turystka na nieustających wakacjach
środa, 29 sierpnia 2012
Granada - cz.7

Granada nie jest dużym miastem. Można, a nawet należy przemieszczać się z tzw. buta, pomimo tego, że często jest pod górkę jak do ...

Sacromonte

Podobno w Sacromonte zabijają, rabują i można zostać porwanym przez Cyganów ;) Oczywiście poszliśmy to natychmiast sprawdzić i mogę oznajmić, że to wcale nieprawda, kolejna głupota wyczytana w internecie. Sacromonte to miejsce inne niż wszystkie. Inne, bo normalnie ludzie nie mieszkają w jaskiniach wykutych w skale, a na Sacromonte owszem. Kiedyś wzgórze Sacromonte dawało schronienie wygnańcom i wyrzutkom społecznym, teraz to dzielnica zamieszkała w większości przez społeczność cygańską. Obok Cyganów żyje tu również spora ekipa hipisów.

To, że do Sacromonte jest pod górkę oznacza tylko jedno – widoki, widoki, widoki. Można sobie usiąść pod drzewem i patrzeć z góry na miasto sącząc "Alhambrę" z widokiem na Alhambrę, zakupioną u Roma, który wyniósł z domu szafeczkę, krzesełka i zrobił sobie bufet dla ewentualnych turystów.

Ptaszki ćwierkają, z domu naszego Gitanesa dochodzą dźwięki flamenco a lokalne kojoty bacznie nas obserwują wygrzewając się na słońcu.

Albaicin

To stara arabska dzielnica Granady, sąsiadująca z Sacromonte. Niektóre uliczki wyglądają tak, jakby upływ czasu nie dotyczył tego miejsca. Po Albaicin można się szwędać godzinami.

Najbardziej obleganą miejscówką jest punkt widokowy przy kościele San Nicolas, który uparcie nazywałam San Mirador - w wolnym tłumaczeniu: Święty Punkt Widokowy:) dopóki pewien pan nie obśmiał mnie głowiąc się nad moim zapytaniem o drogę do Świętego Miradora. Ojtam ojtam - obraziłam się - mają Świętego Matjasa to mogą mieć i Świętego Miradora, nie?

Na placyku przed kościołem zawsze jest muzyka i flamenco i gitarra. Gitanesi, hipisi, kto może ten zarabia grając czy śpiewając bo na „Świętym Miradorze” zawsze jest pełno turystów - z tego miejsca najlepiej widać Alhambrę w całej okazałości.

c.d.n.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Granada - cz.6

UBICACION czyli miejscówka z widokiem na wszystko

Lepiej trafić nie mogliśmy. Wprawdzie Granada nie jest duża, ale warto mieć bazę wypadową w samym centrum starego miasta, a jeśli baza jest dodatkowo w najbliższych okolicach calle Elvira (tapasowo - kebabowa ulica) to lepiej się nie można było ulokować. Nasz hostel prowadzi małżeństwo. Wszystkich zagranicznych turystów wita Gloria ze względu na lekkość komunikacji- Gloria mówi biegle po angielsku i niemiecku i dogada się z każdym :) Z nieznanych nam przyczyn zostaliśmy jednak zakwalifikowani do powitania przez gospodarza, więc znowu musiałam udawać że potrafię mówić po hiszpańsku. Moje konwersacje z Manuelem czasem przybierały niespodziewany obrót i wychodziła z tego niezła szopka. Często nieświadomie wciskałam w zdanie słówka, które nie istnieją, a Manuel cierpliwie mnie poprawiał, często też strzelałam gafy (no przecież również nieświadomie) jak wtedy, gdy zmęczeni jak psy wróciliśmy z Alhambry i odpoczywaliśmy na tarasie popijając zimne piwko. Manuel podlewał wtedy kwiaty i zapytał jak nam minął dzień i co nam się najbardziej podobało w Granadzie. Koncentrując się na właściwym doborze słów w zdaniu, które skleciłam na poczekaniu wydukałam między słowami: „buena Alhambra” chcąc wyrazić swój zachwyt nad pięknym zabytkiem. Najwyraźniej koncentracja mi nie wyszła, bo Manuel popatrzył, pomyślał i odpowiedział, że owszem, ten Pils co pijemy jest dobry, ale lepsza jest Alhambra Special, czym wprawił mnie w osłupienie. Wyszło, że wcale nie pochwaliłam zabytku, tylko browara o nazwie Alhambra, którego trzymałam w garści:) wszak zamiast „ładna” powiedziałam „dobra”. Gloria, Manuelowa żona, to człowiek orkiestra oraz najlepsze centrum informacji w Granadzie. W ciągu kilku minut potrafi przeprowadzić turystom szybki kurs hiszpańskiego, pokazać na mapie gdzie pójść na tapas, opowiedzieć o historii miasta i zwyczajach mieszkańców, oraz zarazić śmiechem każdego w promieniu 100 metrów.

Na nasze ostatnie piąte piętro wjeżdżało się starą windą na półtora człowieka, za to na tym piątym piętrze...ech...od dawna wiadomo, że z góry lepiej widać świat. Z dachu (tarasu) mieliśmy widok na Albaicin – starą arabską dzielnicę i mogliśmy obserwować Alhambrę na tle Sierra Nevada. Swoją drogą to dziwne uczucie - siedzieć na 30-stopniowym upale i patrzeć na śnieg w górach.

Widok z naszego pokoju też był miły dla oka

c.d.n.

wtorek, 14 sierpnia 2012
Granada - cz.5

MEA PULPA czyli o jedzeniu, napitku i zakupach

W Granadzie trzeba dużo pić, żeby być najedzonym – tym jednym zdaniem można podsumować nasze dożywianie. Granada słynie z tego, że jest jedynym miastem w Andaluzji poza Almerią gdzie za tapas się nie płaci – do każdego piwka dostajemy przekąskę. Trzeba jednak wiedzieć gdzie chodzić, żeby przekąska okazała się niewielkim lunchem. Często już po dwóch kolejkach piwa nie mogłam stoczyć się z barowego stołka (nie z opojstwa, piwo podaje się tu w małych szklankach, tylko z przejedzenia). Do każdej „rundy” podawana jest inna przekąska, można więc przy okazji degustować lokalne przysmaki.

nasze top tapas:

1. „Pescador” – mój ulubiony tapas bar. Świętego trzeba było tam siłą wyciągać, ponieważ na hasło „pulpo” (ośmiornica) reagował atakiem paniki, marudząc, że nie będzie jadł „macantów” (czegoś co wcześniej kogoś macało, jak mi wytłumaczył). Ja byłam zachwycona. W Pescadorze wszelkie rybne przekąski były świetnie przyrządzone i bardzo smaczne. Dla fanów ryb i owoców morza – musowo! Piwo+ spora porcja rybnego tapas – 2,50 E

2. „La Bella y La Bestia” - Za 3 E dostajemy zestaw: piwo + pyszne bajgle z jamonem, sałatka z makaronem i domowe frytki (pierwsza runda).

 Do drugiej kolejki podawano kanapki na gorąco z tuńczykiem, zapiekane ziemniaczki i oliwki.

3. „La Antigualla” - Najbliższa konkurencja „Pięknej i Bestii”. W Antigualli zawsze po 13-ej jest tłum miejscowych przy barze, za 2 E oprócz piwa dostaje się tu sporą porcję tapas.

 

4. „Minotauro” - tapas bar odkryty przez nas podczas porannego szwędania się po mieście – okazało się, że tu nie obowiązuje zasada „tapas od 13ej”- dostaliśmy porządną porcję jeszcze przed południem.

5. Warty odnotowania jest również lekko podejrzany bar z miejscowymi hipisami na samym końcu calle Elvira (niestety nazwa lokalu mi umknęła) gdzie 1 runda z tubo (piwo + tapas) kosztuje 2E . Trafiliśmy tam szukając po mieście koneksji ze światem zewnętrzym;), a lokal reklamował się dostępem do neta (Hiszpanie wymawiają ŁYFI zona:) Niestety nie doświadczyliśmy słynnego łyfi pomimo dobrych chęci barmana, który przyniósł nam na kartce kod dostępu złożony z ciągu przypadkowych pięćdziesięciu liter i cyfr :) być może była to wina naszego antycznego laptopa, bo do łyfi mieliśmy pecha przez cały wyjazd. Za to oliwki w tym barze– wyśmienite. Można tu spotkać miejscowych hipisów z całym ich inwentarzem (w Granadzie każdy szanujący się hipis z Sacromonte obowiązkowo spaceruje z psem albo dwoma).

churreria to wcale nie żulernia tylko kawiarnia, w której można zjeść churros

Na śniadania w Hiszpanii najlepiej chodzić tam, gdzie podają kawę w szklankach:) - tego trzymam się już od lat i zawsze mam rację. Kawa w szklance jest oznaką, że do lokalu przychodzą głównie miejscowi, w związku z tym ceny nie są na siłę naciągane a kawa porządna. Na śniadanie je się tu churros (trochę w smaku pączka przypomina), odrywając po kawałku i maczając w kawie. Pija się sok wyciśnięty ze świeżych pomarańczy lub wodę z fontanny;) Źródełko na skwerku obok „naszej” kawiarni było okupowane niczym święte źródła Lourdes. Cały czas ktoś podchodził, żeby napełnić pustą butelkę, od dzieciaków idących do szkoły, przez turystów, starsze panie aż po taksówkarzy. To jest akurat fajne w tym mieście – duża ilość mniejszych lub większych źródełek z tak zwanej „ściany” z dobrą wodą pitną znacznie ułatwia życie w upalne dni. Dobrym rozwiązaniem na poranną dawkę energii są też malutkie piekarnie, w których oprócz bagietek i bułek można kupić lokalne smakołyki – pulchne smaczne buły z czekoladą czy innym nadzieniem.

Zakupy tzw. „codzienne” najlepiej robić u Chińczyków – w marketach prowadzonych przez Chińczyków jest po prostu najtaniej. Za to kebaba należy zjeść u źródła czyli w arabskich barach z kebabami. Lepszego kebaba niż w Granadzie nie jadłam. W okolicach katedry można zaopatrzyć się w herbatę, przyprawy, owoce oraz rozmaite rarytasy sprzedawane na straganach. Na uliczkę "herbacianą" można trafić po zapachu, herbaciano-owocowy aromat intensywnie roznosi się po okolicy.

wszechobecne Maryje objawiają się tu wszędzie, nawet w warzywniakach

w niektórych lokalach "mają wszystko (prawie)"

smaki i zapachy Albaicin

O modzie i urodzie, oraz jak się wykreować „Na hipisa z Sacromonte” będzie w następnych odcinkach.