turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 19 czerwca 2006
hasta la vista

Karrin usiluje caly dom spakowac. W jedna walizke upycha ciuchy na wyjazd do Polski, w druga (dwa razy wieksza) podreczna walizeczke pakuje garderobe  malej Abbie, ktora na tydzien zostaje oddelegowana do babci, w trzecia zabawki, lalki i tym podobne gadzety- czyli niezbednik do przetrwania dla malej, i jeszcze pozostaje spakowanie dwoch workow z prezentami, ktore Abbie dostala na urodziny od trzydziestu najlepszych kolezanek:), bo cala podloge w duzym pokoju zajmuja i trzeba je gdzies upchnac. W miedzyczasie   usiluje pozamykac szczelnie wszystkie okna i lufciki, zeby jej przypadkiem jaka puma panteropodobna sie nie wdrapala noca przez okno;) Obserwuje, jak upycha do walizki poprasowana garderobe na wieszakach

- Karrin, nie bierz tych wieszakow, bo tylko miejsce zajmuja, a i tak ci sie nie przydadza

- jak to?

- a tak, ze w szafie sie powiesili moi znajomi, co tam mieszkaja i nie bedzie miejsca

- nie ma problemu, to na drzwiach sie powiesze

- hmm, jakby ci tu powiedziec- w moim mieszkaniu drzwi nie ma...

- wcale???

- nie, no od kibla sa i wejsciowe, ale na kiblu ani na klatce sie chyba nie powiesisz?

Za to ja w rozsypce jestem, dwie butelki szkockiej spakowalam:) i odpoczywam...i czekam na jakas energie, ktora na mnie cudownie splynie, zebym mogla dokonczyc pakowanie. I w tym miejscu wstepnie sie pozegnam na jakies dwa tygodnie. Komu w droge temu dwie butle whisky w walizke;)

niedziela, 18 czerwca 2006
pumiszcze atakuje- rekonstrukcja wydarzen

Nad ranem pobieglysmy szukac sladow. Niczym specjalisci z  serialu CSI Miami przeszukiwalysmy teren wypatrywujac jakiegokolwiek tropu- sladow pazurow, odcisku lapy, bobkow chociazby (bo nie wiadomo czy biedna puma przestraszona okrzykami Karrin nie popuscila ze strachu). No i naszym oczom nagle ukazal sie...zdewastowany kwietnik sasiadow z gory. Zaznaczam, ze ani silnego wiatru tej nocy nie bylo, ani ciezkiej libacji, po ktorej goscie rzucaliby sie po kwietnikach sasiedzkich, ani burzy nawet. Pozostaje wiec podejrzenie, ze dzikie zwierze przeskoczylo przez mur i nieswiadome przeszkod po drugiej stronie sieknelo lepetyna w nieszczesny kwietnik Kevina i Barbary...

                      

                              dowod numer 1

Po drugie- grzebiac w archiwach lokalnej prasy uzyskalysmy informacje potwierdzajace fakt istnienia bestii. W tych okolicach spotkanie pierwszego stopnia z czarnym dzikim zwierzeciem odnotowano ponad 50 razy w ciagu ostatnich 20 lat. A jest to wynikiem zmiany przepisow sprzed 15 lat, gdzie zakazano hodowli dzikich zwierzat w domach (niektore snoby kupowaly sobie na przyklad pantere zamiast rotweilera). I nie wszyscy oddali te zwierzeta do ZOO, wiekszosc je "wyzwolila" wywozac do lasu i tak sobie biegaja do tej pory po polach, a moze i sie jeszcze rozmnazaja.

Sporzadzilysmy tez rekonstrukcje wydarzen:) Ponizej przedstwiam trajektorie lotu czarnej bestii

                

I tylko ciekawa jestem jak wytlumaczymy naszym sasiadom (ktorzy przebywaja na wakacjach) dewastacje kwietnika. Powiemy im, ze czarna puma naskoczyla na kwiata i obdlubala drewienka?:))

sobota, 17 czerwca 2006
male bestie, rude bestie i czarna bestyja

Intensywnie sie weekend przechodzi...Wczoraj doswiadczylam okrutnych chwil, jakimi byly dwie godziny spedzone na kinderparty. po pierwszych dwoch minutach zatkalam uszy obiema rekoma i nie wierzylam, ze moge tu przetrwac kolejna minute. A jednak, trzeba bylo sie poswiecic dla dobra sprawy. Karrin wcisnela mi farbki, oznajmiajac, ze ona wogole malowac nie umie i zniknela zostawiajac mnie na pastwe 30 malych dziewczynek, ktore ustawily sie w kolejce do pomalowania twarzy. Blady strach mnie ogarnal, ale odwaznie kreslilam motylki i delfinki na przejetych buziach. Jedno dziecko chcialo byc oryginalne i uparlo sie miec twarz lwa, ale przecenilo moje zdolnosci i skonczylo z twarza, hm.. Yeti? Inne mi pierdnelo z premedytacja, a jeszcze inne przyszlo, omiotlo wzrokiem lekcewazacym kolezanki z delfinkami na ramionach i rzeklo "Ja tylko chce miec usta zrobione" :))) Po dwoch godzinach ciezkiej harowy, ucieklam z ulga do pracy (po raz pierwszy szlam do pracy z taka radoscia) A z pracy trzeba sie bylo ewakuowac po trzech godzinach, bo nastepna impreza do odwalenia pozostala. Wesele kolegi, co tydzien temu sluby bral. Wzielam pod pache gotowy dla nich album slubny, fotografie w ramce w ramach prezentu i biegiem na impreze. No i tu sie musze wychwalic, bo juz dawno mnie tak nikt po dupie nie poklepal i nie polechtal piorkiem (uwaga- to sa przenosnie, a nie zadne sado maso). O album ze zdjeciami chodzi. Mile to jest, ze obcy ludzie podchodza do ciebie i gratuluja dobrze wykonananej pracy. A fotografista (ten, co mi czas ukradl tydzien temu) zostal zdeklasowany niczym reprezentacja Polski na mundialu. I jeszcze dodam, ze nigdy przedtem nie bylam na weselu, gdzie polowa gosci biega w jeansach, dj zapodaje AC/DC, facet w kilcie wywija rokendrole w rudej peruce na glowie, a dwie ciocie w sztucznych szczekach ze sklepu ze smiesznymi rzeczami pozuja do zdjec:). I tylko szkoda, ze trzeba sie bylo szybko stamtad zrywac:( No, ale najlepsze mialo nadejsc dopiero noca...

Bo noca Karrin poszla pranie zabrac z ogrodka. Nagle uslyszelismy przerazliwy krzyk. Zboczeniec?- pomyslalam. Przerazona Karrin wbiegla do mieszkania krzyczac, ze zaatakowala ja...CZARNA PUMA...Dzikie zwierze przeskoczylo przez mur, podczas gdy moja sasiadka wykonywala czynnosci zwiazane ze zdejmowaniem gaci ze sznurkow do suszenia prania, syknelo, wypielo sie (Przednimi lapy do przodu, zadem w tyl), zaswiecilo oczyma a dalej...ona juz nie pamieta bo wlasnie z krzykiem desperacko rzucila sie do ucieczki z nadzieja, ze pantera nie skoczy jej na plecy. Dodam, ze nie mieszkamy w Afryce...

Swiety Robek powiedzial- "czy ona cos palila?"

Lacorsa sie tarzala ze smiechu- "pewnie to ten duzy kot od sasiadow"

Karrin sie obrazila, przysiegajac, ze zwierze bylo kotem pomnozonym razy 10, wiekszym od psa i identycznym jak na filmach z Animal Planet. A ja smialam sie do dzisiejszego poranka. Bo kilka innych osob potwierdzilo fakt, ze w naszych okolicach kilkakrotnie widziano juz zwierze przypominajace czarna pume, ktos nawet zrobil mu zdjecie, w gazetach dostalo przydomek "BLACK BEAST". Wygrzebalam kilka artykulow w necie z lokalnych gazet i wszystkie osoby majace okazje spotkac bestie opisuja ja tak samo jak dzis w nocy zrobila to Karrin...Slabo? Ze mamy pume na ogrodku? He? Jak sie dogrzebie zdjec to wkleje. A i sama mam zamiar sie zaczaic po nocy z teleobiektywem, moze uda mi sie ja ustrzelic. Potwor z Loch Ness to maly pikus w porownaniu z nasza czarna bestia:)

A weekend sie jeszcze nie skonczyl.

                                                    update:)

                        

piątek, 16 czerwca 2006
impreza w klubie harcerza
W planach dzis dwie imprezy, z czego pierwsza z nich zapowiada sie ciekawie:)))- srednia wieku- 6 lat, dominujacy kolor strojow wyjsciowych- rozowy, muzyka do tanca- hity z serii "Come on Barbie let's go party" oraz wczesna Kylie (do the locomotion). Beda tance, napoje bezalkoholowe, zbiorowa histeria i placz, obsmarkiwanie nielubianych kolezanek, wydzieranie sobie torta z garsci i fochy co 3 minuty. Taaa, moja mala sasiadka obchodzi dzis huczne urodziny (szoste) a ja zostalam zapozyczona do robienia make-upow zaproszonym gosciom. Bo one wszystkie chca miec kolorowe ornamenty na twarzach (trza sie szybko motylka nauczyc rysowac i inne dziadostwa). Ja sie bojeeee...
czwartek, 15 czerwca 2006
zmysly

Skoszona trawa, zapach asfaltu po burzy, sol w ustach po wyjsciu z morza, rozlany Zywiec na balkonie z widokiem na opustoszale miasto, Pearl Jam i "dziewiatka", ktora juz tak czesto nie "chodzi", kilogram czeresni w papierowej torbie kupiony od babci spod delikatesow, zjedzony od razu, swiezy koperek na mlodych ziemniakach, poranny kac wypocony na plazy, wyzety w morskich falach, oslepiajaca biel budynkow w Vejer w samo poludnie, martini+cerveja w Aveiro (tam, gdzie smrod z kibla napieiro:), rozowy chlodnik u cioci Bozenki, jakas kiczowata melodia zaslyszana w radio, ktora sie nuci wbrew sobie przez caly dzien... gdybym miala opisac lato to chyba tak by to wygladalo...

środa, 14 czerwca 2006
zombie

Czasem az sie boje samej siebie. Szczegolnie porankiem, przed pierwsza kawa... Bo jak wytlumaczyc to, ze bladym switem (godz. 9.00) probuje wcisnac czajnik z wrzatkiem do lodowki, a pojemnik z kawa do kosza na smieci? Ktos chetny do mnie na poranna kawe;))))?

wtorek, 13 czerwca 2006
melancholijnie o fasolce
Slonce is back. Niemozliwe stalo sie prawdziwe- od dwoch tygodni mamy codziennie sloneczna pogode, tylko raz padal deszcz, a kilkakrotnie temperatura przekraczala 26 stopni. Normalnie jak nie w Szkocji:) Ogolilam glowe po raz drugi. I wcale nie w zwiazku z zaloba narodowa po przegranym meczu:), po prostu nie chce mi sie bawic w zadne tam czesanie ani ukladanie wlosow na wakacjach. Madre mnie zabije jak zobaczy coreczke w lysym wydaniu ("madre, mow mi- synu:") W zwiazku z zaistniala sytuacja pogodowa, ciemna sie zrobilam i z ta lysa lepetyna wygladam prawie jak Ronaldo:) Do wakacji dokladnie tydzien zostal, troche sie nie za bardzo ciesze, jak mi sie ten dentysta przypomni co go bede musiala odwiedzic turystycznie. Na cala reszte- czyli wizytacje w moich bylych miejscach meldunkowych Lublin- Kazimierz i na uciechy z tym zwiazane juz sie nie moge doczekac. I w koncu nazre sie fasolki szparagowej w kolorze zoltym. btw- JEST JUZ FASOLKA SZPARAGOWA???
poniedziałek, 12 czerwca 2006
moj przyjaciel fotoszop
Upaly stulecia odeszly i wszystko powrocilo do normalnosci (tzn. spadl deszcz). I bardzo dobrze, przynajmniej wzielam sie za robote, zamiast wczasowac sie calymi dniami (czyt. okupowac ogrodek z piwkiem, papieroskiem i kawka). Jak sie wzielam juz za te robote to sie zdenerwowalam do tego stopnia, ze zaczynam juz rozmawiac z monitorem od kompa, rzucajac mu co chwila niecenzuralne wiazanki. Bo siedze nad tymi cholernymi zdjeciami slubnymi. Wspolnie z panem fotoszopem wycinamy gustownie trzecie i czwarte podbrodki, blerujemy wszystkim geby jak leci, wygladzamy cienie pod oczami i zmieniamy kolor trawy z zielonego na brazowy, zeby pasowal pod kolor pantofli:) Lifting, kosmetyczka, operacja plastyczna, fryzjer i co kto se zamarzy. Poza tym ktos z gosci wyswiechtal sie czerwona szminka po czym polecial skladac zyczenia moim modelom i wystosowal siarczyste calusy na ich policzkach i teraz trzeba ja sciagac te pomadke z ich gab, bo jest widoczna na kazdym zdjeciu:( Ja wiem, ze powinnam to wszystko olac, wywolac wszystko jak leci, oddac standard i miec z glowy, problem w tym, ze ja nie umiem tak. Jezeli przychodzi do zdjec, to flaki z siebie wypruje, ale dokoncze robote tak, zeby potem sie za nia nie wstydzic i zeby wszyscy byli zadowoleni. Ja mam nadzieje, ze panna mloda doceni fakt nieposiadania trzech podbrodkow, pol nocy je likwidowalam! Juz nie wyglada jak kobieta baroku:)
niedziela, 11 czerwca 2006
nae bananas

 Scenerie do ogladania meczu mielismy prawie jak ze slamsow na Bronxie, brakowalo tylko ogniska w koszu na smieci do podgrzewania rak. Telewizor zostal ulokowany pomiedzy smietnikami (w celu lepszej widocznosci), na ktorych zaimprowizowano mini-barek ogolocony w tempie natychmiastowym z napojow chlodzaco- alkoholowych

                     

Zuzyto: ok. 40 puszek szkockiego lagera, ok. 10 butelek browara importowanego, 15 klebkow nerwow, paczke tytoniu, poszly rowniez wszystkie moje paznokcie, ktore to zezarlam w przyplywie maksymalnego wkurwienia a razem z paznokciami wszelkie nadzieje na "lepszy mundial dla Polski" poszly tez...w pizdu away. W miedzyczasie padly propozycje: "Kupie polska flage, jak wygraja", "Jak przegraja ten mecz to juz nie wracamy do Polski" "Skoro Ekwador jesr najwiekszym producentem bananow zrobmy strajk i nie jedzmy bananow dozywotnio" W zwiazku z zaistniala sytuacja oswiadczamy, ze: flagi polskiej nie bedzie, czeka nas dozywocie na wygnaniu oraz niedobor bananow w organizmie.

piątek, 09 czerwca 2006
goraczka przedmeczowa

Obawiam sie, ze miejsca zbraknie na naszym lozu malzenskim i trza bedzie wiekszy pokoj z telewizorem latwic na dzisiejszy mecz, bo fanklub szkockich milosnikow polskiej reprezentacji sie drastycznie powiekszyl i chyba nie zdolamy pomiescic wszystkich kibicow, ktorzy zapowiedzieli swoja obecnosc w naszej mikroskopijnej sypialni. Natychmiast powstal nowy plan dzialania- zamierzamy wystawic telewizor na ogrodek:),podlaczyc go pod antene zewnetrzna, wytaszczyc z domu krzeselka, lezaki i co kto ma i usadzic towarzystwo na dworze. Sasiedzi zli nie beda, bo rankiem ewakuowali sie na Teneryfe. Krzeselek w domu ci u nas niedostatek, ci ktorzy sie spoznia beda koczowac na trawie. Prawie jak na stadionie bedzie:)

Polska Bialo- Tshervony!
Z racji tej, ze innych polskich emigrantow w mojej okolicy brak, jestesmy zmuszeni zebrac szkocka ekipe, ktora bedzie wspierac razem z nami polska druzyne (swojej wlasnej nie moga bo sie nie zalapala). Kibice zapozyczeni, ale kumaci. Dla przykladu Karrin juz wczoraj w samochodzie trenowala wykonanie "Pooolskaaa byalo- tshervonyyyy" i bardzo przekonywujaco jej to wychodzilo. Takich kibicow chcemy! Lokalny supermarket wypuscil na okolicznosc Mistrzostw Swiata calkiem przyjemna promocje (lagera oczywiscie) i teraz ten caly dobrobyt chlodzi sie w lodoweczce oczekujac na wieczorne zdzieranie gardel przed telewizorem. W zwiazku z tym, ze jednyny dostepny telewizor stoi w sypialni, przebieglam sie wczoraj trzy razy z meblami, w celu ustawienia loza malzenskiego po skosie, tak, aby wszyscy kibice mogli sie na nim pomiescic i miec dobre pole widzenia. I po tych wszystkich moich poswieceniach niech tylko chlopaki sprobuja przegrac!
czwartek, 08 czerwca 2006
prizentos

Za tydzien w knajpie impreza slubowa nizej wymienionych bohateiros z przypowiesci o zasadzkach na slubie z dnia 6-ego 6-ego 2006-ego. Zaproszonam, wiec i prezent trzeba wyszykowac. Prezenty ja zwykle robie, bo kupic nigdy nie wiem co, a jak juz kupie to sie okazuje, ze ani to do niczego nikomu nie potrzebne, ani nawet ladne w oczach ludzi normalnych. Wiec w tym przypadku sprodukowac zamierzam czarno- biala fotografie nascienna w gustownej ramie z moimi "bohateiros dnia szostego" w roli glownej. Taka, jak 100 lat temu dziadki nasze z babkami wieszali sobie nad malzenskim lozem miedzy gobelinem z labedziami a obrazkiem Matki Boskiej Sciennej.

Obraczki slubne- 300K, Lunch dla gosci weselnych (niech se sam kazdy kupi), podroz poslubna do Paryza 500k, fotografia nascienna autorstwa lacorsy- BEZCENNA. Za cala reszte zaplacisz pieniazkiem z twarza Krolowej Eli.

środa, 07 czerwca 2006
o.p.kotlet- czesc 3

Galicja, w drodze

Atakujemy Galicje. Zamierzamy dotrzec przed noca w okolice Orense (optymistki, he). Wypycham Kaske na pierwszy ogien."Bo ja wygladam jak bandzior, nikt mi sie nie zatrzyma"- mowie. "Wyrzuc ta fajke i zdejmij okulary to sie zatrzyma".

                 

Kaska za chwile zatrzymuje..ciezarowke z laweta. Kierowca jest portugalczykiem, podwiezie nas tylko do Zamory, bo potem odbija na Leon- musi dowiezc samochody na czas. Rozmawiamy jakims dziwnym narzeczem hiszpansko- angielskim z niemieckimi wstawkami:). Nadal nie moge sie przelamac, zeby zaczac gadac po hiszpansku, niby znam troche slow i kawalek gramatyki, jednak ciezko mi to wszytko zlozyc razem do kupy. Mamy dobra passe, ludzie nas chetnie podwoza, szkoda tylko, ze nikt nie jedzie do Orense. Takim sposobem jedziemy od wsi do wsi, pokonujac niewielki dystans, aby do przodu. Zbraklo tektury do wypisywania flamastrem nazwy miejscowosci (lepiej miec napisane gdzie sie chce jechac niz tak machac bez sensu), wykorzystujemy lewa strone mapy. Przejechal patrol policji, zatrzymali sie, ciekawi, co robimy z tymi plecakami na skraju drogi (autostop tu jakos slabo popularny). Prosza o dokumenty, cos sprawdzaja, zaczynaja zadawac pytania... Chlopaki ani slowa po angielsku, wyjscia nie mam, przelamuje blokade i zaczynam klecic swoje pierwsze hiszpanskie zdania (Jak sie teraz ktos mnie pyta skad znam hiszpanski to mowie prawde- ze strachu:) Robi sie pozno, a my musimy gdzies dotrzec przed zmierzchem, teraz juz chcemy do najblizszego miasteczka dojechac z jakims hostelem, a nie do Orense. Policjant pokazuje na mapie jakas miescine- tu mozecie wynajac pokoj i dostac kolacje, nie podwieziemy was, bo my w druga strone, ale to tylko jakies kilka kilometrow. Drzemy z buta. Namiotu ze soba nie mamy, wiec trzeba cos szybko wykombinowac. Docieramy do wsi. 

                                          cdn

wtorek, 06 czerwca 2006
666

 No more chaltury & wesela & sluby for me. Poszlam na to, bo dobry kolega prosil, ktory zwiazek swoj dzis legalizowal. Walimy z rana do Urzedu, a tam nagle z nikad wyskakuje koles z aparatem i jakas baba (asystentka?) i zaczyna sie cyrk "Usmiechnij sie jak debil, przesun raczke i popatrz w lewo". Noz qrwa, nikt mi nie mowil, ze bedzie na slubie drugi fotograf! Troche mnie przytkalo, ale robie swoje, pewnie koles odpstryka swoje i pojdzie w pizduaway. Odwaliwszy caloksztalt podczas obraczek wymiany, wyszykowalam sie do wyjscia, zeby zabrac pare mloda w plener. Ni chuja. Fotografista powrocil niczym bumerang, wraz z babsztylem robiacym za naganiacza i srru. Zagonili cala gromade przed mur i dawaj :" A teraz z babcia, a teraz z dziadziem, a teraz z ciocia i wujkiem, a teraz z wujkiem i z ciocia. I usmiech". I chuj mnie strzelil w trakcie oczekiwania na "A teraz z psem sasiadow i kotem wujka Franka", bo ja nienawidze takich zdjec rasowo- slubnych, bo ja sobie zaplanowalam plener w romantycznej uliczce, z laweczka w tle i kwiatem rozy, z "naturalna otoczka", bez glupiego mizdrzenia sie na sile przed drzwiami Urzedu. Czasu zostalo niewiele, bo za godzine mialo sie zaczac przyjecie w restauracji, a fotografista dalej zapierdala z ta baba w kolo budynku (a ja przeciez nie bede powielac tych samych ujec). I ustawia ludzi jak manekiny, i napierdala lampiszczem po oczach. Zla odstalam kolejne pol godziny, az koles skonczy swoje przedstawienie (obiecal, ze 5 minut mu to zajmie) "Pokaz zeby, wypnij dupe i udawaj, zes zadowolony". Zaczelam palic. Jednego za drugim. Drugiego za trzecim i osmego po dziesiatym. Wkurw mnie dopadl 18 razy, az w koncu pan mlody zagarnal zone i zrobilismy ewakuacje. Mialam dokladnie 20 minut na odwalenie calej roboty. Calej, pieknie zaplanowanej przeze mnie sesji. Coz, trzeba sie bylo streszczac, wiec cudow nie bedzie. W restauracji dopadlam kranu z browarem, machnelam z miejsca dwa painty i poszlam szukac drogi do domu. Goraco dzis, wiec wszystkie zule jezdza autobusami topless i smierdza jak cholera. Jeden nie dosc, ze goly wsiadl, to jeszcze jakos tak pocharatany i pocerowany byl jakby go sam Dr. Jeckyl zaszywal nitka nr 57.

I w dupie mam, ze panna mloda ma trzy podbrodki i gruba reke!!!! I fotoszop tez tu nic nie zaradzi!!!

poniedziałek, 05 czerwca 2006
odgrzany poludniowy kotlet- cz.2

Salamanca, pazdziernik

Troche nam zajmuje znalezienie jakiejs bazy do rzucenia plecakow i ewentualnego noclegu. Wszedzie roi sie od studentow. Nic dziwnego, Salamanca jest najwazniejszym centrum studenckim w Hiszpanii. Ladujemy w jakies malo sympatycznej ale taniej norce z widokiem na rozwoj hiszpanskiej budowlanki, ale niewazne to, przeciez i tak bedziemy tu tylko spac. Jedna noc, bo rankiem trzeba ruszac dalej.

                      

Biegniemy zobaczyc jak najwiecej. A jest co ogladac, architektura w starej czesci miasta nas zatkala, tracimy poczucie czasu...i rzeczywistosci. Bola oczy (od wytezania wzroku w ciemnosciach), bola nogi, potrzebujemy odpoczynku i piwa tez potrzebujemy. Szukamy najbardziej obskornej speluny w okolicy. W takich miejscach zawsze jest klimat i cos sie dzieje. Ponadto mozna spotkac ciekawych ludzi, takich "prawdziwych". Zycie nocne w Salamance jakby troche uspione, jednak trafiamy do jakiegos lokalnego centrum taniej rozrywki z odrapanymi stolikami przykrytymi cerata, archaicznymi fotografiami wirtuozow gitary i wezem(?) w akwarium na barze (a moze to zolw jednak byl:). Podchodzimy do baru i wypowiadamy magiczne slowa "Dos cervezas por favor:-)" i zajmujemy punkt obserwacyjny w kacie. W miedzyczasie dwa piwa zamieniaja sie w 10 (nie docenilysmy miejscowej goscinnosci;), co chwila ktos obcy podchodzi i podnosi nam nastepne kolejki...jakis facet w garniturze prezentuje taniec (wygladajacy na polaczenie flamenco z breakdancem) miedzy stolikami, Kaska prawie spada ze stolka, usilujac uniknac ciosu z polobrotu od pana krecacego zamaszyste piruety, za chwile do tancerza dolacza pani z mocnymi brakami w uzebieniu, robi sie wesolo. Umieramy ze smiechu. Wesolo nam nie jest dla odmiany nastepnego poranka, kiedy to budzimy sie na gigantycznym kacu, a w perspektywach jest dalsza podroz. W nieznane.

                              

                                             cdn 

 
1 , 2