turystka na nieustających wakacjach
środa, 25 kwietnia 2007
odgrzany południowy kotlet- część 4

La Gudina, provincia Ourense, Hiszpania, pazdziernik

                

Nie tak łatwo wykombinować nocleg w miejscu, które z turystyką ma tyle wspólnego co nasza wyprawa z 'all inclusive'. Miasteczko wydaje się być opuszczonym przez wszystkich żywych. Powszechnie wiadomo, że najlepszym centrum informacji w takiej miejscówie jest zazwyczaj publiczny bar.

Właściciel lokalu, do którego trafiamy (jedynego zresztą) okazuje się być bardzo porządnym chłopem. Parzy nam pyszną kawę i objaśnia ewentualne możliwości znalezienia noclegu- okazuje się, że jedyny hotelik w miasteczku jest oblężony przez robotników, którzy pracują w okolicy, ale właściciel jest jego kuzynem, więc on się postara coś załatwić, a jak się nie da to nam rzuci kawałek materaca na zaplecze w knajpie i jakoś prześpimy tę noc. Zostawiamy plecaki za barem i ruszamy na oględziny okolicy. Otaczają nas pola kapusty.

                

W niektórych uliczkach odnajdujemy nawet ślady ludzkiej egzystencji (wnioskujemy z bananów)

                

bar publiczny- odsłona druga

Barman uśmiecha się na nasz widok i tłumaczy, że w hoteliku zrobili kilka manewrów i wygospodarowali dla nas mały pokoik (podejrzewamy, że w związku z tym jakiś biedny robotnik będzie waletował u kolegów w pokoju obok, bo skoro nie było wcześniej miejsca, to skąd niby dwie godziny pózniej się znalazło?) 'Macie gdzie spać!'- cieszy się barman- 'A zjeść można tu w barze, tylko trzeba poczekać, bo właśnie się gotuje zbiorowa micha dla robotników, wystarczy i dla was'. Po całym dniu na dworze jesteśmy głodne jak wilkołaki. Zamawiamy po piwku, czekamy. W międzyczasie do baru zaczynają zchodzić się robotnicy z budowy i miejscowi. Wszyscy się interesują, jakim cudem znalazłyśmy się w tym miejscu, chcą rozmawiać, znoszą butelki z piwem, wino, papryczki chilli, orzeszki, jakiś starszy pan wciska nam na siłę swoją kanapkę, co mu została z drugiego śniadania (barman puścił farbę, że zaraz padniemy z głodu a kolacja dopiero za godzinę) Wyciągamy mapę, pokazujemy, wyjaśniamy tyle na ile pozwala mój 'komunikatywny;)' hiszpański. Nagle ktoś wynosi na środek podłogi plastikową michę. Czekamy na rozwój sytuacji:) Miednica na środku lokalu to nie przelewki...

nie- przelewki, czyli stara świecka tradycja

 Wszyscy obecni ustawiają się dookoła michy zapraszając nas do wzięcia czynnego udziału w celebrowaniu starej galicyjskiej tradycji, przy czym udział czynny polega głownie na...piciu cider'a (młode gazowane wino).

              

Wygląda to tak: Inicjator bierze butelkę sajdra i trzymając ją nad głową leje alkohol do szklanki z wysokości (micha jest po to, żeby podłogi nie pozalewać) po czym podaje ją osobie stojącej po lewej stronie. Obdarowana osoba ma obowiązek  wypić wszystko duszkiem a następnie powtórzyć całą ceremonię. I tak w kółko:) Po kilku 'wesolych okręgach' czuję, że jutro znowu będziemy podróżować na kacu:)

                         

                                             c.d.n

(jeżeli ktoś chce poczytać co się działo wcześniej, zapraszam do kliknięcia w kategorię 'historie nieopowiedziane')

poniedziałek, 23 kwietnia 2007
migawki z Lublina

               

                           

                

               

               

                  

               

                

środa, 18 kwietnia 2007
sado- maso nikotynowe

 Wczoraj wieczorem, śledząc losy chłopaków z Prison Break, zaobserwowałam przy okazji, że spaliłam prawie wszystkie papierosy jakie miałam w domu. W paczce zostały 3. Szybka decyzja- spalę te 3 ostatnie jeden za drugim i zobaczymy co będzie rano. Zazwyczaj brak fajek rano 'do kawy' wiąże się u mnie z pogonią na ślepo na dół do sklepu, w pidżamo-dresie i klapkach, potem niczym narkoman ściskam w ręku zdobycz i biegnę na górę, żeby w końcu zapalić...Tymczasem przypomniałam sobie o plastrach zakupionych kilka miesięcy temu na promocji w supermarkecie asda (buy one- get one free) i porankiem dzisiejszym pozalepiałam się chroniąc przed nałogiem. W tym momencie należy chronić wszystkich, którzy znajdą się w moim pobliżu, albowiem czuję się jak płatny morderca gotowy do zabijania, jestem wrogiem publicznym nr.1, nie palę od rana, w zębach trzymam plastikowego papierosa z nikotynowym posmakiem zakupionym w aptece, pierwsza kawa bez papierosa od wieków...zle mi, zle mi, zle mi...I've got the licence to kill...

Nie robię sobie wcale nadziei, że rzucę, ale odwyk mi się przyda, bo ostatnio nie nadążałam wyciągać fajek z paczki...Ciekawe ile wytrzymam, nie?

poniedziałek, 16 kwietnia 2007
między namy kolarzamy;)

 Pogoda jak marzenie, a skoro mam już rower (ktory wygląda, jakbym go sama spawała- tak mówi koleżanka) to nie zawahałam się go użyć, aby się przekonać na własnej skórze, czy jest dobrze złożony:) Szczęśliwie w pobliżu mam ścieżkę rowerową wiodącą nad zalew, więc nie muszę odwalać slalomu pomiędzy samochodami (w sumie to muszę, ale tylko przez chwilę). Odkryłam, że bardzo lubię jezdzić rowerem (pod warunkiem, że z góry). Wyniosłam z mojej przejażdżki kilka mądrości: po pierwsze- koniecznie następnym razem zabrać ze sobą fotoaparat, jakiegoś graja, prowiant, mineralną wodę. Po drugie- jak się już o tej wodzie zapomniało, to wypadałoby mieć przy sobie chociaż złotówczynę, żeby ją po drodze zakupić a nie jechać ze zwieszonym jęzorem. Po trzecie- w porach niemieckiej armii to se można na ryby iść a nie kolarstwo uprawiać- lajkrowane gacie sobie kupię jak nic...Po czwarte- nie jarać po drodze, bo potem ciężko wypedałować na Piłsudskiego pod górę, a iść z rowerem piechotą to kwas i poniżenie. Po piąte- obić siodełko poduszką, bo dupa boli:)

Reasumując: po całej akcji i wniesieniu pojazdu z powrotem na trzecie piętro nie miałam siły...otworzyć kluczem drzwi:) Zamierzam jednak kultywować moje wycieczki, bo trza być twardym a nie mientkim.

sobota, 14 kwietnia 2007
tyle słońca w całym mieście

To nic nie szkodzi, że się gapią, gdy w połowie kwietnia śmigam ulicą w podkoszulku. Przy takim słońcu moja ex-społeczność szkocka ganiałaby po mieście w majtasach od bikini. Cieplutko, cieplutko, lubię tak...

Dziś poszłam z rana 'w miacho' i zrobiłam coś, za czym tęskniłam od dawna- wybrałam się na bazarek przy Ruskiej:) Zakupiłam całą siatę świeżutkich warzyw z 'babcinego ogródka' (tudzież szklarni;) Czysta radość. Sałata po 1 zł, rzodkieweczka po 80 groszy..., pachący koperek, szczypiorek. W tle słychać nawoływanie: 'peeeeerfuNY markowe po 5 złotyyyyyy'. Na mieście pachnie kwitnącymi drzewami, na Krakowskim rozstawiają się ogródki piwne, a na moim balkonie gra muzyka

Na miasto wyjechały pierwsze różowe kabriolety.

                 
środa, 11 kwietnia 2007
lacorsa w corsie czyli idz pod prąd

 No i stało się. Pierwsze koty za płoty. Za kółkiem nie siedziałam już od prawie trzech lat, nie licząc kilku incydentów w Szkocji, kiedy to usiłowałam wymusić na kierowcach z naprzeciwka respektowanie praw 'kontynentalnych', po mojemu słusznych w każdym kraju, również tym, gdzie się jezdzi po 'złej stronie' ulicy. Obserwując moje zamiłowanie do jazdy pod prąd Święty Robek dostał ataku histerii i wypędził na miejsce pasażera. Dziś po raz pierwszy od tamtych prób wyjechałam na miacho. Oczywiście, nie sama, a z panem instruktorem, który jest strasznie nerwowy i chyba się mnie boi (pewnie przez to, że 3 lata temu na lekcji nauki jazdy z tym panem zostałam zatrzymana przez policję dwukrotnie w ciągu pół godziny i on to ma w pamięci) A niech próbuje. Niech się drze i niech macha tymi ręcyma. Może mi krzykiem wpoi zasady ruchu drogowego, skoro inaczej się nie da. Najgorsze jest to, że człowiek się przez ostatnie lata naoglądał tego 'odwrotnego' jeżdżenia i teraz mnie jakoś samo ściąga na tą lewą stronę. Pierwszym manewrem jaki dziś wykonałam była próba włączenia się do ruchu...pod prąd...

Teraz namiętnie kontempluję testy teoretyczne, co chwila wydając okrzyki zdziwienia, gdy komputer uzna moją odpowiedz za niewłaściwą. Chyba mam dużo nauki przed sobą...

sobota, 07 kwietnia 2007
więcej grzechów nie pamiętam;)

W związku z chwilą samotności i wytchnienia (u mnie już pozamiatane po świętach, w chwili obecnej się relaksuję przy piwku i filmach katastroficznych w tv) postanowiłam odrobić lekcje i wyspowiadać z '5 rzeczy, których o mnie nie wiecie'. Nieświadomym wytłumaczę, że jest to zabawa krążąca po bloxie, w którą zostałam zamieszana poprzez koleżankę Odwodnik, którą z miejsca pragnę przeprosić za poślizg czasowy, bo zdaje się, że miałam wypisać te swoje grzechy jakiś miesiąc temu.

Wybór przypadkowy:

1.  We wczesnej młodości chciałam zostać...Panem Samochodzikiem:)  Nie potrafię tego wyjaśnić logicznie więc nie będę nawet próbować:)))

2.  6 lat temu zagrałam w filmie... trupa. W głównej roli grał Bob Hoskins a ja miałam gustownie poderżnięte gardło, kulkę w głowie oraz sine paznokcie u rąk:) Zarobiłam dużo pieniążków.

3.  Pewnego pięknego greckiego wieczoru podczas spaceru z psem na smyczy i fajką w zębach, niewinnie strzepując za siebie popiół, niechcący spaliłam paszport swojego ex + wszystkie nasze pieniądze zaoszczędzone podczas ciężkiej pracy przy zbiorze oliwek celem podróży na Madagaskar. Mój ex musiał wrócić do Słowenii po nowy paszport i w międzyczasie został zgarnięty do armii, przed którą się ukrywał. Na Madagaskar nigdy nie pojechaliśmy. Happy- endu nie było:)

4.   Kiedyś na Krecie, na potężnym kacu wypiłam z rana jednym haustem szklankę 60%bimbru z łyżeczką kawy i dwoma łyżeczkami cukru oraz lodem myśląc, ze to mrożona kawa frappe...(koleżanka wzięła z lodówki butelkę z bimbrem zamiast butelkę z wodą, bo jej zdaniem kolor miały owe butelki i-den-ty-czny i sporządziła mi nieświadomie ten zabójczy napój)  I wcale się nie czułam jak nowo narodzona, wręcz przeciwnie...

5.  Nigdy w życiu nie jadłam zupy pomidorowej (i nie zjem, bo sobie wymyśliłam za młodu, że zupa pomidorowa jest rzeczą straszną, a pomidorów nie należy jeść łyżką)

Powinnam w tym momencie wytypować 5 kolejnych osób do tej gry , ale niestety tego nie zrobię, bo aż tylu stałych czytelników, ktorzy jeszcze przez '5 rzeczy' nie przeszli, nie posiadam. Niniejszym jestem zmuszona przerwać łańcuszek.

piątek, 06 kwietnia 2007
przedświąteczne wypominki

jajeczko

'Jak to dobrze, że w Wielkanoc nie kupuje się prezentów'- powiedziała Jola nakładając majonez na swoje przydziałowe piątkowe 'pozegnalne' jajko. Mój wzrok powędrował w stronę szafki, na której od kilku dni zalegają pakunki owinięte w ozdobny papier- 'Tak się składa, że sie czasem kupuje...' Tak się złożyło 7 lat temu, że moja mała bratanica obchodzi w święta urodziny, więc jadę jutro z delegacją podrzucić podarunki.

święta w moim wydaniu

Zamierzam się zabunkrować u siebie na kwadracie z porządnie zaopatrzoną lodówką, która uchroni mnie od śmierci głodowej oraz ze stosem podręczników do nauki przepisów drogowych, albowiem w środę wznawiam (po prawie trzech latach) naukę jazdy:)

wirtualnie w realu

W ubiegłą środę miasto Lublin odwiedziła koleżanka Frozen wraz z małżonkiem, który to, jak na turystę odwiedzającego po raz pierwszy naszą ojczyznę przystało, odczuł na własnej skórze (a raczej żołądku) urok osobisty metropolii najwschodniejszego bloku europejskiej unii. Otóż w pewnym (podobno jednym z lepszych) pubie nasz głodny gość zamówił steka, którego mu dostarczono po upływie 2,5 godziny, w międzyczasie umarł z głodu 55 razy oraz został zidentyfikowany przez kogoś jako kolega z liceum (klasa biol-chem;) W tym samym czasie ekipa kucharzy wraz z kelnerkami ganiała biedną krowę po polu, po czym ukatrupiła i wypatroszyła, ażeby wykroić jej spod ogona kawałek mięsiwa celem wyprodukowania owego steka- wersja minimalistyczna. Kurde, gdziekolwiek się nie pojawię tam zawsze jakaś klęska urodzaju;) Pomijając ten przykry incydent z krową, wieczór spędziłam bardzo sympatycznie i polecam się na przyszłość jako przewodnik po najlepszych knajpach w mieście:)

Poza tym liczę na 5 milionów w jutrzejszym totolotku, bo nie chce mi się roboty szukać...Tym pozytywnym akcentem zakończę moje wspominki i pożyczę fajowych świąt tym, ktorzy je jednak obchodzą. keep it real!

wtorek, 03 kwietnia 2007
Lublin- moje miasto

             

W Lublinie się nie naprawia płyt chodnikowych. W powstałą dziurę należy wsadzić kawałek dechy lub sporszej tektury, aby ostrzec przechodniów o czyhającym niebezpieczeństwie.

poniedziałek, 02 kwietnia 2007
open season i trendy świąteczne

Open season, czyli pogoda doprowadziła do tego, że stoliczek można było wypchnąć na balkonik oraz głośniki na parapet i celebrować poranną kawę pod gołym niebem (jednocześnie narażając się na obsranie przez czatujące na karmnik sąsiadów gołąbki) A na ulicach pozamiatane...palmami

 Wczoraj prowadziłam obserwacje z mojego 'top of the world'- trzeciego piętra kamienicy w centrum miasta (tego centrum bardziej zapomnianego przez dotacje Unii Europejskiej;) Obserwacje moje skoncentrowały się na nowych trendach niedzielno- palmowych. Że rewia mody kościołowej to wiadomo...choć w pierwszej chwili pomyślałam, ze gdzieś w pobliżu musi odbywać się poranna dyskoteka, bo niektórym palma przesłoniła chyba widok w lustrze. Czy ktoś mi powie, czemu trzeba sie zajebiście zestroić do kościoła? No czemu? Podejrzewam, że salony kosmetyczno- fryzjersko- odnawialno-biologiczno- spa'owe oraz galerie handlowe przeżywają oblężenie przed takimi momentami jak: Pasterka, msza na Boże Ciało czy Niedziela Palmowa. Tylko ja dalej nie rozumiem...Przecież do kościoła na podryw ci ludzie raczej nie chodzą, nie? Druga sprawa to palemki. Nadziwić się nie mogłam rozmaitości roślin żywych lub martwych, jakie ludziska na ulicę wywlekli. Aż zdecydowałam się opuścić moje centrum dowodzenia i przyjrzeć się bliżej temu zjawisku. Ostatnim razem kiedy widziałam obrzędy niedzieli palmowej (kilka lat temu) palemki wszyscy mieli podobne, a teraz, proszę państwa full wypas. Ja normalnie zacofana jestem, bo takich hand- made'ów to jeszcze nie widziałam. Malo tego, zostałam na ulicy zaatakowana w potylicę przez babcię, która zamachnęła się na mnie żywą palmą! Taką z donicy!  Po szybkim slalomie przez Krakowskie Przedmieście odkryłam, że ich jest więcej- tych ludzi z donicami (pewnie gdzieś tu mają gniazdo...) Ciekawe, czy są jakieś nowe trendy na temat koszyczków z produktami do święcenia. Aż się boję tego, co mogę zobaczyć w sobotę..