'pijany cukiernik':)

I wilk syty i owca cała (i nie otruta z moich rąk)

piątek, 09 listopada 2007
desperate housewife

Muszę koniecznie pójść natychmiast do jakiejś uczciwej pracy. Takiej co to się kartę na zakładzie podbija o 8 rano, odbija o 16 i rura do domu. A to dlatego, że odkąd Św. Robek przestał być bezrobotnym (pracodawcę mu wyszukałam z książki telefonicznej) spadły na mnie jak grom z jasnego nieba tzw. obowiązki domowe. Organizacja domowego gospodarstwa jest ponad moje siły i wykracza dalece poza zasięg mojej wyobraźni. Z ugotowaniem jadalnej potrawy raczej problemów nie mam, a nawet odkryłam, że mam talent, jednak cała otoczka tej czynności (czyt. zmywanie garów) powoduje we mnie chęć ucieczki z pomieszczenia zwanego kuchnią. To Św. Robek ma zamiłowanie do mycia i czyszczenia a nie ja:( No, ale jestem zdana sama na siebie. Aż strach pomyśleć co się stanie z prądem, gazem i internetem, gdyż zdolność do sprzeniewierzania rozmaitych rachunków wyssałam z mlekiem matki. Na ten przykład ostatnio poszłam zapłacić za prąd (i coś jeszcze ale nie pamietam co ale i tak się w końcu upomną) po czym okazało się, że okienko kasowe, gdzie dokonałam płatności zbankrutowało kilka dni później. W zamierzchłych już czasach zainteresowałam się losem rachunków za czynsz dopiero gdy dostałam od spółdzielni list z pogróżkami na temat pozwu do sądu. Odnalazłam cały plik pokryty kurzem zepchnięty za lodówkę i wyszło, że faktycznie ich nie zapłaciłam (miejsce za lodówką jest w moim domu schowkiem, gdzie ukrywam rzeczy zbędne:) Moim dodatkowym atutem jest magazynowanie pustych rolek po papierze toaletowym, których nie chce mi się wyrzucić do śmieci. W sumie one nieszkodliwe są więc niech sobie stoją rządkiem, a co.

Czy nowe obowiązki zmieniły mnie w przykładną małżonkę? Ależ oczywiście. Wczoraj wstałam o 11.30 zamiast o 12:) Dziś nawet wcześniej, ale tylko dlatego, że ekipa remontowa przeniosła się z ulicy do..piwnicy i wiercą od rana. Tutaj- zdjęcie wspominkowe

               

Poszedłwszy do łazienki, zrobiwszy siku i pobrawszy na dłonie mydła z dozownika celem obmycia dłoni odkryłam, że w kranie nie ma wody. Domyśliwszy się, że ma to coś wspólnego z wierceniem w piwnicy zaniechałam tępego gapienia się w kran i wydłubałam resztki Nałęczowianki z lodówki. W drodze do sklepu po fajki odczytałam komunikat na drzwiach wejściowych, że od tej do tej wody nie będzie. Zawsze tak robią. Najpierw wyłączają, a potem informują. Choćbym chęci najszczersze wyraziła- garów dziś nie umyję:)))) Zamierzam za to zakończyć kampanię w Heroesów i zrobić kilka składanek do słuchania, albowiem Św. Robek zreperował wieżę

              

  Najpierw wyczytał w internecie jakie czynności ma wykonać, potem rozebrał ją na części pierwsze i jak złożył z powrotem to już działała. Chodzi o to, że takich rzeczy jak Iron Maiden czy np. Deep Purple z koncertu nie da się słuchać z mp3. Nie da się i już. Jak widać gospodyni ze mnie nie będzie, ale może ktoś kiedyś wymyśli etat profesjonalnego lenia, wtedy będę okrutnie bogata.