turystka na nieustających wakacjach
piątek, 24 sierpnia 2007
wyszłam se za mąż:-)

Wczoraj, parę minut po 14-ej odkorkowano radzieckiego szampana pod Urzędem Stanu Cywilnego w Lublinie.

              

O 13.30 wiedziało o tym co nastąpi osób dwie. O 14-ej pani łudząco podobna z głosu do Krystyny Loski kazała powtarzać formułkę

 pani Krysia- świadoma praw i obowiązków...za męża Piotra B...

ja- Nie!!??

pani Krysia- ??

Piotr B to mój wujek- wyjaśnił pani Krystynie Święty Robek

pani Krysia- ..za męża Roberta B..

ja- si

I po krzyku. Jak ktoś miał mało ciekawe wakacje to se trzeba było urozmaicić, nie?

A potem były koncerty gitarowe, śpiewy, tańce, tour de knajpen i tylko weselników przybywało co chwilę, bo wieść się po wsi rozniosła. Zasadzka była dla większości szkokująca:)

środa, 22 sierpnia 2007
virtual

mam kolejny nałóg, a mój cały wolny czas spędzam na kupowaniu zamków, szkieletorów, bądź czarnych smoków oraz noszeniu umartego bohatera do twierdzy, żeby go wskrzesić...

            

             

proszę państwa, siedzę w szponach Heroes Of Might And Magic:-)

niedziela, 19 sierpnia 2007
kolorowe jarmarki koronkowe stringi

Jak w Lublinie zrobią entertajment to nie ma bata we wsi...

             

             

             

            

           

          

         

                       kupiłam se tzw. piwo ekologiczne

        

i to było pierwsze piwo w moim życiu, które oddałam dobrowolnie...tfu

         

wywczas na siodełku

niedzielny rowerzysta kontratakuje

Zaczęło się od mojego durnego pomysłu związanego z użyciem roweru. Sama zacisnęłam sobie pętlę na szyi rzucając hasło 'Jedźmy do Kazimierza rowerami!'.Nie wiem, doprawdy, jak mi to mogło przejść przez gardło. Przecież ja nawet nie lubię jeździć na rowerze...nie mówiąc już o mojej kondycji fizyczno- papierosianej. Święty Robek podchwycił temat i wycofać się już byłoby niehonorowo. Wsiadłam i ruszyłam:)

               

Koncepcja była taka, aby trzymać się ścieżki rowerowej czerwonej, który to znaczek śni mi się teraz po nocach, bo to co miało byc ścieżką 60- kilometrową, przerodziło się w pełen znoju i cierpienia armagedon wiodący przez pola, haszcze, dzikie ostępy, podwórko u babci Stefy, rzeki, mokradła i powiat Opole Lubelskie. Wszystko przez to, że niekoniecznie cały czas tą ścieżką jechaliśmy próbując sobie ułatwić:)

               

Dodam tylko, że ja to tylko z góry mogę jechać, pod górę już mi nie idzie...Nie było też w planach latania po czyjejś miedzy ani noszenia rowerów przez rzekę, która nas zaskoczyła swoją obecnością

               

              

Jezus Chrystus wycięty żywcem z Rio De Janeiro czuwał nad przebiegiem trasy

              

Świętego Robka mogę pokazywać tylko z daleka, albo nieostrego bo mnie zaskarży...Tu się zakrył kanapką. A to jego wina, żeśmy komuś po burakach musieli chodzić.

To nieprawda, że trasa rowerowa z Lublina do Kazimierza ma 60 km. Dla nas liczyła 71:), choć byłoby odrobinę mniej, gdybym już nie wyszła z tego rowu przed samym Kazimierzem, w którym poległam rycząc, że już ani metra dalej i wykrzykując litanie, od których sam Boguś Linda by się zaczerwienił.

           

          

            

            

                              prawie, jak morze...   

         

          

          

          

          

                             

W drodze powrotnej postanowiliśmy zignorować szlak czerwony i walnąć się do domu ulicą. Pomimo śmiertelnego podmuchu kierowców busów na moich plecach i wewnętrznego przekonania, że ulicą nie jest bezpiecznie, bo zaraz ktoś mnie rąbnie od tyłu ciężarówką i nawet się nie zorientuję, kiedy umarłam, do domu dojechaliśmy w miarę sprawnie, w 3 godziny (nie licząc przystanków na moje leżenie po rowach i palenie fajek)

         

                              Lublin, 12.30

wtorek, 14 sierpnia 2007
znowu ci Niemcy...

przedpołudnie w Lublinie, Stare Miasto

Siedzimy z koleżanką na ogródku u Szewców, większość stolików okupowana jest przez zagranicznych turystów. Do knajpy wchodzi kobieta z dzieckiem, obie odziane w stroje z czasów drugiej wojny, rozczłapane chodaki, obdarte płaszcze. Siadają na chwilę na ogródku. Turyści angielscy, siedzący stolik dalej gapią się jak na ufo. Za chwilę wybrukowaną ulicą przechodzi koło nas...Niemiec w mundurze z karabinem. Turyści poszturchują się, obserwując sytuację, ale zachowują powagę na twarzach i zimny spokój, jakby nie byli pewni czy przypadkiem gestapo nie zacznie do nich strzelać. Nie wiedzą, że parę ulic dalej ekipa kręci film, a statyści rozbiegli się po mieście,bo wlaśnie mają przerwę...

            

Tak sobie skojarzyłam, że nic w tym dziwnego, że większość obcokrajowców przyjeżdżających do Polski po raz pierwszy myśli, że u nas jest zawsze śniegu po kolana, nadal trwa okupacja, a biedne dzieci uciekają po ciemnych uliczkach przed niedobrymi Niemcami, którzy bezkarnie rozpychają się karabinami na mieście:)

Laura mówi, że to dlatego, bo karmią ich w tej Wielkiej Brytanii czarno- białymi reportażami na BBC z czasów drugiej wojny

W sumie, jak ktos sobie taki reportażyk już obejrzał i przyjechał na wczasy do dzikiej Polski i zawitał w międzyczasie do Lublina to za bardzo się nie rozczarował, bo i Niemcy byli, i biedne żydowskie dzieci i trupy zwisające z balkonów i mnóstwo innych ciekawych ludzi.

Urwawszy się dziś dwa razy spod siekiery kierownikowi planu pstrykłam parę turystycznych fotek z Lublina;) Welcome to Pl:)

               

               

               

               

               

               

               

               

               

czwartek, 09 sierpnia 2007
kaczki, dzikie węże i niepewna przyszłość

Nuda, panie...Utknąwszy w mieście i nie zanosi się na dalekie wojaże, ewentualnie na burzę się zanosi. W ramach rozruchu przeprosiłam się z rowerem, który siodełko ma twarde jak ławka w kościele, coraz częściej myślę o obiciu go panterowym futrem z mojej nieśmiertelnej poduszki. Dziś mam przerwę w jeżdżeniu, bo celem uleczenia odcisków na tyłku przesiadłam się do starej, dobrej, czerwonej corsy aby odświeżyć sobie przepisy ruchu drogowego. Pasów na tym odremontowanym rondzie dalej nie namalowali świnie. Człowiek bez samochodu jest jak słoń bez trąby. Udupiony. Tak samo jak i bez internetu. W mieście Lublin nie ma wody (chodzi mi o morską wodę). Wprawdzie w dzisiejszym lokalnym brukowcu napisali, że teoretycznie w Zalewie Zemborzyckim można pływać, ale jak w to uwierzyć, skoro nawet kaczki się zastanawiają?

               

a kaczki- wiadomo- info z pierwszej ręki mają...

Jak już przy zalewie jestem, to opowiem tylko, że można tam zjeść rybę o nazwie 'ryba' po cenie nieprzystępnej, wyższej niż nad morzem polskim, śródziemnym czy w bistro przy Oceanie Indyjskim, wpaść w zasadzkę zastawioną przez policjantow- rowerzystów, którzy śledzą z krzaków kto pije piwo, kto nie, a kto później rowerem jedzie z promilem we krwi, a także zobaczyć można pana w szaliku ze świeżego węża

             

Chile

Teraz będzie o Chile, które łazi za mną od paru lat i byc może w końcu mnie dogoni. Jak tylko wezmę się za siebie i pójdę do uczciwej pracy (tylko gdzie? no gdzie?) to obiecuję, że będę odkładać co miesiąc po 2 stówy na bilet do Chile, tak, żeby w przyszłe wakacje się poszwędać po owych rejonach.

Barcelona

Święty Robek nie chce jechać 25-ego do Barcelony:( bo podobno nas nie stać. Pomimo tego, że ma rację, że nas nie stać, to myślę, że nie ma racji w niechceniu jechania

piątek, 03 sierpnia 2007
mixed up

sezon ogórkowy i perfect poison

Zapasy na zimę zrobiłam w postaci ogórków o niewiadomym smaku. Niewiadomym, bo produkowałam je w jakimś dziwnym transie a przepisy zawzięte od ludzi, co się znają w tym temacie poprzerabiałam troszkę pod swoje potrzeby;) Dumna jestem z tych nadzianych słoików jak cholera, bo jedynym przetworem jak dotąd w życiu mym, zrobionym własnoręcznie było wino, którego napędziłam w wieku 17 lat, wytruwszy nim następnie całą rodzinę, prawie ze skutkiem śmiertelnym, z moją świeżoupieczoną bratową na czele, którą obrałam sobie za królika doświadczalnego. A w smaku było takie dobre:(

Jolka powróciła

            

i zabrała się za puzzle (4 klocki, z których trzeba ułożyć literę T)

           

ja tymczasem usiłowałam jeździć rowerem po balkonie...

          

w międzyczasie, Jolkę od tego myślenia rozbolała głowa i postanowiła temu zaradzić sposobem o którym nie śniło sie nawet najstarszym góralom...

          

ponadto zademonstrowała nam stanie na rękach w pozycji siedzącej

         

i pora na zdjęcie, które wiąże się z historią - dehawu prodżekt- o którym może następnym razem bo teraz mi się nie chce grzebać w starych śmieciach, a muszę, żeby przedstawić sytuację dokładnie.

      

nie lękajcie się- my tak normalnie nie wyglądamy. tylko na zdjęciach...