turystka na nieustających wakacjach
piątek, 25 lipca 2008
plażowicz tygodnia
Pisałam już kiedyś o ciągnącym się za mną pechu. Trzęsienia ziemi, ataki terrorystyczne, mgły stulecia, upały stulecia, burze stulecia...Zawsze tam, gdzie ja. I niech nikt mi nie mówi, że to przypadek. Przypadek może byc jeden, a nie pięćdziesiąt. No bo jak wytłumaczyc fakt, że stoi obok mnie dwadzieścia osób, a tylko na mnie spada nagle (z nieba?) tajemniczy korek? A dziś dla odmiany korzystając ze słonecznej pogody postanowiłam wybrać się na przejażdżkę rowerową nad zalew celem opalenia sobie dekoltu do sukienki "ciocia Krysia stajl". Pierwsze co zrobiłam, to poszłam popływać na basenie, uwiązałam mój pojazd i rozłożyłam sobie leżaczek ogólnodostępny. Zjadłam frytki, zapaliłam papierosa, znowu popływałam i postanowiłam się zrelaksować i rozłożyć stare kości do opalania. I wtedy przyszła chmura. Kontemplowałam ją przez piętnaście minut z pozycji leżakowej, aż mi się znudziło, więc postanowiłam wsiąść na rower i wracać do domu, zanim złapie mnie burza. Po kilku minutach rozpętało się mini- toranado. Przeczekałam w pobliskiej knajpce, wypatrywując przerwy w "napierdalaniu z nieba". Przeszło. Ruszyłam w trasę i cieszyłam się, że cała ścieżka rowerowa jest moja, bo na drodze ani żywego ducha poza mną i moją "srebrną strzałą". I wtedy się zaczęło. Chmurzysko, które najwyraźniej mnie śledziło, rozpętało mi jesień średniowiecza, piorun za piorunem, zlewa jak cholera, a ja w krótkich majciochach, górze od stroju kąpielowego i kawałku szmatki na kadłubku mym zmokniętym. I tak sobie jechałam i lało na mnie i juz mi było wszystko jedno, bo przecież gorzej być nie może. Dopóki pioruny we mnie nie walą to luuuz. W połowie drogi mój pojazd zaczął wydawać dziwne dźwięki, aż się w końcu zesrał. Ach cóż to się stało w tym pięknym ulewnym dniu? Ach, kierownica się panience odkręciła:) Że też nigdy się nie odkręci jak mam pod ręką klucze... Kontynuowałam wycieczkę pieszo. Po długim czasie wypatrywania po drodze żywych stworzeń wyposażonych w klucze do przykręcania kierownic w rowerach odnalazłam ratunek- dwoje zabłąkanych rowerzystów z podręcznym zestawem narzędzi montujących. Mogłam w końcu wrócić do miasta. A w mieście jak to w mieście- samochody mnie ochlapywały, kałuża za kałużą, umorusana jak nieszczęście dotarłam na chodnik, gdzie musiałam iść chwilę pieszo prowadzac rower (turyści). Odnotowałam po drodze, że niektórzy dziwnie na mnie patrzą, wręcz się oglądają. Pewnie dlatego, że taka przemoczona jestem- pomyślałam. W domu odkryłam, że wcale nie dlatego. Otóż moje jasno- niebieskie gacie po starciu z kałużami wyglądały dosyć dziwnie (błotników w rowerze nie posiadam) Powiem tylko, że niebieski kolor+ kolor błota= wcale nie wyglądam jakbym narobiła w gacie:) Welcome home...
wtorek, 22 lipca 2008
image a'la sezon ogórkowy

Przez całe życie nienawidzę chodzić w spódnicach i zawsze jest dla mnie okrutną męką wyjście z domu w czymś innym niż portki i T- shirt. Portki najlepiej za duże. Ja wiem, że już najwyższy czas, aby z tego wyrosnąć i się opamiętać. Że czasem trzeba się odziać w "pańciowy strój". Ale po prostu nie mogę, źle się czuję i tyle. Mam jedną spódnicę w domu, zieloną, lnianą w kwiatki co wygląda jak obrus babci Helenki. W porywach raz do roku ją założę, gdy upał przypiecze tyłek okutany w dżinsy i nie mam innego wyjścia. Zmuszona byłam ostatnio kupić sobie sukienczynę, bo na ślub idę, a w obrusiku nie wypada. Po długich oględzinach bardziej złotych- lub mniej kreacji w okolicznych sklepach odzieżowych stwierdziłam, że nie mają dla mnie sukienki. Podejście numer jeden zakończyło się niepowodzeniem. Drugie podejście odbyłam z mężem swym, którego nigdy więcej na zakupy nie zabiorę, bo doradzić umie, owszem, ale ogranicza się to tylko do pokazania palcem na manekina odzianego w gustowne stringi badź pończochy na stoisku z ekskluzywną bielizną. Jeżeli chodzi o doradztwo sukienkowe, wszystko mu pasuje, aby cyt. "cycków zakrytych ani nóg nie miało". A propos nóg to w doradztwie obuwniczym jest równie niepożyteczny, bo po pięciu minutach ucieka ze sklepu dając mi sygnały zza szyby, żebym kupowała natychmiast i spadamy (a naprawdę ciężko jest znaleźć w 5 minut coś co się nie świeci) I w ten oto sposób skompletowaliśmy moją kreację na sobotnią imprezę. Wyglądam w niej jak ciocia Stefa w afro, co idzie ogórki sadzić z cyckami na wierzchu. Takie odnoszę wrażenie. Święty Robek nie odnosi takowego, ale on się nie zna więc mu nie wierzę. Obcasy mam w butach, co grozi zrobieniem sobie krzywdy, albowiem nie posiadłam umiejętności chodzenia w czymś innym niż trampeczki. Myślę o stosownych dodatkach i tu moja wyobraźnia podsuwa mi następujacą wizję- powinnam nieść przed sobą dumnie wiadro z ogórkami kiszonymi, jako dopełnienie całego wizerunku:)

piątek, 11 lipca 2008
proboszcz vs Nikon

             

Co ma wspólnego proboszcz z robieniem zdjęć? Jeżeli interesuje się fotografią- to sporo, jeżeli nie- jeszcze więcej. Okazuje się, że bez łaskawej pieczęci proboszcza nie przebiję się przez nawę główną z aparatem, choćby był z tytanu...Bo ksiądz mnie pogoni.

Chodzi o zdjęcia ślubne, które mam robić znajomym. Ślub za 2 tygodnie, a ja nie wiem, czy ksiądz policji nie wezwie jak mnie tylko zobaczy z aparatem na ramieniu. Pozwoli mi zostać, jeżeli podejdę z białą flagą z wytłoczonym pozwoleniem od biskupa za 200 złotych. Niby to nie problem- dwie stówki, biskup zadowolony, ksiądz zadowolony, moja kieszeń odrobinę mniej, ale papir jest i mogę latać pod ołtarzem ile wlezie. Otóż nic nie jest takie proste jak się wydaje. Specjalistyczny kurs na temat właściwego zachowania się w kościele (choć ja i tak wiem, że to tylko pretekst do wyciągnięcia od naiwniaków z aparatami kolejnej kasy na tzw. wino mszalne;) odbywa się raz na "ileś". Może to być raz na rok a może raz na dwa lata. Mogę oczywiście powiedzieć znajomym, żeby poczekali z tym ślubem dwa lata i będzie git:) Ale to nie koniec problemów. Aby dostąpić tej łaski, jaką będzie przekazanie mi owej tajemnej wiedzy na temat klękania we właściwym czasie, muszę złożyć podanie do kurii... podanie podpisane przez księdza proboszcza i opieczętowane, albowiem jest to swoista opinia o moralności kandydata (cytat ze strony internetowej kurii lubelskiej) Nie wierzę w kościół. Proboszcz mnie na oczy nie widział. Nie da mi żadnego papiera. I tu następuje paradoks. Mogę pójść do proboszcza, nakłamać mu o tym jaka to wierna jestem i wogóle, a on mi wystawi zaświadczenie o moralności. Tylko po co?

Wychodzi na to, że mówiąc prawdę skazałabym się na nalepkę "niemoralna", a co za tym idzie- zakaz wjazdu z aparatem do kościoła. Natomiast kłamiąc w żywe oczy miałabym szansę na zaświadczenie o moralności podbite pieczęcią proboszcza. Czy to nie jest chore?

Niech mi od razu nalepią "Antychryst" na plecach i do widzenia.

środa, 02 lipca 2008
panna z mokrą głową

Gdy ponad rok temu zaczęłam się zaprzyjaźniać z moim nowym pojazdem dwukołowym, trasę dom- zalew pokonywałam w wielkich męczarniach, z jęzorem wywalonym na brodzie i wielką butlą wody mineralnej wypijanej po drodze. Teraz to już śmigam moją srebrną strzałą aż kurz leci, tą samą trasę przemierzam na najwyższym biegu, żeby choć trochę "poczuć w nogach" a i tak to tylko rozgrzewka dla mnie...Chyba mi się spodobało. Poza tym to jedyna zdrowa rzecz w życiu jaką wykonuję. W obciachowych gaciach z napisem VIRTUAL SPEED EXPERIENCE :-)

           

Pisząc "zdrowa rzecz" trochę przesadziłam, bo właśnie padłam na ropną anginę w swoim nieszczęściu do łapania rozmaitych tragedii (Choć Święty Robek twierdzi, że to przez głupotę, bo nie jeździ się rowerem zaraz po wyjściu z basenu z mokrym łbem) 

Upał na dworze, a ja wpierdzielam anybiotyksy gnijąc w malignie...