turystka na nieustających wakacjach
czwartek, 30 lipca 2009
dekoracja lordozy

W wolnej chwili znalazłam sobie nową rozrywkę - statystyki z google. Niesamowite są potrzeby, dla jakich ludzie wchodzą na mojego bloga. Po pierwsze: gumiaki. W sprawie "gumiaków na każdą okazję" mam największą ilość wejść. O drugie miejsce biją się "największe cycki świata" oraz "jak schudnąć 5 kilo w 3 dni". Podobno po wpisaniu "jak nie urok to sraczka" też można łatwo odnaleźć mojego bloga, czemu się wcale nie dziwię, ale żeby go znaleźć poprzez "bujne owłosienie łonowe" czy też "jak udekorować hulajnogę" tego już doprawdy nie rozumiem:) O ile "zniesienie lordozy u kierowców" czy "relanium przed egzaminem na prawo jazdy" jest dla mnie do przyjęcia tak nie czaję kwestii "robimy kwietniki ze sznurka" bądź "owsiki a miłość francuska". Moje ulubione kwiatki to "odwyk nikotynowy irlandia", "ramka z czarną pumą", "przepis na kaca", "wentylacja land rovera", "wskrzeszanie umarłych" i hit dnia, czyli "złapana na sraniu w ukryciu":))) Normalnie jakby nie mogli wpisać czegoś w rodzaju "lilia wodna" czy "frezją pachnąca" tylko o sraniu, kacu i dekoracjach lordozy. A może czas zająć się pisaniem specjalistycznych poradników na powyższe tematy?

***

Odbiegając od kwestii statystycznych pisać mi się nie chce przez letnie lenistwo i sezon ogórkowy. Sezon ogórkowy należy rozumieć w tym sensie, że kiszę się w Lublinie przez całe lato, nigdzie nie wyjechawszy. Nudy nie ma, wręcz przeciwnie, ale tęsknota za oceanami i innymi rzeczułkami narasta...

Ale... jak się nie da do wody, to da się w powietrze, we wtorek ponoć mam latać szybowcami.

środa, 01 lipca 2009
krótki długi tydzień

 

Zasadzka na pekaesie


Wiedziałam już o tym od miesiąca, ale miał być top secret, więc nie pisnęłam słówka. Czekamy ze Świętym na pekaesie, aż bus z Wawy dotrze na miejsce, a mnie już skręca z tych tajemnic w środku. Palę jednego za drugim, przebieram nogami, nie mogę się doczekać. W międzyczasie okazuje się, że stoimy nie tam gdzie trzeba, bus podjechał od dupy strony, dostaję smsa od Karrin, że już czeka. Biegniemy przez cały dworzec, Święty przodem...Cholera, nie leć tak, bo muszę zobaczyć twoją minę, jak ujrzysz niespodziankę - chcę krzyknąć za nim, ale... nie mogę... top secret przecież. Karrin stoi z tobołami, wita się z nami, aż tu nagle z krzaków za przystankiem wyskakuje Jake - kolega nasz szkocki, niespodzianka dla Świętego, który nawet się nie spodziewał, tylko myślał biedny, że z dwoma gadatliwymi babami przyjdzie mu cały tydzień spędzić.

Kazimierz - folki

 Karrin już od roku jęczała za festiwalem folkowym w Kazimierzu, więc trzeba było zabrać tyłki w troki i ruszyć w trasę. Po drodze odkryliśmy, że nasz samochód to dwuosobowe coupe (bo amortyzatory siadły i pocieramy brzuchem po ziemi, jeżeli pasażerów jest więcej, nie mówiąc już o dwóch zgrzewkach piwa na tylnym siedzeniu)

Nasi turyści wszędzie widzieli sławnych ludzi. Upierają się, że przyuważyli: Księżniczkę Monaco, Silvio Berlusconiego, księcia Harrego który łódką pływał po Zalewie Zemborzyckim oraz Gordona Ramseya z harmoszką zamiast kuchennego noża. Od razu mówię, że to nie kwestia udaru słonecznego, bo takowego nie uświadczyliśmy przy obfitych deszczach i burzach. Prędzej od pioruna.

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

mała krówka, którą zobaczyliśmy z daleka okazała się bobrem

    

        psu się znudziło oglądanie telewizji satelitarnej

    

    

zaprzyjaźniony sąsiad, który zdradził swego pana na rzecz kiełbasy z grilla

    

    

    

    

    

       a ja jak zwykle zdjęcia sama sobie musiałam robić