turystka na nieustających wakacjach
niedziela, 25 maja 2008
demon barber

Chociaż wiem, że może być tylko gorzej, znowu dałam się namówić i jutro idę do fryzjera. Co może zrobić mi fryzjer? Otóż może mnie tak załatwić, że będę wyglądać jak ciocia Hania po trwałej ondulacji i przejażdżce traktorem bez dachu. A to dlatego, że z moimi włosami to nie jest taka prosta sprawa...dziady się po prostu kręcą i nie chcą przestać. Dość mam już biegania co rano z prostowalnicą i innymi wynalazkami więc poddaję się i oddaję w ręce profesjonalisty, co ma wizję na mój temat. W ramach tej wizji pani pokazała mi kilka zdjęć z ewentualnymi koncepcjami na fryzurę dla mnie. Na jednym z nich, przysięgam, był Jimmy Hendrix. Ja się boję. Jeżeli nie skończę z afro na łbie, to mogę skończyć jak pani Ewa Minge, bądź Sweeney Todd. Jeżeli będę wyglądać jak jedna z powyżej przytoczonych osób, znowu zmuszona będę ogolić się na zero, a następnie uczynię to mej fryzjerce, bądź też kupię sobie zestaw gustownych beretów- sezon lato-jesień-zima-wiosna-lato-jesień-zima-wiosna.

poniedziałek, 19 maja 2008
dzika przyroda lubelska

         

W Lublinie pojawiły się drzewa egzotyczne oraz nieprawdziwi ludzie

        

A ja pojechałam w siną dal w poszukiwaniu dzikich zwierząt. Oto co udało mi się ustrzelić, czyli dzikie zwierzęta Lubelszczyzny:

       

większość schowała się w samochodzie u pana Heńka spod Krasnegostawu, ale nie poddałam się i wytropiłam...

      

                    dupę zająca...

     

                  żabkę...

    

                   ptaszynę...

    

               dziką krowę...

    

                sierściucha w kamuflażu...

   

               prawe ucho sarny...

   

       i sołtysowego psa co ma zęby na wierzchu

Wieczornych błyskawic już nie zdołałam ustrzelić, bo poległam ogłuszona słonecznym udarem, który przywiozłam jako pamiątkę z weekendu. Za to w nocy o godzinie 1.25 nastąpiło w Lublinie wielkie pierdolnięcie. Takiego huku w życiu nie słyszałam i po raz pierwszy w życiu wystraszyłam się pioruna. Jakby ktoś bombę zdetonował na podwórku.

poniedziałek, 05 maja 2008
zasadzki majowe

W czwartek optymistycznie przytargałam ze strychu bambusowy stoliczek celem przyszłych imprez balkonowych. Wszak długi weekend się zaczyna, można wystawić muzykę na parapet, browary na stolik i zacząć majówkę zażywając świeżego smogu na balkonie. Stolik do tej pory leży oparty w pokoju o ścianę, albowiem spadły deszcze, a balkony na ostatnim piętrze charakteryzują się tym, że nie mają daszków. W piątek był szybki spacer biegiem pod budkę z rurkami z kremem. Po drodze szybkie zerknięcie na Litewski, a tam kosmiczne maszyny, mobilni mnisi i ogrody watykańskie.

     

       po mojemu to jest czołdżek (taka pochodna czołgu)

      

      

Dnia trzeciego postanowiliśmy zmienić na chwilę krajobraz i przenieśliśmy się do pubu. Krajobraz zaczął się odrobinę zmieniać po piwie i żołądkowej gorzkiej, a zmienił się już całkowicie gdy poszłam do toalety. Bo tam nie było klamki. Jakoś mi to nie przeszkadzało przed wejściem, rozumując, że napewno na ten zatrzask się zamyka i otwiera. Zamknęło się, owszem, ale otworzyć się już nie chciało. Utknęłam w potrzasku. Podudniwszy chwilę pięścią w drzwi uznałam ową czynność za głupią, bo bar+ żywi ludzie byli na dole, ja + moje kiblowe więzienie byliśmy piętro wyżej. Nikt by mnie nie usłyszał. Po minutach kilknunastu pocieszałam się myślą, że przecież Święty Robek mnie przyjdzie uratować. Zobaczy, że mnie za długo nie ma i przyjdzie. Gówno. Nie przeszło mu nawet przez myśl...Siedząc w niewoli próbowałam użyć dostępnych mi rzeczy do oswobodzenia, duch McGyvera podpowiedział mi wykorzystanie m.in metalowych części paska od spodni oraz zawleczki od zamka u bluzy. Nie zadziałało. McGyver widocznie nigdy nie siedział zamknięty w klaustrofobicznym kiblu, a i ja nie noszę ze sobą wytrychów ani materiałów wybuchowych. Czekałam jak głupia na reakcję Świętego Robka na moją nieobecność, a mój mężowina najspokojniej w świecie popijał piwko piętro niżej (jeszcze jedna taka wpadka i odwołam mu ksywkę). Domyślił się dopiero, jak zobaczył barmankę z klamką w ręku biegnącą na górę, która została zaalarmowana na moją prośbę przez dziewczę chcące skorzystać z toalety (rozmowa się odbywała przez dziurę od brakującej klamki) Zostałam uratowana. A w Lublinie zrobiło się zielono, że aż oczy bolą.