turystka na nieustających wakacjach
środa, 23 maja 2012
Granada - wstępniak

O tym dlaczego jechaliśmy windą z orłem...

O tym gdzie są najlepsze tapas w mieście i jak Hiszpanie nas paśli...

Oraz jak poili...

O tym jak dwójka niewiernych oglądało po kilka kościołów dziennie i nie można ich było z nich wygonić...

O niezwykłej hiszpańskiej kreatywności...

O "siedzę na koniu"

O tym dlaczego pewnego ranka na Gran Via zaparkowały traktory...

O nietypowych, hmm.. wekach...

O hiszpańskiej modzie...

O kotach w Alhambrze...

O zniewalającym zapachu kwitnących pomarańczy...

Ogólnie o Granadzie...

I o tym po co tam w ogóle pojechaliśmy...

Już niebawem

czwartek, 10 maja 2012
ubicacion
Jeszcze parę lat temu podróżowało się na tzw. wariata, wykazując zainteresowanie ewentualnym noclegiem dopiero na miejscu. Jednak od kiedy posiadam małżonka, którego w przeszłości sukcesywnie karałam atrakcjami noclegowymi typu: spanie na plaży, na dachu budynku, przerabianie fiata punto na przyczepę kempingową, staram się być bardziej odpowiedzialna i myśleć o innych. Z tego myślenia o innych wyłoniło się pierwsze kryterium przy poszukiwaniu noclegu, jakie mi przyszło do głowy: "żeby można było gdzieś w spokoju zapalić". Po chwili zastanowienia dodałam drugie kryterium: „żeby było blisko wszędzie i widok”. Nad trzecim nie musiałam długo główkować, bo było oczywiste: „tanio ma być i schludnie” czyli cheap shit z naciskiem na cheap a nie na shit.
Pomocne w poszukiwaniach okazały się rozmaite portale z wyszukiwarką noclegów, gdzie oprócz cen i podstawowych informacji można poczytać też opinie ludzi o interesujących mnie zagadnieniach. Po wstępnej selekcji i odrzuceniu bardzo podejrzanych miejscówek, a także tych, o których pisano, że karaluchy pod poduchą itp, oraz wszelkich klitek bez okna i balkonu (patrz kryterium nr 1) wyłoniłam swoje typy. Przy okazji wzbogaciłam swe języki obce dowiadując się, że „buena ubicacion” wcale nie oznacza pięknej ubikacji. Tknęło mnie, gdy po raz kolejny przeczytałam taki komentarz pod jednym z hosteli, głowiąc się, o co im  chodzi z tym kiblem??? Fajnie, że jest taki zajebisty, że wszyscy o nim piszą, no ale bez przesady - wszak jadę zwiedzać miasto a nie siedzieć w kiblu. Google uświadomiło mi, że buena ubicacion to żaden kibel, a po prostu „dobra lokalizacja”, więc przy okazji moje kryterium nr 2 nabrało mocy. Ostatecznie urzekł mnie taras na dachu pewnego hostelu w samym sercu Granady. Święty rezerwując pokój upewnił się, czy aby mamy dostęp do tego tarasu, zaznaczając, że my musimy ten taras mieć w najbliższym pobliżu, ponieważ „żona chodzi na papierosa co 15 minut”(co jest oczywiście kłamliwym pomówieniem)
Wygląda na to, że będziemy mieli gdzie spać – oprócz tego jest taras, jest widok, a jedyny zły komentarz o hostelu napisał jakiś Niemiec, w dodatku o imieniu Helmut więc się nie liczy. Helmutom nie wierzę (chyba że ma na nazwisko Newton;)
sobota, 05 maja 2012
majowe podprogi telewizyjne
telewizja szkodzi

Od czego by tu zacząć - może od tego, że złapałam podproga oglądając program "Kolosy Starożytności - Alhambra" na National Geographic. Zapatrzywszy się na gustowny sufit, który akurat mignął mi w telewizorze, pomyślałam, że koniecznie trzeba go zobaczyć z bliska.  I jeszcze sobie pomyślałam, że czas zmienić krajobraz przed oczami, chociaż na chwilę, bo tak dawno nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. I jak to w ogóle możliwe, że będąc parę razy w Andaluzji, zawsze omijałam Granadę szerokim łukiem.

faza planowania

Nienawidzę wycieczek zorganizowanych z biurem podróży i nikt mnie nie zmusi, żebym pojechała na wywczas all inclusive, chyba że po 70-tce. Kwestia lotniska w Lublinie jest nadal w fazie „będzie w 2012 a może w 2013”, więc trzeba się ratować lotniskami posiłkowymi. Padło na Kraków. Może nie jest to najbliższe sąsiedztwo, ale w Krakowie mieszka dawno nie widziana Jolanta, więc wakacje rozpoczną się o dzień wcześniej. Zakupiwszy bilety na trasę Kraków – Malaga, część organizacyjną uznałam za wstępnie zakończoną. Wstępnie – bo przydałoby się jeszcze czasem gdzieś spać w tej Granadzie no i zobaczyć to, co było moim natchnieniem na tą wyprawę – Alhambrę.

sułtańskie kłody pod nogi

Naiwnie myślałam, że aby wejść do Alhambry trzeba po prostu kupić bilet w okienku przy wejściu. Wygląda jednak na to, że to wcale nie taka prosta sprawa. Bilety na każdy dzień są limitowane, więc żeby nie ryzykować pocałowania bogato zdobionej sułtańskiej klamki, należy się zaopatrzyć w nie dużo wcześniej. Zdziwienie moje było ogromne, gdy na stronie z biletami odkryłam, że w okresie, w którym będziemy w Granadzie prawie wszystkie bilety do Alhambry są już wyprzedane, pozostały jedynie jakieś niedobitki na późne godziny popołudniowe, które mnie nie interesują, bo ja potrzebuję porannego światła;) do zdjęć i chcę tam spędzić cały dzień, już sobie upatrzyłam palemkę w ogrodach sułtańskich, pod którą będę odpoczywać:)

exceptionalmento loco

Szukając rozwiązania problemu natknęłam się na stronę z biletami „Bono Turistico”, których zakup umożliwia między innymi wejście do Alhambry, przy czym można sobie bez problemu wybrać dogodną datę wizyty. Jesteśmy uratowani – ucieszyłam się i dokonałam zakupu biletów przez internet. Pod koniec transakcji, zamiast potwierdzenia z kodem, które mam okazać w Granadzie, żeby odebrać bilety (tak, tak, nie można sobie ich normalnie wydrukować od ręki)wyświetlił mi się komunikat „zamknij” i strona powiesiła się w cholerę. Potwierdzenia nie ma, tajemnego kodu nie ma, ale co tam, pewnie przyślą mailem, skoro kasę z karty pobrali, pomyślałam naiwnie. Po kilku dniach oczekiwań napisaliśmy do instytucji odpowiedzialnej za sprzedaż biletów. Pani za biurkiem tam w Granadzie, używając specyficznego dialektu polegającego na dodawaniu do angielskich słów końcówki „eiro” (tak sobie wyobrażam że to pani)najpierw nas upomniała 3 razy, żebyśmy wpisali w formularz from the pajina” POPRAWNE dane. If you have tried rrellenar the questionnaire has to do with the same data I use when I make the purchase as the esccirbio”- dodała. Kurcze, nie mam innych danych personalnych, więc te co piszę muszą być poprawne, denerwowałam się, po raz 10-ty analizując dokładnie każdą literkę w moim nazwisku. Zła na cały hiszpański poziom chaosu posłałam kolejną prośbę o prostą odpowiedź – czy mamy te bilety czy ich nie mamy. W końcu po dwóch dniach pani się obraziła i przesłała kod dodając, że robi to „exceptionalmento”. Tajemny kod zdobyty. Czy faktycznie dostaniemy te bilety? - okaże się na miejscu.