turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
wiosna nasza...

    

    

    

    

    

    

wtorek, 14 kwietnia 2009
opona gate
 who are you...


Walka na podwórku o miejsca parkingowe zaczyna już przypominać tani serial sensacyjny. Na pytanie „kto przebija opony” mógłby odpowiedzieć tylko Gil Grissom z CSI Las Vegas. Ale, że mamy tu Las Lublinos zamiast Vegas trzeba sobie radzić samemu stosując ogólnodostępne techniki szpiegowsko – detektywistyczne. Bilans ostatnich dni to dwie przebite opony - jedna w sąsiadowym samochodzie, druga w naszym. „Teraz kolej na Lidkę, bo jej jeszcze nie przebili”- rozmyślam na głos. „Spadaj, ja nie chcę”- obrusza się sąsiadka. „Nie marudź, mniejsze opony są tańsze, trzeba wystawić tą twoją rakietę na podpuchę, przyczaimy się, zobaczymy kto i go wtedy dopadniemy, a tak wogóle to dobrze, że zimówkę mi przebili, z tyłu były letnie, dobry chłopak, mógł przecież letnią przebić”- podsumował Święty Robek. „Ja też jeszcze na zimowych jeżdżę, to może niech mi przebiją, będzie motywacja żeby wymienić”- zgodziła się Lidka.

Obrady stanęły na podjęciu decyzji, że należy jak najszybciej ujać sprawcę, w przeciwnym razie czeka nas rychłe bankructwo spowodowane aferą oponową. Święty Robek podłapał paranoję i nie spał przez dwie noce, albowiem instynkt łowcy kazał mu wyglądać przez okno co 10 minut, żeby przyłapać bandytę na gorącym uczynku. Ja założyłam natychmiast teleobiektyw na fotoaparat- „Skoro nie pozwalacie mi strzelać przez okno z wiatrówki ani nawet z łuku to zrobię dziadowi taką fotę, że plomby mu będzie widać na zębach”- zadeklarowałam się. Stanowisko snajperskie ustawiłam w kuchni, walka się rozpoczęła.

          

środa, 08 kwietnia 2009
ostatni śnieg i pierwsza opalenizna

                 

Sezon wiosna 2009 oficjalnie uważam za otwarty. Były pierwsze wyprawy rowerowe, pierwsze zakwasy, ostatnie śniegowe znaleziska i koty za płoty

               

I pierwsze spożywanie grillowanej padliny nad zalewem się odbyło 

                             

W międzyczasie, gdy zbieraliśmy się wszyscy do kupy, coś się zaczęło dymić bardziej niż z grilla...

            

Zadzwonił telefon. W którym miejscu jesteście? - zapytała Renia. Rozejrzałam się po okolicy chcąc jak najdokładniej zobrazować miejscówkę. Widzisz płonący samochód? - to tam właśnie jesteśmy, podążajcie w kierunku dymu.

           

Akcja antyogniowa szła sprawnie, choć większość w oczekiwaniu na wybuch pochowała się w krzakach (łącznie ze mną). Pstrykałam fotki ze swojej bezpiecznej kryjówki, gdy nagle na wyświetlaczu mojej głupawki ujrzałam znajomą postać jedzącą sobie najspokojniej w świecie loda na patyku w niebezpiecznie bliskiej okolicy potencjalnego wybuchu. Wyskoczyłam z krzaków z dzikim okrzykiem na ustach - Roooobek - zabieraj mi się z tamtąd, natychmiast!!! Wynoooocha!!! Potem się głupio tłumaczył, że wspierał akcję gaśniczą i prowadził negocjacje z kierowcą, żeby zechciał odłączyć akumulator. Widział kto negocjatora z lodem w garści? Obraziłam się na 5 minut, bo przecież w razie wybuchnięcia "materiału" nie tak łatwo w moim wieku o nowego męża, takiego co to będzie z własnej woli kurze w domu wycierał.

          

Ostatecznie zrobiono próbę generalną przed lanym poniedziałkiem, rakieta przestała się palić i sytuacja została opanowana.