turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Szkocja, dzień siódmy
Road trip

Od sąsiadów z domu wyszedł Alan. „Fofasewyyylnajłeediinuu”- rzucił na powitanie zauważając Świętego. Święty zamilkł po czym uciekł w popłochu. „Nie śmiej się tylko tłumacz, co on właśnie do mnie powiedział”- zawołał do Jake'a, który zanosił się ze śmiechu obserwując całą sytuację przez uchylone drzwi. Wszyscy nadstawiliśmy uszy z zainteresowaniem... (specyficzny slang Alana od zawsze pozostawał dla nas tajemnicą)

The forecast says it will be nice weather this afternoon”

Załadowawszy do kampervana wszystkie możliwe niezbędniki, ruszyliśmy na północ.

"Jest na trasie taki pub, do którego przyjeżdżają motocykliści z siekierami za pasem, ubijają turystów i zakopują ich w lesie" - Jake zarzucił ciekawostkę. "Musimy koniecznie tam pojechać!!!" - wszyscy byli za.

                        The Drovers Inn

Pogłoski o motocyklistach z siekierami okazały się mocno przesadzone, w związku z tym bez uszczerbków na ciele i umyśle mogliśmy kontynuować naszą wycieczkę.

Oban

Pierwszy cel - fish & chips

Miasto obserwuję zza samochodowej szyby, bo nie ma czasu na zwiedzanie, musimy znaleźć jakąś miejscówkę na nocleg

Ganavan Sands (Cel drugi - kwaterunek)

Stacjonujemy na plaży z widokiem na zachód słońca. Mamy tu wszystko (oprócz prądu). Karty pamięci do aparatu znikają w zastraszającym tempie, trzeba zgrywać na lapka, którego nie ma gdzie podłączyć.

Jutro płyniemy na wyspę, którą widać na horyzoncie.

                              c.d.n.

  

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Szkocja, dzień szósty

Szkocję uwielbiam za niebo. I za chmury - zawsze można na nie liczyć.

Ardrossan, Saltcoats i okolice

                          Ardrossan

                           Saltcoats

Georgia On My Mind i scottish salmon

Przy okazji wpadamy do Jake'a mamy na kolację (szkocki łosoś, sałata i pieczone ziemniaczki wydłubane od Jake'a z ogródka + łakocie na deser) Na popitkę wino lub single malt do wyboru. I mogą mnie tak wypasać i poić codziennie. Nie mam nic przeciwko;)

Dom Margaret ma w sobie odrobinę magii...

 

Szkocja, dzień piąty

Hangover. Żeby załagodzić objawy przyjmujemy scottish breakfast. Na talerzu: usmażona kaszanka, jaja, kiełbacha, skwierczący bekon, tłuszczyk elegancko spływa po brodzie, plus plasterek pomidora dla równowagi. Do tego - uwaga: majonez extra light i keczup ze zredukowaną ilością soli:) żeby uciszyć wyrzuty sumienia. Potem idziemy na wieś do sklepu, żeby zaopatrzyć się w pomarańczowy płyn orzeźwiający. Bo na kaca trzeba wypić puszkę Irn Bru i człowiek jest jak nowonarodzony.

Po porannych rytuałach jedziemy do Muirshiel Country Park żeby wdrapać się na Windy Hill i zobaczyć czy nie skaczą z wodospadu. Niestety nie skaczą, bo za zimno.