turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 26 lipca 2010
Szkocja, dzień czwarty

                      powrót do przeszłości

Z zakwasami po akcjach alpinistycznych wyruszamy do starej, dobrej, znajomej mieściny.

Lądujemy u Karrin w mieszkaniu z widokiem na krowy na wypasie i idziemy na obchód. A we wsi bez zmian. W pubie nadrabiamy wszystkie braki informacyjne, słuchamy najświeższych plotek i miejscowych sensacji. Rozpoczyna się quiz night, szybko formujemy ekipę i zgłaszamy udział. W międzyczasie Święty zapragnął lokalnej degustacji więc próbuje wypić wszystko z butelek i kranów. W quizie zajmujemy 3 miejsce, rozwaliła nas piłka nożna, zabrakło w drużynie jakiegoś porządnego kibica.

poniedziałek, 19 lipca 2010
Szkocja, dzień trzeci

              Scottish Highlands

Od rana zbieramy się do wyjazdu w góry, ja ciągle z nadzieją, że nie będą mi po nich kazali chodzić:) Nie nadaję się do górskich wycieczek. Ekipa próbuje mnie odziać w elementy stroju alpinistycznego, poszukując po okolicy obuwia w rozmiarze 39, które nie jest japonkami ani trampkami z dziurawą podeszwą. Wyposażona w białe adidasy na rzepy od syna sąsiadki z końca ulicy oraz przeciwdeszczową kurtkę i rękawiczki od mamy Karrin oraz dres z trzema paskami;) daję się wepchnąć do kampowozu i wywieźć w Highlandy. Jedziemy do miejscowości Rowardennan nad jeziorem Loch Lomond, aby stąd rozpocząć wyprawę na szczyt góry

Ben Lomond wznosi się na 974 m.n.p.m. o czym dowiedziałam się dopiero na drugi dzień, bo przez całą drogę mi kłamali, że "jeszcze tylko pół godziny i będziemy na szczycie" I dobrze, że kłamali, bo inaczej za cholerę bym tam nie weszła:) Pierwszy kryzys miałam po 10 minutach, gdy odkryłam, że już jestem zmęczona, a to dopiero początek. Zabrawszy ze sobą zabawki do cykania fotek, zajęłam się więc pstrykaniną i podążałam bezwiednie za resztą, starając się marudzić mniej niż zwykle. Gdzieś tam, w te chmury mieliśmy iść, ale nikt nie chciał mi pokazać palcem gdzie konkretnie, z przyczyn wiadomych.

Wyprawę rozpoczęliśmy w podkoszulkach, po godzinie zaczynamy zakładać na siebie wszystkie części garderoby, które wzięliśmy ze sobą. Robi się zimno, wieje silniejszy wiatr, momentami łapią nas przelotne deszcze. Próbuję się dowiedzieć, czy mają tu ichniejszy szkocki GOPR, co wyśle po mnie helikopter, w razie gdybym wymiękła w połowie drogi, ale kompania konsekwetnie mnie ignoruje.

             on top of the world;)

Mamy dosłownie 3 minuty na szybkie cyknięcie kilku fotek, ograbienie angielskiego turysty z tabliczki czekolady przez Karrin i musimy uciekać na dół, bo zbliża się ciemna chmura.

Drogę powrotną traktuję jak wybawienie (w końcu można zapalić, bo nie trzeba się wspinać ani chodzić na czworakach). Opóźniam zejście, bo przecież nie po to leciałam tyle  kilometrów, żeby zdjęć po drodze nie zrobić. Misję mam i tyle. A w dole widać Loch Lomond.

 

 

 

 

 

 

 

W końcu gdzieś, gdzie jest płasko. Przetrwawszy całą trasę bez większych uszczerbków na ciele, nie omieszkałam sobie skręcić kostki jakieś 100 metrów przed parkingiem. W końcu nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła, nie? Do Clansmana na spotkanie z naszymi Szkotami, którzy dobiegli tam wcześniej pędem, dowlokłam się wsparta na Robkowym ramieniu.

W nagrodę zasłużony pint of lager, a później "Lomond burger" z kopą frytek i do domu.

Szkocja, dzień drugi

Po ciężkiej nocy czas na dużą dawkę energii. Od tej pory witaminy zobaczymy tylko w telewizji, bo prawdziwe szkockie śniadanie to dużo tłustego, smażonego i ciężkiego, czyli popularny fry-up. Po takim śniadaniu człowiek może przechodzić cały dzień nie czując głodu. Zaznaczę, że na prezentowanym talerzu jest moja porcja, czyli minimalna (normalnie nie jadam śniadań), reszta ekipy wchłonęła dużo większe dawki...

Z rana skanujemy mieszkanie po imprezie próbując zrobić bilans zysków i strat. Straty - większość płynnych zapasów odeszła w zapomnienie, zyski (chociaż nie wiem czy ich do strat nie zaliczyć) - dwóch niedbitków poimprezowych - jeden na salonowej kanapie, drugi w kampowozie zaparkowanym na ulicy oraz znaleziona para dresów (a właściwie ich pozostałości) wyglądających jak po okrutnej walce.

Za oknem wichry i deszcze, wycieczki nam nie w głowie, więc jedziemy z Karrin do Glasgow na zakupy. Po 4 godzinach szwędania się po mieście, próbuję przemknąć do pokoju na górę niewidzialna, ukrywając wypchane siaty przed Świętym. Nie udaje się:)

c.d.n.

Szkocja, dzień pierwszy

(everywhere you go always take the weather with you)

Właściwie powinnam napisać dzień 0, bo dzień pierwszy objął dwa dni. W związku z "rewelacyjnym" połączeniem autobusowo-kolejowym pomiędzy Lublinem a Warszawą pierwszy etap podróży rozpoczęliśmy przed północą wyruszając do stolicy własnym pojazdem, aby go następnie porzucić na jednym z okołolotniskowych parkingów i dotrzeć na Okęcie. "Popatrz sobie uważnie na słońce i zapamiętaj jak wygląda, bo przez najbliższe dwa tygodnie nie będzie szans na taki widok" - poradziłam Świętemu. Szkocja przywitała nas chłodem, wiatrem i mało pozytywną prognozą na najbliższe dni. Jake przywitał nas prezentacją zapasów na wspólne wakacje...

i zapowiedzią grilla, na który zaprosił najbliższych sąsiadów

W ogródku przywitały nas kury (rasa: no fear), którym niestraszne ucieczki, rozmowy z ludźmi, ani noszenie na rękach przez dzieciaki z sąsiedztwa.

 

Podczas, gdy na zapowiedzianego grilla zaczęła napływać nadprogramowa, niekontrolowana liczba gości, przez miasteczko przeszedł marsz oranżystów.

A na ogródku sąsiedzi dawali popisy akrobatyczne

Druga doba bez snu, a u Jake'a na imprezie połowa miasteczka i przedstawiciele okolicznych wsi, Pink Floyd w wersji gitarowej, na grillu szaszłyki z krewetek, hinduskie placki i kiełbasa śląska. Wymiękliśmy o północy próbując zapaść w sen, aby zebrać siły na dzień kolejny.

c.d.n.