turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 30 lipca 2012
Granada - cz.4

You just need to open your eyes”-

rzuciła podczas rozmowy sąsiadka z pokoju obok wyjaśniając, że w Granadzie wystarczy dobrze rozglądać się dookoła a wszystko będzie działo się samo. Co to miało oznaczać w sensie praktycznym a nie filozoficznym przekonaliśmy się niebawem. Powiem szczerze, że nie trzeba się było nawet za bardzo rozglądać. Naiwnie myśląc, że orzeł w windzie, wędrowne wozy z traktorami i towarzystwo podążające konno przez miasto to szczyt atrakcji, które nas spotkały owego dnia. Nie przeczuwałam, że wesoła sobota dopiero się rozpoczyna...

kumulacja wieczorów panieńsko - kawalerskich

Gdy już zaliczyliśmy 3 rundy tapas, po których nie mogliśmy się ruszyć ze stołków, zaczęło się dziać. Najpierw obok nas przebiegły roześmiane „gejsze” w tym jedna z zapasem kilku butelek rumu w podołku. Z każdą chwilą na ulicy przybywało ludzi odzianych dość niecodziennie, a każda ekipa miała swój znak rozpoznawczy - koszulki z hasłem przewodnim, bądź specyficzne stylizacje, odróżniające jedną grupę od drugiej. Ile grup tyle pomysłów, moi faworyci to: Człowiek Kot, żywcem wzięty z ostatniego filmu Almodovara, męska wersja panny młodej w nieco sfatygowanej sukni ślubnej i adidasach oraz chłopak w orientalnych peniuarach zapożyczonych od młodszej (a już na pewno mniejszej) siostry. Wszystkie świętujące ekipy ze śpiewem na ustach i dzikimi okrzykami wędrowali od jednego baru tapas do kolejnego (czyt. od jednego drinka na następnego) przemierzając w ten sposób ulice starego miasta. W pewnym momencie połączyli się w jedną kolorową hałaśliwą grupę i zaczęli zatrzymywać przejeżdżające samochody i autobusy aby wznosić toasty w kierunku kierowców i pasażerów:) „Que passa?” - próbowałam się dowiedzieć od wściekle różowej bandy facetów. Wyjaśniono mi, że oto w Granadzie jutro niektórzy żenić się będą lub wychodzić za mąż. Niektórzy?? - zdziwiłam się – na pierwszy rzut oka to co najmniej pół Granady będzie szło się jutro żenić:) W międzyczasie po drugiej stronie ulicy policjanci wytargali z przejeżdżającego samochodu chłopaka w kaftanie bezpieczeństwa okładając go pałkami. Po bliższych oględzinach sytuacji wyszło, że koleś w kaftanie to kolejny przyszły pan młody, a policjanci – przebierańcy to jego drużbowie. Wszyscy zanosili się od śmiechu, a uliczne zabawy trwały do późnej nocy.

Napotkaliśmy też babcie wywijające flamenco oraz dziadka machającego energicznie na radiowóz policyjny (tym razem z prawdziwymi policjantami) przekonanego że macha na taksówkę. Pomyślałam wtedy, że już nic tego dnia nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Jednak ciemną nocą wydarzyło się coś co zrujnowało mój światopogląd zaskoczeniowy. Siedząc na dachu naszej kamienicy, popijając Alhambrę Pils w mikroskopijnych butelczynach zaobserwowaliśmy jak oto główną ulicą miasta, otoczony zgrają wiwatujących towarzyszy, jedzie koleś na … osiołku. Skąd oni wytrzasnęli żywego osła w środku nocy???

c.d.n.

niedziela, 29 lipca 2012
Granada - cz.3

Wesołe pielgrzymki majowe

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy wizytę w Parque de las Ciencias. Przyznam, że nie chciało mi się tam jechać, wprawdzie wejściówki mieliśmy już opłacone (znowu bono) lecz ja wolałam zostać w mieście i obserwować co się będzie działo, bowiem od rana na Gran Via parkowały traktory ciągnące zestrojone w pelargonie i święte Maryje domki na kółkach, a ludzie odświętnie ubrani zmierzali w stronę głównej ulicy miasta, niektórzy pieszo, inni konno :) Było dla mnie jasne, że coś jest na rzeczy.

Napotkany policjant, który na moje zapytanie o całą sytuację !uwaga! najpierw zgrabnie mi zasalutował (omg omg, nikt na mnie w życiu jeszcze nie salutował :) a następnie wyjaśnił, że mieszkańcy Granady zmierzają na pielgrzymkę do Huelvy, na dalsze południe Andaluzji. Ale czemu tymi traktorami, końmi i czemu te donice z pelargoniami na wozach cygańskich? I Maryje? „Bo to najbogatsi mieszkańcy Granady, tylko ich stać na takie stroje, wozy, konie i dekoracje” - uzupełniła moją wiedzę Gloria, żona Manuela (ale o nich w oddzielnym rozdziale). Święty oburzył się na moją ignorancję wobec cudów nauki i zaciągnął za ucho w stronę przystanku autobusowego.

Czerwony autobus

Jako środek transportu wybraliśmy wesoły czerwony autobus służący do wożenia leniwych turystów - wszak trzeba było wykorzystać nasze vipowskie karty;) a zresztą fajnie pojeździć po mieście dużym piętrowym kabrioletem. Zaopatrzeni w śniadanie zakupione w piekarni, które okazało się bułą nadzianą czymś co smakowało jak paprykarz szczeciński, napełnieni adrenaliną (dziadu w knajpie dla starszaków zrobił nam taka kawę, że byłam bliska zawału) zapakowaliśmy się do autobusu na pięterko. Uwaga – na górze wieje jak cholera :) I tak, obserwując z góry świat okrążyliśmy miasto i dojechaliśmy do celu.

Warczące dinozaury i orzeł w windzie czyli Parque de las Ciencias

Park naukowy na obrzeżach miasta to rewelacyjna rozrywka. Raj na ziemi dla dzieciaków a jeszcze większy dla dorosłych :) Oj, jaka ja głupia bym była, gdybym tam nie pojechała! A mają tam wszystko, od warczących na ludzi dinozaurów, weków z wężami, szkieletu pegaza, aż po ptaszydła, które myślałam, że są wypchane dopóki jakieś sępiradło nie łypnęło na mnie okiem. Praktycznie wszystkiego można tu dotknąć, zobaczyć z bliska, lub na własne oczy przekonać się jak działają niektóre zjawiska.

Na koniec naszych eksploracji mniej lub bardziej naukowych i po obowiązkowych fotkach pamiątkowych z Darwinem oraz naszą Marysią Curie udaliśmy się w kierunku wieży z widokiem na okolicę. Na szczyt można wjechać windą. Stoimy w tejże windzie ze Świętym i czekamy aż pan z obsługi powiezie nas na taras widokowy, nagle drzwi się otwierają i wchodzi...facet z wielkim ptaszydłem na ramieniu. „Jezuu, i gdzie on z tym dzięciołem!” zaniepokoiłam się na widok stworzenia machającego mi skrzydłami koło nosa i całą ekipą udaliśmy się na górę, gdzie pan pozbył się orła wypuszczając go z tarasu widokowego.

c.d.n.

piątek, 06 lipca 2012
Granada - cz.2

zdążyć przed Japończykami - Alhambra

Do Alhambry najlepiej przyjść zaraz po otwarciu (8 rano), unikniemy wtedy masowych tłumów, które kupiły bilety na późniejsze godziny i w pewnym momencie kumulują się, wtedy nie ma sposobu, żeby ich wyrzucić z kadru :) Rankiem można podpatrzeć jak pracownicy zatrudnieni na terenie kompleksu rozpoczynają swój kolejny dzień w pracy - narzekają na porannego kaca, podlewają roślinność, śpiewają motywy z ichniejszych telenowel (mina strażnika, który mnie zobaczył jak przysłuchuję się jego występowi zza krzaka – bezcenna, a twarz miał pąsową jak róże w sułtańskich ogrodach). Alhambrę najlepiej zwiedzać w słoneczny dzień, wtedy najlepiej doceni się wszystkie fontanny, źródełka i zacienione dziedzińce pałaców. Sułtan sobie tak wszystko obmyślił, żeby udaru nie dostać słonecznego, więc kto szuka cienia i chłodu ten go znajdzie nawet w najbardziej upalny dzień. O Alhambrze w kontekście zajebistości architektonicznej nie będę się wypowiadać, ponieważ kompletnie zgłupiałam widząc to wszystko. Przez cały czas się zastanawiałam jak człowiek był w stanie coś tak pięknego stworzyć. Co tu się nie wyprawia to ludzkie pojęcie przechodzi. Od razu mówię, że fotografie też nie oddają klimatu. Próbowałam robić zdjęcia, ale każde ujęcie wydawało mi się nijakie. Stwierdzę tylko ogólnie, że nie da się zrobić zdjęć Alhambry. To miejsce trzeba poczuć i posłuchać go. Bo żadne zdjęcie nie odda zapachu tysięcy róż i kwitnących drzew pomarańczowych, od których aż kręci się w głowie, ani szumu źródełka w upalny dzień. Z rozdziawioną gębą chłonęłam wszystko jak film, tylko Święty pokrzykiwał na mnie co jakiś czas, próbując przywrócić do realiów „Szybko, wyrabiaj się, Japończycy nadchodzą!”. No właśnie – oddech Japończyków ciągle czuliśmy na plecach i dlatego trzeba było jak najszybciej się przemieszczać (gdyby nas dogonili, na zdjęciach miałabym setkę Japończyków a nie moje lapis lazuli;)

Polski akcent czyli sikanie po sułtańsku

Gdzieś pod Pałacem Nasrydów, uważanym za ósmy cud świata, na dziedzińcu z 800 -letnim cyprysem ujrzeliśmy małą gołą dupinę - oto jakaś młoda para z dzieckiem postanowiła „wysadzić”dziecię. Przechodzący obok turyści zaoponowali, w związku z tym obrażona matka dzieciom odezwała się na głos „No patrz, Kubusiowi siku się zachciało, chciałam go wysadzić, a oni mnie nakrzyczeli”. W ten oto sposób odkryliśmy polski akcent. Być może Kubuś też był uważany przez rodziców jako ósmy cud świata dlategoż zasługiwał na wysadzenie w sułtańskich pałacach a nie normalnie w kiblu.

To co piszą w przewodnikach dla turystów, że trzeba zarezerwować 3 godziny na pobyt w Alhambrze to bzdura. 8 godzin to mało (przynajmniej dla mnie). Pomimo darmowych przejazdów, które mieliśmy z racji karty bono, do Alhambry poszliśmy pieszo, bo moim zdaniem to trochę przegięcie jechać tam autobusem czy taksówką:) Cała droga pod górę do Alhambry zajęła nam jakieś 15 minut z Plaza Nueva.

c.d.n.


Tagi: Alhambra
21:44, lacorsa , vamonos
Link Dodaj komentarz »