turystka na nieustających wakacjach
wtorek, 29 maja 2007
czy jestem zwiastunem apokalipsy?

Już nie pierwszy raz słyszę od kogoś znajomego słowa 'Przyjechalaś i znowu  katastrofa...' I czy można wierzyć w przypadek, gdy gdziekolwiek się nie pojawię, zaraz się coś dzieje? W większości miejsc, w których zdarzyło mi się być? Przeanalizuję sytuację:

Rzadko chodzę ulicą Głęboką. Gdy przypadkiem się tam pojawiłam, na moich oczach z kliniki weterynaryjnej uciekła kobyła:) i biegła pomiędzy samochodami, a za nią kilku lekarzy w białych kiltach.

Trzęsienia ziemi na Krecie długo już mieszkańcy wyspy nie pamiętali..przypomnieli sobie jak wygląda zaraz jak tylko przyjechałam.

Mgła stulecia pojawiła się dokładnie wtedy, gdy zaplanowałam sobie lecieć z Warszawy do Glasgow.

A gdy juz po tych trzech dniach doleciałam, we wsi, gdzie mieszkałam zaczęła lecieć z kranu czarna woda i nastała powódź.

Jak tylko przyleciałam do Hiszpanii ostatnim razem, terroryści wysadzili terminal na lotnisku (dobrze chociaż, że nie na tym, gdzie lądowałam)

Jestem od niedawna w Lublinie. Przez ten czas nawiedziły to miasto: powódź, nawałnica, fala tropikalnych upałów.

Gdybym tak pogrzebała dokładniej w swojej przeszłości, to znalazłabym dużo więcej takich 'cukierków'. Jak będą kręcić 'Pechowiec 2' to pójdę na casting.

czwartek, 24 maja 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 8

      Aveiro, Portugalia

Przemoczone do suchej nitki lądujemy w jednym z tańszych przybytków z pokojami do wynajęcia. Nie chce nam się tu siedzieć, trzeba iść na miasto i zobaczyć, co to za miejsce, w którym się znalazłyśmy. Kaśka ma w zapasie tylko sandały. Zimno jak cholera. Szefowa pensjonatu zerka na kaścyne stopy, odstawia wymowną gestykulację, odkrywamy, że każe nam poczekać. Obserwujemy jej poczynania. Pani najpierw puka do rozmaitych pokoi, rozmawia z ludźmi, kręci głową ze zrezygnowaniem, po czym biegnie do swojej pakamery i ...przynosi swoje własne obuwie, bierze Kaśkę za za fraki, prowadzi do naszego pokoju, zabiera przemoczone trampki i prawie siłą nakłada jej swoje gustowne ciżemki:) Idziemy w miacho...

              

       martini cerveja

Marynarska speluna, ale całkiem przytulna. Dzień do dupy, bo nasz dorobek to niecałe 100 km. Jutro musimy to nadrobić. Nad barem wisi reklama z jakimś dziwnym drinkiem w dużej szklanicy, podpisane 'martini cerveja'. 'Pójdę do baru i wypowiem te magiczne słowa, zobaczymy co barman nam zapoda'- proponuję. Barman, na podane hasło wyciąga szklankę od piwa, wlewa do niej setkę czerwonego martini, po czym zalewa wszystko piwem po samą górę i dekoruje cytrynką. Degustujemy. Pycha! Ziołowe, orzeźwiające piwo.

                       

    w spokojnym Aveiro...

Stolik przy którym siedzimy znajduje się zaraz obok toalety. Czasem z niej zalatywuje, co inspiruje mnie do napisania pierwszego wiersza w moim życiu:) Uwaga, teraz będzie haiku:

  w spokojnym Aveiro smród z kibla napieiro

                  

'Kaśka, może nie jedźmy jutro nigdzie, zostańmy, zobaczymy jak tu jest za dnia, odpoczniemy, w końcu mają tu jakiś ocean...'- coś mi mówi, że nie będziemy żałować, że to miasteczko jest warte dokładnych oględzin.

                  

Rankiem Aveiro budzi się do życia, rynek pełen jest handlarzy i przekupek, rybacy porządkują sieci, emeryci siedzą w kawiarenkach przy głownej ulicy i popijają kawkę (swoją drogą- nigdy w życiu nie piłam lepszej kawy niż tu) Sielanka. Trzeba się będzie rozejrzeć za domkiem w Aveiro, jak wygram miliony w totolotka. Z ulicy widzimy dach naszego pensjonatu. 'Ty, to nie twoje trampki przypadkiem tam na górze?'. Na daszku, na kijku szefowa suszy kaścyne trampki...Wymiękamy, naprawdę, na dobre serca niektórych ludzi, takich, z którymi dzieli nas wszystko, łącznie z językiem, a którzy podadzą rękę jak gdyby nigdy nic.

             

                      

            

                     

      Ocean Czasu

Czas nam ucieka, albo się cofa, wstajemy o 9, a potem się okazuje, że to dopiero 7...Nie wiemy o co chodzi z tym czasem i w sumie wcale nam to nie przeszkadza. Podejrzewamy jednak, że tym razem zmienili czas z letniego na zimowy:) Tym sposobem od trzech dni kręcimy zegarkami raz w jedną raz  w drugą stronę, a i tak jesteśmy w 'dupie', bo pomiędzy Hiszpanią a Portugalią też jest godzina różnicy. Pogoda się poprawiła, jedziemy nad ocean. Koniec października, a ja w gaciach po piachu ganiam. Dobrze mieć trochę lata w zimie. Tipsy można produkować z takich podłużnych muszelek:)

                     

Spędzamy cały dzień na pustej plaży. Skoro nie ma ludzi, umyśliłam sobie patrolować słońce (czyt. słoneczny patrol:)

                        

Szkoda nam opuszczać to miejsce, ale w związku z naszym 'zasiedzeniem' musimy jutro pokonać ponad pól Portugalii i dojechać na noc do Hiszpanii. Taki przynajmniej mamy plan...

                                         c.d.n

środa, 23 maja 2007
Lublin- transmisja na żywo;)

             

              

              

się trochę ulało...

public enemy, czyli rzucanie palenia a życie towarzyskie

 Jestem chyba najbardziej nieudacznym 'rzucaczem palenia' na bloxie:) Mogłabym napisać poradnik 'Jak skutecznie nie rzucić palenia'. Zawsze sobie wymyślam dodatkowe problemy, żeby tylko nie rzucić calkowicie. Już miałam o moich ponownych próbach nie pisać, bo później mi wstyd, że ludzie piszą mi dobre słowo, kciuki trzymają, a ja...lecę do kiosku po ramkę.

 Wczorajszego poranka znowu 'pozalepiałam się' i trwam do tej pory w jakimś dziwnym letargu. Upały sprawiły, że plaster mi się chciał odlepić, ale tym razem nie przyjęłam tego z ulgą i nie pozwoliłam mu odlecieć, owiązałam sobie ramię razem z tym plastrem taśmą klejącą;) i dziad nie miał możliwości ucieczki.

 Po wyjściu na miacho i zakupieniu 'mordozaklejaczy' (paluszki hamczuru, cukierki, gumy do żucia) zabunkrowałam sie na kwadracie. Na zewnątrz czyha wiele pokus. Są kioski z fajkami, są ludzie, którzy palą na ulicy a mi wtedy przykro...Aha, wygrałam 5 złotych w zdrapkę.

 Nawiązać tu chciałam do faktu 'bunkrowania się'. Inaczej się nie da. Wszyscy moi znajomi palą. Ja nie umiem z nimi przebywać, widząc, jak sobie pociągają dymka a mi nie można:( Czeka mnie stała izolacja, zgryzota, niedotlenienie, frustracja, nerwica, próchnica i paradontoza, otępienie i otyłość (co później się wiąże z bulimią, miażdżycą, chorobami serca i rozmiarem 18 zamiast 8 )

 W sobotę miałam iść na Kult (wiadomo- świeże powietrze, piwko, papierosek), niebawem przyjeżdża Karrin (palacz-smok), czeka mnie stres na egzaminie na prawko itd. Ja siebie nie widzę w tym wszystkim jako nikotynowy abstynent:( Mam taki plan, żeby wytrzymać do czwartku, a potem się zobaczy.

Jolka mi wczoraj powiedziała, że trzeba zrobić taki odwyk jak w Transpotingu, że się dechami pozabijał z kubłami na mocz, kał i pawie:))

poniedziałek, 21 maja 2007
Prison Blok

 Może trudno w to uwierzyć, ale przed chwilą przyszła sąsiadka (drzwi obok), z żądaniem, abym ściszyła muzykę (jest godzina 13.20 po południu).

 Może trudno w to uwierzyć, ale sąsiadka z dołu przyszła kiedyś do mnie z awanturą, że słyszy kroki (a czy ja wyglądam jak Adam Małysz?- nielotna jestem). Innym razem narzekała, że moje pranie z balkonu cieknie jej na kwiaty doniczkowe (nigdy w życiu nie wieszałam prania na balkonie) 'Polubiła' mnie do tego stopnia, że przez dwa miesiące dzwoniła do mnie o 5.30 domofonem, tylko po to żeby odwiesić słuchawkę. Pewnie dalej myśli, że nie wiem, że to ona...

 Może trudno w to uwierzyć, ale tylko jedna osoba w całym bloku odpowiada na schodach 'Dzień Dobry'.

Poprzednim razem, gdy tu pomieszkiwałam, po lewej stronie miałam 'gwiazdę krajowej super- grupy', która za ścianą komponowała sobie muzykę do kolejnej bestsellerowej płyty. Po prawej mieszkała bardzo miła pani, która co lato siała na balkonie maciejkę. Miło było wyjść na balkon, powąchać kwiatki sąsiadki i poplotkować z dziewczyną od syntezatora.

Obecnie sytuacja wygląda tak: po lewej fanatycy dokarmiania gołębi i wron latem, oraz świętego spokoju o 13.20, walący w ścianę za każdym razem, gdy tylko przyjdą do mnie znajomi, lub gdy odrobinę za głośno oglądam film. Po prawej- fani muzyki techno z zajebistym wzmacniaczem i głośnikami. Żyć- nie umierać, a najlepiej iść mieszkać do piwnicy, żeby nikomu nie przeszkadzać. Nigdy w życiu nie zrobiłam imprezy w tym mieszkaniu. Nawet urodzin, czy imienin. Nie chcę być konfliktowa. Techno nie zniesę ale nie walę do nich w ścianę, żeby ściszyli. Każdy ma prawo do tego, żeby czuć się we własnym mieszkaniu jak w domu, a nie na kolonii w Grabniaku, gdzie pani wychowawczyni sprawdza, czy wszyscy już pogasili światła i śpią o 20.

'Trzecie piętro, cela środkowa, ciepło w zimie, chłodno w lecie...' (Prison Break)

piątek, 18 maja 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 7

Kraj Basków i Asturias zostawiamy na lepsze czasy, za tydzień muszę być w Lublinie w pracy, więc musimy się sprężać, przecież trzeba jeszcze wpaść do Andaluzji zerknąć, czy słońce świeci;). Podążamy w kierunku Vigo. Wiozą nas: tancerka flamenco, która się zatrzymała tylko po to, żeby porozmawiać sobie z kimś po angielsku i jeden tajemniczy facet, który przez całą drogę jak zahipnotyzowany zerka w środkowe lusterko i wzdycha 'Que ojos! mi madre, que ojos!' No tak, już wiem o co chodzi- pan chyba pierwszy raz z bliska widział prawdziwe niebieskie, oczy:) 'Kaśka, załóż ciemne okulary, bo cholera wie, co mu do łba strzeli, jeszcze będzie cię chciał zabrać ze sobą do domu:)'- odwracam się do mojej towarzyszki. Facet się tak zagapił na Kaścyne lico, że podwiózł nas prawie pod granicę i gdy się już kapnął, że jest prawie w innym kraju, przeprosił, ale on musi wracać do domu bo żona czeka:)

spacerkiem do Portugalii

Zostało nam jakieś 5 km, postanawiamy więc...pójść sobie do tej Portugalii pieszo:) Mijamy tabliczkę z napisem Portugal i zatrzymujemy samochód, który podwozi nas do najbliższego miasteczka.

             

        Viana do Castelo

Za nocleg usiłujemy zapłacić kartą, która jest wygięta, bo tak się robi, jak się trzyma plastik w w tylnej kieszeni spodni:) Recepcjonista doradza, żeby podgrzać i się naprostuje. W pokoju robimy eksperyment na otwartym ogniu;), faktycznie- pomaga. Wracamy na dół- transakcja udana! Recepcjonista informuje- śniadanie jest wydawane między 8 a 10.

    zagubione w czasie

Siedzimy w barku na dole, czekamy na kawę. Spakowane, gotowe do dalszej drogi. Cisza. Na moim zagarku 8.10. Nic się nie dzieje, zero ludzi, śniadania nie widać. Z zaplecza wychodzi kobieta, zaspana i wkurzona. Po chwili przynosi kawę, patrząc na nas jak na zbrodniarzy roku. Chyba nas nie lubi. 'Jak już pracuje w turystyce to powinna być miła dla ludzi'- dziwi się Kaśka. Oglądamy jakieś wiadomości poranne. Program na żywo. Na dole ekranu wyświetlony jest czas: 7.15...what the fuck? Po chwili rozumiemy- zmieniła się strefa czasowa:) Portugalia jest o godzinę do tyłu. Biedna kobieta musiała przez nas wstać o nieludzkiej porze. Natychmiast przestawiamy zegarki.

      Na trasie do Porto.  pierwszy kryzys

Pada deszcz. Zimno. Nikt nie chce nas podrzucić do Porto. Biegamy co 15 minut do pobliskiej stacji benzynowej na herbatę z 'czymś' co dziadek za barkiem uporczywie polewa nam w tą herbatę. Faktycznie, rozgrzewa:) Nie chcę wiedzieć ile ma 'prądu w sobie';) Dwa razy musimy przeganiać policję, bo urządzili sobie postój przy wylotówce i nikt się nie chce nam zatrzymać. Kapitulacja. Idziemy szukać autobusu, pociągu, czegokolwiek. Jeśli utkniemy w tej wsi na noc to będziemy chyba spać pod mostem.

     bar przy stacji kolejowej

Pusto. Wyciągamy mapę. Stary barman przynosi herbatę, wypytuje, doradza. Podejmujemy decyzję- podjedziemy pociągiem do najbliższego miasta, a potem się zobaczy. Pociąg za godzinę. Barman mówi coś do nas, pokazuje ręką na telewizor. Przecieramy oczy, gościu chciał być miły i zapodał nam kanał TV Polonia:)

    Aveiro

Dojeżdżamy do jakiegoś miasteczka o dźwięcznej nazwie. Dworzec kolejowy. Na środku dworca leży mapa. Nad mapą, na podłodze klęczą: pan w garniturze, młoda dziewczyna, chłopak w bojówkach i my. Wszyscy chcą pomóc, widząc, że pani z okienka nas nie rozumie. Zrobiono wewnętrzny casting na dworcu i wybrano osobę z najlepszym angielskim. Pan w garniturze przekazuje informacje wędrując palcem po mapie, młoda dziewczyna tłumaczy z portugalskiego. Rozważamy różne warianty. Porto dziś wieczorem? Czy nocny do Lizbony? Czy rano na stopa?:) Chłopak w bojówkach mówi- ' I tak jest już późno, czemu nie zostaniecie tu na noc? W Aveiro naprawdę jest fajnie! '

czwartek, 17 maja 2007
kablen grenzen

Już dawno temu odkryłam, że mam zamiłowanie do budowlanki i rzeczy z tym związanych. Dekoracje wnętrz również mam w małym palcu u nogi;) Mało tego, mam obsesję na punkcie przemeblowywania (nie wiem czy to się leczy czy po prostu olewa). Czasem czynności, które wykonuję we własnym mieszkaniu nie zawsze są mądre, nie zawsze dobrze wyglądają w oczach znajomych, często nie są logiczne, czasem nawet ląduję na pogotowiu w pozycji- półotwarty scyzoryk, po bieganiu z rozmaitymi szafami po chałupie, z podejrzeniem wypadnięcia dysku...

Największym problemem ostatnich dni był dla mnie telewizor, którego nie da się przestawić na drugą ścianę, bo poprzedni właściciele mieszkania puścili kable od kablówki ' na stałe ' pod listwą w ścianie. Dziś siedziałam, patrzyłam, wygrzebałam z szafki zestaw młodego majsterkowicza i zaczęłam kombinować, żeby ' nie było na stałe ';) Wydłubawszy ze ściany owe kable, po uprzedniej destrukcji listewek dekoracyjnych przeciągnęłam cały majdan na drugą stronę pokoju. Wszystko leżało na wierzchu:(  I te kable, i te listwy i wszystko w ogóle. Kabel walał się na wejściu do pokoju tworząc zasadzkę dla wchodzących. 'Potrzebne mi takie coś, co mi przytrzyma te kabelki na ścianie'- pomyślałam i poszłam do sklepu. Wiedząc o co mi chodzi, lecz nieświadoma nazwy własnej owego przyrządu wytłumaczyłam panu w sklepie, że potrzebne mi 'takie małe pierdolniczki do trzymania kabla':) Po obrazowej gestykulacji a'la Czarek Pazura wspomaganej szerokimi opisami pan załapał o co mi chodzi i sprzedał mi...klipsy, sztuk 10. Ja się tu naprodukowałam w objaśnieniach jak debil, a rzecz nazywa się tak po prostu- klips:) Kto by pomyślał?

zasadzka nr 1- próg

Podpatrzyłam ostatnio, jak pan monter telefon mi 'ciągnął' pod progiem, postanowiłam więc dokonać podobnej czynności ku pociągnięciu kabla od kablówki, co by nikogo nie zaatakował z pozycji 'leżącej-podłogowej- luzem'. Pół godziny leżałam na deskach usiłując dziada wydłubać z podłogi. Użyłam: noża kuchennego, młotka, śrubokrętu i czegoś, czego nazwy nie znam a jest w mym posiadaniu:) Udało się, ale...nie dało się później włożyć tak jak było:(

podsumowanie

Uzyskałam pożądany efekt pozycji telewizora:) ale kabla mi zostało parę metrów więcej niż trzeba (nie wiem jak to się stało), więc szyja drewnianego dziada od trzymania płyt kompaktowych wygląda jak serwerownia, 'klipsy' zamontowałam na listwach zamiast pod:) bo nie chciałam niszczyć drugiej ściany też.., próg leży luzem, jak przyjedzie Święty Robek to będzie miał zajęcie...Ale za to rower stoi pod ścianą w wygospodarowanym miejscu i nie trzeba się o niego potykać, przy czym pełni użyteczną funkcję, bo zasłania odpadniętą listwę. Pełny profesjonalizm, proszę państwa.

poniedziałek, 14 maja 2007
piraci z Lublina
29 w cieniu. Sprzęgło mi się do buta przykleiło;) Biedny pan instruktor powinien sobie jakiś wiatrak w tej sauno-corsie zamontować. I korki. Całe miasto w korkach...Na egzaminie by się przydał taki 40- minutowy:) koras. Poza tym strach jeździć czy to rowerem, czy samochodem, czy hulajnogą bo wszędzie czyhają na moje życie. Ostatnio jakiś pijany chciał mnie rozjechać wraz z rowerem na parkingu, a dziś jeden taki jełop się nie rozejrzał włączając do ruchu i...dobrze, że gwałtowne hamowanie mam w małym palcu, bo bym w dziada wjechała jak w masło. Oboje jechaliśmy z dość sporą prędkością. Kilku centymetrów zabrakło. A na tylnym siedzeniu małe dzieci...Ja się pytam, gdzie tu wyobraźnia? Powymachiwaliśmy mu z instruktorem pięściami, trochę ochłonęłam i pojechałam dalej. Człowiek jak się uczy jeździć i natknie po drodze parę razy na idiotę, to naprawdę odechciewa się i tego prawa jazdy i samochodu i wszystkiego w ogóle...
sobota, 12 maja 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 6

                

zakątek z kosmosu nad rzeką Sil

Jedziemy furgonetką przez góry. 'Strażnik Teksasu' tłumaczy, że wieś, do której umamiło nam się jechać oficjalnie nie istnieje. Nie ma jej na mapie, nikt tam nie jeździ, dlatego ludzie w miasteczku o niej nie wiedzą. To coś w rodzaju komuny, on sam ostatni raz widział to miejsce rok temu. Mówi, że mieszkały tam wtedy 3 rodziny. Czy dalej mieszkają? Tego nie wie. 'Czy macie jakiś plan awaryjny na wypadek, gdyby tam nikogo nie było?'- pyta. Hmm, o tym nie pomyślałyśmy. Zakładamy, że jednak ktoś jest:) Jedziemy już dobre pół godziny, teraz rozumiem, czemu się patrzył na nas jak na idiotki, gdy powiedziałam, że chcemy tam lecieć na piechotę..To nie impreza dla turystów.

Jesteśmy na miejscu. Dokładnie 3 chałupy, ogrom przestrzeni, kawałek ubitej drogi, widok zapierający dech w piersiach. 'Macie dużo szczęścia'- mówi Strażnik patrząc na młodą kobietę wychodzącą z domu. 'Czy to wasza znajoma?' 'nieee, hurra!!!'-wydajemy z siebie dzikie okrzyki radości. Strażnik nic nie rozumie, dziewczyna patrzy na nas i się śmieje. Ona też nic nie rozumie, przecież nas nie zna:) Z informacji od rodziny 'zaginiętego' wiemy, że Marcin nie mieszka sam w tych górach, a z dziewczyną, hiszpanką. Podejrzewamy, że to ona...'Erin?'- krzyczymy w jej stronę. 'Si!'- odpowiada nieznajoma. Z radości rzucamy się na szyję Strażnikowi, nieznajomej i sobie nawzajem:) Jesteśmy w domu...

Strażnik macha na pożegnanie, nie chce pieniędzy za podwiezienie. Tłumaczymy zdziwionej dziewczynie o co chodzi- jesteśmy wysłannikami rodziny jej chłopaka, wieziemy dla niego list i zdjęcia, nie znamy go i nigdy nie widziałyśmy na oczy, ale za to znamy jego siostrę:) Erin się cieszy z niespodzianki (uff;) , zaprasza do domu...i przedstawia swoje dzieci- 5 letniego chłopca i 12 letnią dziewczynkę. Dzieci oprowadzają nas po obejściu przedstawiając resztę domowników;)- psa, dwa koty i kozę:)

               

marnotrawny;)

Marcin jest w głębokim szoku. Z wrażenia myli języki, mówi do nas po polsku, za chwilę przechodzi w hiszpański, nie zdając sobie z tego sprawy. W skupieniu czyta list od mamy, próbuje hamować łzy...

               

najlepsze pieczone kasztany są...w Galicji

Odważni młodzi ludzie. Zamieszkać tu oznacza zerwać całkowicie z cywilizacją, liczyć tylko na siebie i być przygotowanym na codzienne wyrzeczenia. Miejsce, w którym przebywamy jest urwane z kosmosu. Surowa przyroda i życie też surowe. Góry nieskażone turystyką, proste życie i kasztany z pieca. Sielanka- jeżeli przyjeżdżasz z wizytą na kilka dni, jak my. 3 domki z kamienia w zapomnianym przez świat zakątku ziemi. Tutaj zegarek nie ma znaczenia. Jesteśmy zagubieni w czasie. Po raz pierwszy w życiu doceniam zapach kawy unoszący się rano w domu. Porównywalnie- w Lublinie wszystko wydaje się być tandetne i nijakie.

jedźmy do Portugalii

Po kilku dniach zapomnienia nadchodzi czas, żeby rozłożyć mapę i zobaczyć co dalej. 'W Portugalii jeszcze w tym tygodniu nie byłyśmy' - patrzę znacząco na Kaśkę. Jesteśmy już o rzut beretem od granicy. Jak się postaramy, będziemy w Portugalii jeszcze tego samego dnia. Szybka decyzja, pożegnanie i znowu jesteśmy w drodze. Czas zerknąć w końcu na ocean;)

                 

                                    Monforte de Lemos (po drodze)

                                        cdn

                         

środa, 09 maja 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 5

                     whatever tomorrow brings, I'll be there with open eyes and open arms...

La Gudina, październik

Rankiem posilamy się kawą, czas ruszać w drogę. Barman wycina prostokąty z kartonowego pudełka, piszemy na nich kolejne cele podróży. Z tabliczką łatwiej zatrzymać pojazd niż bez..Mamy misję do wykonania- dziś ma być ten dzień, kiedy dostarczymy list od rodziny, zawieruszonemu od 10 lat w galicyjskich lasach, bratu mojej przyjaciółki. Jesteśmy już blisko, problem w tym, że nie wiadomo czy on nadal mieszka pod adresem, który jego mama wypisała nam na karteczce. Ostatni raz kontaktował się z nimi 2 lata temu...

     Viana del Bolo

                   

                                    Kasia patrzy na niejeżdżące samochody;)

Siedzimy na krawężniku z nikłą szansą na zatrzymanie kogokolwiek, chyba, że dziadka na rowerze, który się na chwilę zatrzymał, powiedział 'Buenos Dias', uśmiechnął i pomknął w siną dal na swoim bicyklu. Zadupie jakieś, samochody zamiast jeździć leżą w rowach:)

             

      gimnazjum w zadupie del cośtam

Obok jakaś szkoła. Gimnazjum chyba, bo dzieciaki młode i krzykliwe. Całą klasą powywieszały się za okno i próbują podjąć z nami rozmowę łamaną angielszczyzną. Dowiadujemy się, że właśnie mają lekcję angielskiego:) ale nauczyciel pojechał do sklepu, dlatego mogą sobie zwisać z parapetów bezkarnie. Nagle na podjeździe pojawia się samochód. Wychodzi z niego młody facet, pewnie nauczyciel. Dzieciaki zaczynają wariować i przekrzykiwać się nawzajem pokazując nas palcami. Nauczyciel podchodzi i przeprasza (!), ale on musi wracać na zajęcia. Okazuje się, że dzieciaki próbowały go zmusić, aby nas podrzucił do miasta, bo nie możemy zatrzymać stopa:)

  łapanie stopa na ubranko- Brazylia roolez!

Na horyzoncie pojawia się ogromny tir. Podrywam się z miejsca, macham tabliczką. Ubrana jestem w dres;) w brazyliskich kolorach narodowych (to ważny szczegół). Nie wierzymy, że się zatrzyma. Po prostu nie ma możliwości wyhamowania taką krową na tak krótkim odcinku drogi. A jednak. Kierowca rozpoczyna hamowanie...Pakujemy się do środka, patrzymy na pana- pan podobny do Ronaldo, za jego plecami wisi flaga...ojczystego kraju- BRAZYLII!!! Okazuje się, że kierowca jest basileiro, i zatrzymał się tylko ze względu na mój dres:)

Przemierzamy górskie serpentyny, momentami wydaje się nam, że za chwilę spadniemy w przepaść. Przez połowę drogi zasłaniamy rękoma oczy. Kierowca musi mieć naprawdę silne nerwy, żeby jeździć taką trasą.

                 

          Strażnik Teksasu mówi 'vamos'...

Brazylijczykowi nie po drodze w naszą stronę, więc podwozi nas najdalej jak może i znowu lądujemy na rozdrożu. Do celu już coraz bliżej. Tym razem idzie sprawniej- zatrzymuje się sympatyczny dziadek, który jedzie dokładnie tam, gdzie my. Podczas rozmowy dziadzio pyta, czy moi przodkowie przypadkiem nie pochodzą z Galicji, bo mam rysy twarzy typowe dla ludzi z tego regionu:)

W miasteczku konsternacja:( Nikt nie wie, gdzie jest wioska, do której zmierzamy. Nikt nawet o niej nie słyszał. Dziadek stara się pomóc. Łapie za rękaw jakiegoś mundurowego i prowadzi do nas 'To jedyny człowiek, który może wiedzieć- codziennie patroluje okoliczne góry'- mówi. 'Strażnik Teksasu' bierze do ręki wymiętoloną kartkę z adresem i pyta- 'To wy chcecie tam pieszo iść??'. ' Taa, chyba, że jakiś autobus dojeżdża'- odpowiadam. Strażnik Teksasu kręci głową- 'Tam nie dojeżdża ŻADEN autobus, na piechotę się zgubicie, zresztą to za daleko'.

Myśli chwilę, bierze nasze plecaki, wrzuca na pakę starej, zielonej terenówki i kiwa głową-  'VAMOS!!!'

                                         c.d.n

niedziela, 06 maja 2007
mistrzowie kierownicy na Roztoczu

wywczas z profesjonalistami;)

Z początkiem długiego weekendu zostałam szantażem i psychicznym molestunkiem wydelegowana na Roztocze wraz z moim dwukołowym pojazdem, przez wesołą grupę 'kolarzy'. Rower miał mi dostarczyć niezapomnianych wrażeń, choć pewna byłam na 100%, że służył mi będzie głównie do pogoni za peletonem owych rowerzystów, z wywieszonym jęzorem i przekleństwem na ustach.

           

               a droga była długa i nigdy się nie kończyła...

dwa psy i kolarze bez rowerów w świątyni

Z ulgą przywitałam pierwszy dzień turnusu, albowiem nasze rowery jeszcze nie dojechały na miejsce, nie muszę więc uprawiać ekstremalnych sportów od samego początku. Na wejściu małe zaskoczenie- naszą rezerwację w ośrodku pan kierownik przyignorował i nie mamy się gdzie podziać. Wydelegowano nas wraz z towarzyszącymi nam dzikimi zwierzętami (Pinka + Adelka) na spanie do miejscowej synagogi.

              

          dzikie zwierzęta, czyli Pinka z adhd i Adelka z syndromem koparki

  W Józefowskich kamieniołomach dokonałam pierwszego samookaleczenia zjeżdżając ze skarpy przy pomocy korzenia z niej wyrastającego czyniąc widowiskowy zjazd w stylu Indiany Jonesa i obdzierając gustownie nogę.

             

             

                         

               

               

                          

               

               

                

                

stanica wędkarska

Popołudniem dnia drugiego wprowadziliśmy się z całym naszym majdanem, psicami i rowerami do lokalnej wędkarskiej stanicy, na pięterko z czterema leżankami, sceną ze stolikiem oraz katafalkiem, który upodobałam sobie do spania od pierwszego wejrzenia. Głównym punktem atrakcji naszej sali sypialnej był widok z okna. Jak człowiek mieszka na codzień w bloku bez widoku, to docenia bardzo staw za oknem, po którym ganiają się kaczki, a wędkarze łowią ryby, których nie ma. Minusem był arktyczny front napłynięty do nas w pierwszych dniach, który sprawiał, że chodziliśmy poubierani jak zimą w Rosji, zakładając na siebie wszystko co mieliśmy w posiadaniu, łącznie z rękawiczkami do jazdy na rowerze. A w naszym 'apartamencie' nie było ogrzewania...

               

                             

              

              

ziomy z Hamerni i wyprawa po kiełbasę

Z okazji arktycznego chłodu poszliśmy do sklepu po kiełbasę na ognisko i produkty lokalnego browaru. 'Wódkę jeszcze muszę kupić, a tu nie ma'- powiedział Kaktus. Pan kierownik w sklepie obiecał przechować zrobione przed chwilą zakupy, bo przecież zaraz będziemy wracać tą samą trasą to odbierzemy, bo dzwigać ten plecak będzie ciężko. Na trasie zobaczyliśmy szyld miejscowego baru. 'Wejdzmy do środka na moment zobaczyć jaki mają wystrój' -zaproponowałam. Moment zmienił się w 4 godziny, podczas których odkryliśmy super promocję (wściekłe psy po 2 złote), zaprzyjaźniliśmy się z połową wsi a także delegacjami ze wsi okolicznych oraz doprowadziliśmy się do stanu masowego upojenia alkoholowego...Powrotu do domu nie pamiętamy, bo na drugi dzień wszystkich ogarnęła amnezja, a psy nie chciały nic powiedzieć. 8-stopniowa temperatura w pokoju sprawiła, że spaliśmy niczym w izbie wytrzeźwień:)                     

                  

                            

Szumy w Suścu są fajne i ścieżka dla pieszych też jest fajna, pod warunkiem, że nie usiłuje się jej pokonać rowerem, miejscami wlokąc go pod górę w pocie czoła między krzakami:)

                           

Powiem w sekrecie z lekkim zawstydzeniem, że cały pierwszy dzień rowerowy jechałam na jednym tylko i wyłącznie biegu, w słodkiej nieświadomości co do użyteczności pozostałych:) spowodowanej wrodzonym lenistwem (bo kręcenie czymś podczas jazdy jest przecież dodatkową czynnością do wykonania..) Towarzystwo nie omieszkało mnie jednak zagłębić w tajniki używania przerzutek i odkrywając nowe możliwości popadłam wręcz w euforię na temat jady rowerem. Marudziłam z mniejszą częstotliwością i jakby mniej wulagrnych słów z mych ust się wydobywało. A na Roztoczu można zaobserwować rozmaite, kolorowe kapliczki, co moim zdaniem wygląda bardzo sympatycznie i ładnie komponuje się w krajobraz.

             

             

W drodze powrotnej czekaliśmy na 'majówkę' pod Maryjką, ale nikt nie przyszedł się modlić bo chyba się nas wystraszyli.

                     

      Ale w końcu sie udało przyobserwować majowe druhny...

           

           

'Prawdziwych przyjaciół poznaje się po herbacie, tzn. czy ci ją przyniosą na kaca czy też nie'- podsumowała Kasia pewnego ciężkiego dla nas poranka. Dzień upłynął pod znakiem 'rwie łeb od tortur alkoholowych' i byłam w stanie  robić zdjęcia tylko z pozycji leżącej, z kocyka rzuconego w krzakach, gdzie spędziłam cały dzień usiłując go 'jakoś' przeżyć, podczas gdy moi kolarze przemierzali kolejne 50 kilometrów roztoczańskich puszczy i stepów. A widok z moich oczu byl zielono- niebieski...