turystka na nieustających wakacjach
czwartek, 27 grudnia 2007
master of dizaster

Sylwestrem powiało. Aż się boję, czego dokonam w tym ciężkim dla mnie dniu. Bo ja jestem pechowa do Sylwestra. I zacznę od tego, że nic tak mi w życiu nie -niewyszło jak impreza sylwestrowa. Jakby ktoś chciał mnie się pozbyć szybko i skutecznie- wystarczy mnie wysłać gdzieś na Sylwestra. I obojętnie, czy będzie to Grand Hotel, czy chata za wsią- i tak mam przechlapane od chwili pojawienia się pierwszego słońca na nieboskłonie w dniu 31 grudnia.

Zamiłowanie do tragedii towarzysko- sylwestrowych nabyłam wraz z pierwszym dorosłym sylwestrem, kiedy to zaproszono mnie na prywatkę do czyjegoś domu. Nie, nie oderwałam zlewu od ściany, ani nie nażygałam na szwedzki stół- zatrzasnęłam się za to w kiblu "na stałe". Widocznie wszyscy pili wódkę zamiast piwa, bo nikt się o toaletę nie upominał przez pierwsze 2 godziny mojej niewoli, gdy szukałam wszelkich sposobów na swój "prizon kibel brejk", przez kolejną godzinę próbowano mnie ocalić starając się nie dewastować zbyt mocno drzwi przeszkadzających mi w celebrowaniu nowego roku wraz z ludzkimi twarzami a nie sedesem, kranem, zestawem kosmetyków i zgrzewką papieru toaletowego. Odemknięto mnie grubo po pierwszej. Życzenia se mogłam do łazienkowego lustra składać.

Kolejną imprezę sylwestrową obchodziłam w miasteczku, w którym ówcześnie mieszkałam- Kazimierzu Dolnym. Była bardzo mroźna zima. Wymyśliłam, że urwę się z imprezy celem zrobienia nocnych zdjęć rynku kazimierskiego o 12 w nocy podczas tych wszystkich fajerwerków- srerków- ogni sztucznych. Na Górę Trzech Krzyży wdrapywałam się na kolanach przez pół godziny, trzymając się kurczowo barierki jedną ręką, w drugiej dzierżąc statyw, a na plecach aparat+ butelkę z piwem (w razie gdybym się nie wyrobiła na wiwaty, życzenia i szampany). Podejście, w związku z panującymi warunkami atmosferycznymi, było jedną pionową taflą lodu podzieloną schodami. Dotarłam prawie na sam szczyt:) Równo o 12 w nocy (wnioskuję ze strzałów i fajerwerków nade mną) omsknęła mi się ręka z barierki i odbyłam najdłuższy ślizg na dupie po oblodzonych kamieniach w swoim życiu ze statywem nad głową (pożyczony, więc trzeba było ochraniać). Ten mistrzowski ślizg był nie do opanowania przez moje wątłe ciało, zatrzymałam się dopiero pod kościołem farnym, z obitym dupskiem i żebrami (statyw nawet nietknięty). W pozycji poziomej przywitałam nowy rok, który nie wróżył w tym momencie niczego dobrego...

W związku z tym kolejne celebracje postanowiłam powstrzymać, ignorując owe święta. Albo wyjeżdżałam w kraje odległe nie zabierając ze sobą kalendarza, albo zamykałam się w domu z butelką kalifornijskiego i puzzlami- 1000 sztuk uważając, żeby sobie przypadkiem krzywdy nie zrobić.

W ubiegłym roku chcąc przełamać złą passę postarałam się jednak spędzić "Sylwestra" i wiadomo jak się skończyło- pomimo Barcelony i perspektyw pięknych jak budowle Gaudiego- moja grypa wigilijna przeszła w zapalenie oskrzeli i choć dachy barcelońskie były ciepłe i przyjazne, ja siedziałam na nich zawinięta szczelnie w koc, śpiwór i trzy pary kaleson, żeby uniknąć dalszych konsekwencji.

W tym roku przykuję się kajdankami do mojej metalowej instalacji choinkowej, uważając, żeby nie zrobić zwarcia i żeby nic nie pierdolnęło...

poniedziałek, 24 grudnia 2007
wpis wybrakowany

            

zdjęcie pt."jakiś piesek ostatnim rzutem na taśmę załapał się w kadr"

inicjacja

  Wczoraj miałam chrzest bojowy- swój pierwszy raz bez "eLki" na dachu i bez instruktora z pedałem. Myślałam, że się zesram ze strachu:) Musiałam przejechać trasę Zalew Zemborzycki- dom, z metą na podwóreczku, do którego brama wjazdowa musi być chyba elastyczna, bo miałam wrażenie, że jest węższa od kombiacza, który dane mi było ujeżdżać. Nic nie odleciało, wszyscy żyją, teściowy samochód cały i nieobity. Uff.

            

widoki na przyszłość są raczej nieciekawe, zachciało nam się iść na wyprawę..

I w tym miejscu miało być zdjęcie dzikiego dzika oraz kolaży (nie rowerowych) oraz kwiatów, co mój mąż przynosi do domu (bo jeszcze jest w tej fazie, że przynosi;) oraz różnych innych ciekawych rzeczy np. metalowej instalacji choinkowej- bez choinki, a nie będzie nic bo się nie zmieści i znowu muszę czekać do pierwszego. Drogi Święty Mikołaju, poproszę worek megabajtów.          

              

            

           

 

wtorek, 18 grudnia 2007
bidżis

Moja madre ma tendencję do zaskakiwania ludzi rozmaitymi podarkami. Może to być dla przykładu, radziecki zegar stojący z budzikiem, rastamańska czapa na głowę lub też komplecik długopis+ notesik z napisem "peni-gra", ewentualnie sam długopis wielokolorowy bez napisu, ale za to nabyty za jedyne 10 złotych od niewidomego poznanego przez madre w autobusie. Ostatnio zostałam przyatakowana przez madre kapustą o średnicy porządnej anteny satelitarnej ("zrób se dziecko sałatkę"). Sałatką z kapusty- mutanta mogłabym obdzielić całą kamienicę, sklepowe z "Ruchałki" oraz ich rodziny i pierwszy pułk armii wojska polskiego, więc podjęłam próbę zmniejszenia objętości kapuścianej satelity. Bigos czyli.

Aby załadować pokrojone warzywo i pokryć je wodą celem ugotowania wykorzystałam 3 ogromne gary (jedyne jakie mam) a i tak kapusty zostało jeszcze na sałatkę:). Kapusta będzie mi się śnić po nocach, mam zakwasy od krojenia, aby przekroić dziada na pół zastanawiałam się pomiędzy użyciem siekiery a tasaka, do "ochrzczenia" wykorzystałam tonę kiełbasy, boczku i grzybów, z którymi nie wiedziałam co się robi, ale doczytałam se na internecie, oraz wiadro koncentratu pomidorowego. Z tą ilością bigosu, jaka powstała w efekcie końcowym mogę się spokojnie zamknąć w bunkrze na 5 lat w razie ataku terrorystycznego i umrzeć z samozagazowania...

piątek, 14 grudnia 2007
plastik fantastik

Dziś wiekopomna chwila, warta odnotowania. Odebrałam świeżutki plastik upoważniający mnie do prowadzenia pojazdów czterokołowych na legalu. Ignorując wszelkie przeciwności losu (wściekła grypa co mnie zaatakowała z nienacka, śniegi, wiatry, glut z nosa), ubrawszy się tak, że nawet teściowa by pochwaliła, że w końcu "z gołą dupą nie latam" (czyt. jak himalaista przed wyprawą na szczyty świata) poleciałam biegiem do urzędu, wyskoczyłam z opłaty 71 złotych i plastik już mój. Pani urzędniczka- sobowtór znanej zachodniej aktorki jednakże się zawahała z wydawaniem dokumentu, bo tradycyjnie, z rozpędu na pytanie o nazwisko, podałam to, które jest mi bardziej znane, czyli swoje prywatne przedślubne, drugi człon ignorując. Sofia Loręę pogroziła palcem, poinformowała, że naskarży mężowi, oraz nakazała się przynajmniej podpisać uczciwie.

poniedziałek, 10 grudnia 2007
Lublin- z głupawką w kieszeni

           zapraszam na spacer po moim mieście pod hasłem:

       

Sobie tak chodzę czasem z małą archaiczną cyfro- głupawką po okolicznych terenach i strzelam na prawo i lewo. dziś prezentuję moje niedzielne 'perełki'

      

       

      

      

       

      

      

      

       

       

      

       

      

       

      

       

      

       

       

       

       

       

      

       

       

      

       

       

zakończę mottem z tajemnych drzwi: wejdź a nie wyjdziesz:)

     

     

czwartek, 06 grudnia 2007
talent manualny

Próbuję sklecić kolejny list motywacyjny. Jest ciężko, bo tym razem potencjalna praca wydaje się być bardzo ciekawa, więc mi troszkę zależy. Niekoniecznie potrafię udokumentować wszystkie wymagania, które trzeba spełnić, więc muszę je po prostu opisać, tak, żeby ktoś mi uwierzył. No właśnie- np. talent manualny- nie mam papierka ukończenia szkoły plastycznej czy czegoś w tym rodzaju. Jak napisać, że posiadam talent manualny??

Siedzimy z koleżanką nad piwem w pubie, męczę ją swoim problemem talentu manualnego, kręcąc kolejnego papierosa. 'To napisz, że ładnie po butelkach malujesz'- doradza Marlena. 'Eeee, to takie..głupie'- kręcę nosem. ' To napisz, że malujesz i rysujesz, popatrz- ten rysunek co od Ciebie dostałam parę lat temu do tej pory wisi u mnie na ścianie'- Marlena nie daje za wygraną. 'No tak, a twoja koleżanka przyszła, popatrzyła i powiedziała, że to jakaś dziwna góra jest na tym rysunku, a przecież to była kobieta idąca drogą a nie żadna góra'- protestuję. 'Oj, bo pijana była i miała kłopoty z właściwą interpretacją'. Zrezygnowana odpalam papierosa. 'Popatrz jakie piękne skręty robisz! Takie równiutkie! To jest dopiero talent manualny!'- wykrzykuje moja koleżanka...

Nie pozostaje mi napisać nic innego poza tym, że: potrafię wykorzystać szkło po libacji alkoholowej do celów artystycznych, rysuję tak pięknie, że kobieta wygląda jak góra, i  nikt nie robi ładniejszych skrętów niż ja:)

Dlatego też, proszę państwa, uważam, że jestem doskonałym kandydatem na to stanowisko...

poniedziałek, 03 grudnia 2007
i am the fuckin' highway!!!

Kto rano wstaje ten egzamin na prawo jazdy zdaje:)

Tym razem poszłoooo...

Przerażona wczesną nieludzką porą przydzieloną mi na egzamin (7 rano) nastawiłam sobie budzik profilaktycznie na 5, żeby się troszkę ocknąć. Dwie kawy, batonik z napisem 'snickers- i jedziesz dalej' oraz kawałek 'Psycho Killer' zespołu Talking Heads postawiły mnie na nogi na tyle, by uruchomić w znienawidzonym De-fucking- woo aveo autopilota;) i jechać z lekko odemkniętym okiem obserwując czyhające na mnie zasadzki. Dziadu- egzaminator- eksterminator nie mógł mi się trafić podlejszy, ale w związku z moim porannym upośledzeniem umysłowym nie zwracałam na niego uwagi. Nie pamiętam gdzie jeździłam, jak i po co, pamiętam walec drogowy, turystów rzucających się pod koła samochodu i moje dziadowskie zaparkowanie po zakończonym egzaminie oraz wycedzone przez zęby: ' za dwa tygodnie proszę się zgłosić do wydziału srararatatata po odbiór prawa jazdy. egzamin zakończony wynikiem pozytywnym '

Normalnie jestem fucking master miszczu driver!