turystka na nieustających wakacjach
środa, 26 września 2007
skazana na wlepę

z pamiętniczka nikotynowego narkomana

Trzeci dzień- trzecia wlepa. Miesza mi się we łbie od tych plastrów, a w snach już nie Niemcy, tylko filmy w stylu ' Piła 10' czy ' Hostel 55'. Tragedia. Mój plastikowy przyjaciel (pseudo- papieros z posmakiem nikotyny) się już prawie skończył, a nie mogę takich w żadnej aptece kupić:( Mam 80% wszystkich możliwych skutków ubocznych poplastrowych (+ halucynacje)  i nie wiem jak długo jeszcze tak pociągnę. A one działają na mnie hamująco, więc póki co będę se wlepiać. Podejrzewam, że nawet gdyby były posmarowane masłem czy poksyliną to i tak by działały na mnie w ten sam sposób, bo dla mnie to sprawa świadomości, że jak mam wlepę to już nie mogę zapalić bo mnie szlag trafi. Całkiem jak zaszyty alkoholik. Płuca mnie już bolą od tego niepalenia;) Węch mi się wyostrzył- idąc ulicą potrafię określić kto i co i gdzie pali w promieniu kilometra:)

Najchętniej zapisałabym się do fight clubu...

wtorek, 25 września 2007
nałogowe rzucanie palenia

Który to już raz anioł stróż- niquitin plaster przylepił się do ramienia mego?

Grunt to zachować spokój i nie żreć za dużo. I nie zabić nikogo na ulicy (ani w domu). Święty Robek pilnuje, żebym nie powróciła na złą drogę i gania mnie po mieście i wynajduje jakieś zajęcia i gryzaki oraz zapychacze kupuje, fajki mi schował do szafki w kuchni.. A mnie tak boli od tego niepalenia w środku (w sobie;-))) ra-tun-ku

wtorek, 18 września 2007

kłody pod nogi. i podkreślenia, których nie da się zlikwidować...

nowy wpis

W zwiazku z tym, że do końca miesiąca jestem zablokowana na wstawianie zdjęć (dodadzą dwie taczki megabajtów dopiero w październiku), a nowych blogów tworzyć mi się nie chce, bo jestem za leniwa oraz lubię mieć wszystko w razem w kupie, będę was zadręczać swoim przemyślunkiem pisanym...

Dziś będzie o sraniu po krzakach

Temat niby banalny, nigdy go zbytnio nie analizowałam, dopiero po ostatniej wyprawie po ojczyźnie odkryłam, że istnieje coś takiego, jak polski syndrom srania po krzakach

Wracaliśmy z Pomorza, chcąc zatrzymać się na jakiejś miłej polance celem odpoczynku+ rozpaleniu grilla (kilo kiełbasy się po bagażniku walało, aż przykro). Miłą polankę wyczaiłam szczęśliwie, bowiem w dobie statoilów po 10 na każdy kilometr, miła polanka bez cepeenu na trasie nie jest zjawiskiem częstym. Polanka zawierała drewnianą ławę i kosz na śmieci. Las dookoła (jak to przy polance). Dla nas- super. Odpoczniemy, usmażymy kiełbaskę, odetchniemy świeżym powietrzem i pojedziemy dalej. Po chwili podjechał samochód. Dwie panie na lewo, pan na prawo. Załatwili sie w lesie, odjechali. W ciągu kolejnych 15 minut przyjechało- dwóch pseudobiznesmenów, pan z rodziną, chłopak z dziewczyną i kolejna wesoła rodzinka z pieskiem. Wszyscy rozbiegli się po lesie celem srania po krzakach (czyt. toalety). I w tym momencie nie zrozumiałam. Po co jechać do lasu za drzewo, skoro co 500 metrów jest stacja benzynowa z darmową toaletą? Czy nie lepiej zabrać te dzieciaki i żonę do normalnego kibla? A może to ja jestem jakaś zboczona?

niedziela, 16 września 2007
niemoc
no i nie mogę nic zrobić tzn. albo zawieszę bloga do czasu aż mi gazeta.pl zapoda parę kilo megabajtów, żebym mogła zdjęcia na bloga wsadzić albo dupa. albo strzelę focha i się zniknę. MEGABAJTÓW MI DAJCIE!!!!!!!!
sobota, 08 września 2007
problem z nazwiskiem

Ja nie wiem, czy tylko ja mam takie problemy, czy również zdażają się innym. Otóż nie potrafię się podpisać:) Nie chodzi tu o czynniki manualne, tylko...psychiczne.

Wczoraj poszliśmy do urzędu złożyć wnioski o nowe dowody. Nazwisko mi się odrobinę zmieniło, więc prędzej czy później trzeba. Kolejka jak za komuny, wzór podpisu robi się przy pani, przy okienku. Gdy już się dopchałam cała szczęśliwa z wypełnionym wnioskiem w garści, po godzinie wdychania aromatów (pan przede mną się zapomniał przemyć z rana) odwaliłam numer stulecia. Pani poprosiła o podpis, więc z rozmachem złożyłam swój autograf w wyznaczonej ramce, zgrabnie mieszczac się w granicach owej ramki.

ja- o kur...waaaaa!

pani- ???

ludzie-????

Święty Robek- coś ty tu napisała? nie umiesz się nawet podpisać?

pani- a co się stało?

ja- podpisałam się innym nazwiskiem!

ludzie-???????????

ja- cholera jasna, jak ja tu się zmieszczę z tym nowym, przecież to długa krowa jest!

Ś. R- trzeba było sobie jedno wziąć a nie 10! dwóch członów ci się zachciało!

pani- proszę w takim razie wypełnić jeszcze raz formularz

ludzie- #%%%%%%7***()(*)(!!!!!!!!!!!!!!

Wyjaśnię w skrócie, że z okazji zaślubin wymyśliłam, że moje nazwisko w połączeniu z Robkowym brzmi zajebiście, zupełnie jak pseudonim artystyczny, więc zażyczyłam sobie dwa człony w papierze. Dodam, iż nie przywykłam jeszcze do podpisywania się cudzymi nazwiskami:) ani też nie przyszło mi do głowy próbowanie nowego podpisu.

środa, 05 września 2007
roadrtip 2- Hell yeah!

W trzeci dzień nawet Niemcy uciekli. Widać tylko deszcz...piachem zacina po oczach. Postanawiamy zmienić nasz widok z oczu, pomimo tego, że sznas na lepszą pogodę i tak nie będzie. To już nie są wczasy- to survival extremum. Jedyne co nam pozostaje, to rozpalanie grilla, który pali się samoistnie napędzany huraganem, jaki nas spotyka codziennie:(

we are going to Hel(l)

             

odkrywam kolejną mądrość życiową, iż fishburger+grzaniec+lody z polewą wiśniową=rozwolnienie+zatwardzenie+she's like the wind

          

          

         

           

Na Helu życie się toczy leniwie i sennie. Koniec sezonu, tysiące kotów- sępów mew- obsrajtuchów, czarne kormorany pilnują zatopionych wraków.

           

           

           

           

           

                      zestaw praktycznego wczasowicza

           

           

           

           

           

Kolejnego deszczowego wieczoru spotkaliśmy pana Waldka z Mysłowic, a morał wyniesiony z owego spotkania brzmi tak: nigdy nie pij ze Ślunzakami, jeżeli nie jesteś w stanie udźwignąć 6 piw na pusty żołądek:)

           

           pan Waldek se kupił ryby w porcie

           

a my mamy kaca, w związku z czym szwędamy się po porcie od 8 rano w poszukiwaniu nie wiem czego, bo na smażone rybki jeszcze za wcześnie, a flądry u rybaków uwędzą się dopiero na 15.00

           

           

           

           

           

           

           

           

Na kaca najlepszy jest rejs w poszukiwaniu zatopionych wraków.

           

           

a najlepsza rybka jest w porcie...

           

           

           

           

           

roadtrip czyli podróż poślubna- część 1

Historia będzie o morzu, falach, słońcu, którego nie było, kurtkach przeciwdeszczowych, których nie zabraliśmy, wędzonych flądrach na Helu, armagedonie łebskim i alkoholach, które miały odpowiednią temperaturę spożycia, pomimo braku lodówki. Ogólnie rzecz biorąc: miesiąc miodowy pod namiotem nad polskim morzem z najgorszą pogodą ever...

camping pana magistra i wirujące samochody

               

 okolice Kartuz, 5 rano, sarny się pasą na trasie, widoki niekiepskie ale nie ma gdzie spać tzn. wszyscy śpią oprócz nas, bo my jedziemy z Lublina ciągiem od 10 wieczorem. Camping ze swym regulaminem podpisanym przez pana magistra Stefana Wu nas odstrasza, właśnie ze względu na regulamin:) Wychodzi na to, że zapłacimy jak za Hiltona a i tak pan Stefan Magister dopilnuje, żebysmy broń boże nie skorzystali z ciepłej wody, kibla i innych luksusów a także zachowywali trzeźwość (podejrzewam, że mierzyli alkomatem). Podróż poślubna- dzień pierwszy- śpimy w lesie przy rowie. Pada deszcz. 2 godziny później po 2 minutach jazdy obserwujemy samochód w rowie, z którego się dymi i dziewczynę wyłaniającą się z owego rowu. 'Trzeba złapać za szyję i zmierzyć puls, a potem położyć w pozycji bezpiecznej ustalonej' - przebiega mi przez łepetynę- po tych kursach na prawo jazdy mam przeprany mózg:) 'K....mąż mnie za...rozpieprzyłam samochód'- dziewczę wydaje się trzeźwo myśleć, więc daję sobie spokój z pozycją ustaloną...Święty Robek odłącza, żeby się nie dymiło, dziewczę dzwoni po męża z newsami, posiłki zaraz przyjadą. 'Do pracy nie zdążę!' -martwi się nasza ofiara. Zabieramy więc pasażera na gapę, i tak mielismy Łebę w planach. Po drodze okazuje się, że ofiara jest szefem kuchni. Zaprasza na obiad.

Łeba- camp platz

                

             

Ja nic do Niemców nie mam, aby mi się nie śnili więcej po nocach, bo mnie już męczy to uciekanie przez zboże przed kulami wroga.

Camping nasz jest zorientowany na turystów zza zachodniej granicy, co objawia się w tablicach informacyjnych, z których nic nie rozumiem:) Nasi sąsiedzi mają piekne przyczepy i średnią wieku 95 lat. Ci z lewej chcieli się nawet ze mną zintegrować, ale niemiecki to jedyny język, jaki mi 'nie wchodzi', więc po mojej błyskotliwej odpowiedzi ' Przepraszam, I don't szprehen dojcz' miły pan zaprzestał tłumaczenia mi czegoś.

Kibelek jest rzeczą godną odnotowania, ba, nawet oddzielną notkę mogłabym o nim napisać...Otóż kibel jest przede wszystkim czysty. Z głośników leci muzyka, jest papier toaletowy!! W skrócie powiem, że miałam w planie ukrycie się w wychodku i zagranie kilku partyjek Heroes'ów w tych miłych warunkach (ze względu na obecny prąd), dopóki nie odkryliśmy klub kuche- czyli sala tv, z której Niemcy nie korzystali, bo mieli swoje wypasione satelity w przyczepach.

              

             

             

              

             

             

              

             

              

              

              

               

             

a do tej pory w moim przekonaniu kormorany istniały tylko w piosenkach...

              

             

             

             

              

a teraz- oficjalna prezentacja Świetego Robka, który dzięki poślubieniu najbardziej wypasionej panny młodej w sąsiedztwie złapał pana boga za nogi i powinien skakać z radości na 3 metry w górę;) czyli Ś.R ogląda przejazd na wydmy gaster- german- party:

             

             

              

             

             

              

             

             

                            wakacje z duchami...