turystka na nieustających wakacjach
piątek, 29 czerwca 2007

 ny-bdy biris a did dog in a gierden with a fluers

co w wolnym tłumaczeniu ze szkockiego nedsowskiego slangu oznacza, że nikt nie grzebie zdechłego psa w kwiatowym ogrodzie;-)

'are u drunk?'- zapytałam Karrin- ' no, I am a protestant '

big man wanted!

Pomiędzy jedną gorzką żołądkową zagryzaną kawałkiem pomarańczy a następną Karrin rozejrzała sie po piwnym ogródku i powiedziała: ' We are here only for a week, if I'll see a big man I am going for it! ':)))

              

Pogodę dziewczęta przywlokły za sobą ze Szkocji, nie wiadomo czego można było się spodziewać, ale przynajmniej salmonella ustąpiła z głębin jeziora Białka. Szopa okazała się całkiem porządnym szopiszczem, nawet lodówkę mieliśmy.

              

                        japońscy turyści w Lublinie

              

              

              

              

                         Karrin z zachmurzonym okiem

dieta wczasowicza: śniadanie- karkówka z grilla, obiad- kiełbasa z grilla, kolacja- kiełbasa+ karkówka z grilla...a dupa rośnie;-)

              

              

                     rumuńskie klimaty pod szopą- poranek w Białce

              

              

                                    cygański obóz na plaży...

              

  Kazimierz Dolny

Na wejściu dowiedziałyśmy się od kazimierskich szamanek voo-doo (cygańskich wróżbitek), że jesteśmy ' wywłoki ':) Po przebudzeniu Karrin poszła do spożywczaka po mleko do kawy i przyniosła..kefir. Po uzyskaniu dziwnej konsystencji w wyniku połączenia obu składników doszła do wniosku, że to jednak nie to, więc żeby nie popełnić kolejnej pomyłki, zrobiła sobie świeżej kawy...i poszła z tą kawą do sklepu pokazując pani sklepowej palcem dymiący kubek i odstawiając szopkę pod półkami a'la Czarek Pazura. Eksperyment się powiódł, pani sklepowa zakapowała o co chodzi:-)

              

              

              

                      obsesja na punkcie Góry Trzech Krzyży

              

              

niedziela, 24 czerwca 2007
znowu w drodze...
Tym razem szwędam się z dwoma żądnymi przygód Szkotkami po Polsce wschodniej. To dopiero trzeci dzień a już wymiękam:) Najchętniej schowałabym się w kąciku przed wszystkimi, bo już sił mi brak...tzw. wakacje w tempie formuły 1. Przepakowywanie plecaka idzie coraz sprawniej. Jak mnie nie wykończą to niebawem zapodam jakieś kolorowe obrazki z tułaczki. stay tuned...
niedziela, 17 czerwca 2007
planeta Lublin

przedpołudnie w Lublinie. zapraszam na mały spacer...

           

                

                

                

                

                

                

                

                

                

                

                

                

                

                

                

Tropicus Lublinicus

Bujam się po kwadracie jak De Niro w 'Insomni'. Gdzie te czasy, kiedy się spało do 13-ej? W mieszkaniu na termometrze stała temperatura 28 stopni, przy otwartych wszystkich oknach. Nocą czuję się jakbym spała na środku ulicy, bo odgłosy miasta mnie budzą co chwila. Na podwórku żule marudzą i tłuką się butelkami (od strony sypialni), na ulicy słychać pielgrzymki podążające do nocnego nieopodal (od strony salonu), wszyscy chcą, żeby świat usłyszał jak 'oni śpiewają'...I te pieprzone alarmy samochodowe..jak z Kill Billa.

Ja wcale nie marudzę. Ja tylo żądam dostępu do morza dla miasta Lublin!!! (albo najlepiej do oceanu)

Tak mi się już mózgownica przegrzała, że wczoraj o 8 rano poleciałam po fajki...w kapciach. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero w sklepie na dole:)

Za to wczoraj zostałam mistrzem spostrzegawczości. Zmierzając w kierunku przejścia dla pieszych zauważyłam, że zielone już miga, ale podbiec mi się nie chciało. Za chwilę zapaliło się czerwone, postałam chwilę i pomyślałam 'teraz to będę tu pół godziny warować' po czym puściłam się dzikim pędem przez te pasy widząc, że samochody jeszcze stoją. I tak wbiegłam na drugą stronę ulicy...wprost w ramiona policji:) Jednego prawie staranowałam. To była tak nierealna sytuacja dla mnie, że...wybuchnęłam śmiechem:) czym zaraziłam jednego z panów funkcjonariuszy, który zamiast wlepić mi mandacik za łamanie przepisów, albo chociaż opieprzyć, sam się nie mógł powstrzymać i michę ucieszył od ucha do ucha:)

W czwartek przyjeżdżają na wakacje do Polski Karrin z Laurą. W związku z tym, że dziewczyny chcą potaplać się w jakimś bajorze, wykazałam się zmysłem organizacyjnym i zarezerwowałam kawałek szopy nad jeziorem. Piszę 'szopy' bo niczego innego się nie mogę spodziewać za 50 złotych/za dobę/za caly domek (!), chociaż pani przysięgała przez telefon, że to jest domek i ma nawet kibel i prysznic i nawet łóżka. Ja tam nie wierzę, mam cały czas szopę przed oczami.

pointa:

Wczoraj w telewizji powiedzieli, że sanepid wykrył salmonellę w jednym z jezior na pojezierzu łęczyńsko- włodawskim. Zgadnijcie, na którym?

                        ta, na tym z moją szopą:(((

piątek, 15 czerwca 2007
ra-tu-nku!
czemu mi się cały blog zrobił wołami??? czy ktoś wie, jak to odkręcić, żeby było normalnie? help!
10:42, lacorsa
Link Komentarze (1) »
All at Sea...

na żywo ale w studio;-)

Tak się jakoś złożyło, że na drugi dzień po moim przyjeździe do Szkocji 'na stancji' u Jake'a odcięli internet i nadaję już nie 'na żywo' (tym razem to nie moja wina- Jake się obraził na Bank of Scotland i zamknął konto, co wiąże się z niepłaceniem żadnych rachunków:) a skutkiem tego są rozmaite odcinania (prąd się kupuje w sklepie na 'sztuki', więc przynajmniej tego nie odetną;)

             

melancholia

Karrin wywiozła mnie na wycieczkę ścieżką wspomnień, szlakiem udeptywanym przeze mnie często w ciągu ostatnich dwóch lat. Było śniadanie miszcza w Asdzie, czyli opasowy zestaw ' highlander ' za funta pięćdziesiąt, było piwo w Houston (ale nie tym w Teksasie;), była przejażdżka po ex-wsi (w naszym domku nikt już nie mieszka..), ominęło mnie w tym roku Lilias Day (ciekawe, kto został miss lilia?) i cow show, czyli pokaz najdorodniejszego bydła w okolicy (a owszem, chodziło się na takie imprezy;))

Wiele się tu nie zmieniło. Fish & Chips smakuje wybornie jak zawsze, słońce gaśnie po 11 w nocy, obcy ludzie mówią 'cześć' na ulicy, a krowy chodzą luzem grupami. sielanka

             

 system oszczędnościowy

Korzystając ze szkockiego systemu zakupu biletów kolejowych (można kupić od konduktora, za którym nie trzeba latać po wagonach, tylko on sam podejdzie i z uśmiechem sprzeda bilet po normalnej cenie) przejeździłam kolejne 3 dni na gapę (bo nigdy nie zdążył do mnie podejść), przy czym całe 'zaoszczędzone' pieniążki przewaliłam w miejscowym centrum handlowym na ubranka:), bo skoro jedyne takie centrum w naszej lubelskiej wsi zostało zatopione przez sztorm, to trzeba było zorganizować jakąś pomoc dla powodzian (czyt. dla mnie i koleżanki). Poza tym ciężko w to uwierzyć, ale u nich jest dużo taniej i fajniej jeżeli chodzi o zakupy...

             

tennents extra cold

W pubie, gdzie niegdyś spotkałam kapitana- bohateiro, chcąc zamówić piwo, podeszłam do baru i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, barman zapytał: ' To co zwykle? '. Karrin zaniemówiła, a pan polał to, cow  sumie chciałam zamówić:-) Nic w tym dziwnego by nie było, gdyby nie to, że ja w tej miejscowości byłam drugi raz w życiu, a w tym lokaliku może w ogóle ze trzy razy...

              

Irvine

Przywiozłam ze sobą pogodę i zabrałam ją nad morze (oczywiście na gapę;). Kawa w plastikowym kubku, podkasane dżinsy, fotoaparat i muzeum morskie na trasie- tak sobie spędziłam samotnie dzień w Irvine.

              

Maria Victoria Zenobia

Natknąwszy się nawet na polski akcent. Ktos kiedyś zakochał się w Zenobii... Z inicjałów mi wynika, że była to Maria Victoria Zenobia. Teraz już się rdzą pokryła. A mówią, że stara miłość nie rdzewieje...

              

              

               

              

                           most przez dziurkę od mostu

              

              

                      drogą szedł zbetonowany pan z konikiem

              

I tak sobie szłam i szłam, aż doszłam do miejsca, w którym zaczyna się wielka woda. Napotkałam sklonowanych ludzi (gdzieś tam musieli mieć gniazdo), zdjęłam obuwie wierzchnie i poszłam brzegiem jak najdalej się dało. A dało się aż na koniec świata...

              

niedziela, 10 czerwca 2007
niedziela przeciętnego człowieka

jakby sie kto pytał to pomagam przy budowaniu szkoły podstawowej na szkockim wybrzeżu:)

       

       

       w międzyczasie...

       

szkoła na razie nie wygląda jak szkoła..(tu będzie stołówka)

      

a ja zamiast pracować szpieguję po terenie...

      

w poszukiwaniu targetów

      

pozdrowienia dla wszystkich odwiedzających z kraju wściekłych owieczek i rudej wódy pędzonej na myszach!

      

piątek, 08 czerwca 2007
lecę, bo chcę
W razie jakby co to jadę jutro w świat. Paszport jeszcze ważny, tobołek spakowany, aparat załadowany a droga jest szeroka. Startuję o 5 rano. Dam znać (ze świata;-), stay tuned...
poniedziałek, 04 czerwca 2007
i am the highway?

Oto nadeszła godzina zero. Zdaję dziś egzamin na prawo jazdy. W sumie nie liczę na cud, bo nie jestem facetem, żeby zdać za pierwszym razem, tylko ..blondynką;) Chcę tylko zaliczyć teorię i plac przejeździć, żeby kwasu nie było, a potem JAH BLESS ME! I niech mi dadzą corsę a nie jakieś daewoo- sreuuu zwanym szumnie chevroletem. I jakiegoś pana fajnego egzaminatora, a nie terminatora, co niepotrzebnie by deptał po pedałach;) Idę sobie jeszcze pojeździć przez dwie godziny, bo jazda mnie odstresowywuje, a potem się sama odwożę na egzamin. Niech moc będzie ze mną!!!

update:

jak powiedziałam, tak zrobiłam: testy zdałam, plac zaliczyłam...tylko potem z tym 'bless' nie wyszło;), wzięłam i po chamsku wymusiłam i cały zajebisty plan wpizdu...