turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 31 października 2005
Halloween

W Szkocji nie ma dlugiego weekendu przeznaczonego na tour de cmentarios z 20 kilowymi siatami wypelnionymi po brzegi zniczami polaczonym z konkursem na najgustowniejszy wystroj familijnego grobowca. Taka tradycja obca tu jest, jakkolwiek wszechobecna jest moda na Halloween. To dzien, w ktorym supermarkety zwiekszaja znacznie obroty, szczegolnie na sprzedazy alkoholu oraz nieszczesnego warzywa, ktore po zakupie zostaje brutalnie zadzgane i wypatroszone. Biedna dynia. W te noc nalezy sie bac duchow, kazde dziecko to wie, ale zeby dostac w czape np. od...Aniola? Wiekszosc imprez nawiazujacych do Halloween, polaczonych z przebieraniem sie w rozmaite kreacje odbyla sie juz w sobotnia noc (w zwiazku z brakiem dlugiego weekendu) Oczywiscie takie imprezy to tylko kolejny pretekst do alkoholowego uposledzenia sie w pubie, z niewielka roznica polegajaca na tym, ze pijesz z diablami, aniolami, wiedzmami, czarownikami i innymi wynalazkami, ktore w realu sa twoimi znajomymi, lecz po wiekszym spozyciu srodkow wysokoprocentowych naprawde staja sie wrogimi zjawami. Przypuszczam, ze taka wlasnie wizja spotkala grupe mlodych ludzi wracajacych z imprezy w pubie w mojej wiosce, ktorzy zaczeli sie prac po pyskach pod mym domem o godzinie 2 w nocy. Nic w tym dziwnego by nie bylo, gdyby nie fakt, ze laly sie glownie dziewczeta, wydzierajac sobie wlosy z glowy, skrzydla z ramion (najagresywniejszym okazalo sie dziewcze w przebraniu aniolka) i wydajac z siebie przerazliwe okrzyki i dzwieki, godne Halloween. Jatka trwala przez dluzszy czas, Anielica nie miala zamiaru opuscic pola walki, siejac spustoszenie w kregu diablic i szkieletorow, probujac udowodnic sile dobra nad zlem. Przypominalo mi to troche gre w Heroes'ow...Z malym wyjatkiem- w Heroes'ach pod koniec gry nie przyjezdza policja, aby rozgonic towarzystwo...Fotoreportazyku z tej bitwy nie bedzie, bo smiercionosny wzrok Anielicy i sprzymierzonych jej kolezanek powstrzymal mnie przed wyciagnieciem pstrykajacego pudelka.

15:21, lacorsa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 października 2005
ptasia grypa

Media donosza, ze w Polsce odbywa sie happening pod nazwa "ptasia grypa". Nikt juz nie spozywa rosolu w niedziele ze strachu przed epidemia, a w godle Polski widnieje kaczka zamiast orla. Widziana podwojnie. TAKE ONE- GET ONE FREE!!! Prezydent z promocji w supermarkecie...Walizek pakowac nie musze, bo mnie juz tam nie ma, a o azyl polityczny zapewne gdzies trzeba bedzie poprosic, ale na pewno nie w Szkocji, bo tu zimno i pada i zimno i pada i zimno i pada i zimno i pada i zimno i pada i zimno i pada............

12:46, lacorsa
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 października 2005
wirtualne ruskie Basia stajl

Pierogi ruskie chodzily za nami conajmniej od roku. Niestety, nie ma w poblizu, nawet dalekim poblizu, miejsca, gdzie mozna by je bylo kupic, wobec tej sytuacji podjelam sie heroicznej proby wykonania niemozliwego. Zebralam wiec niezbedniki do kupy: przemycony przez znajomych bialy polski ser + przepis na pierogi z internetu zamieszczony przez niejaka Basie + dobre i szczere checi... trzeba usypac gorke z maki i dolac do niej pol szklanki mleka wyrabiajac ciasto na elastyczna mase- pisze Basia. Po pierwszej probie owej czynnosci wszystko co bylo produktem wstepnym przylepilo mi sie do dloni, ramion, lodowki i nawet do twarzy, zamachnawszy sie by oczyscic twarz rabkiem bluzy, rozprzestrzenilam reszte maki po calej kuchni tworzac ciekawe abstrakcyjne wzory. Polecialo mi na kapcie, ktorymi rozmazalam reszte ciasta po podlodze, usilujac pozbyc sie niechcianej dekoracji z maki, resztka sil zebralam to co zostalo, jednak nadal zaimprowizowany przeze mnie produkt nie mial nic wspolnego z tym, co sie zwie "ciastem na pierogi". Szarobure grudy rozlepione po calej kuchni za nic nie chcialy sie polaczyc w jednosc. Ty glupia dziwko -krzycze w strone Basi (wirtualnej Basi, tej z portalu na temat gotowania) pol szklanki mleka??? niech ja cie dorwe ty parszywa zdziro internetowa...caly litr juz wlalam i co? i gowno! Desperacko rzucilam sie do ulepszenia wersji podanej przez Basie, dosypujac to i owo i dolewajac jeszcze wiecej.. po pierwszej godzinie walki sprodukowalam jednolita bryle, ktora juz moim zdaniem przypominala odrobine ciasto, butelka po PORTO zastepujaca kuchenny walek odstawilam tzw. walkowanie, co zajelo mi kolejna godzine, przy czym nadziwic sie nie moglam wszystkim gospodyniom domowym robiacym te czynnosci bez mrugniecia okiem, ba, nawet z usmiechem na twarzy. Co z tymi babami nie tak? 15 lat na silowni spedzily w swej mlodosci a potem zostaly gosposiami domowymi?? Kare ktos im taka narzucil? Szantazem? Pranie mozgu? Sekta? Reasumujac, w kuchni spedzilam swoj caly tygodniowy limit tzn. 5 bitych godzin, klnac przy tym przeokrutnie, obsypywujac maka wszelkie dostepne mi miejsca, maka wymemlana z mlekiem ciagnela sie za mna do lazienki, sypialni, pozbyc sie tego gowna z rak nie moglam, niemozliwym bylo skrecenie papierosa, ilosc powstalego produktu przewyzszyla znacznie moje obliczenia (z matmy zawsze mialam naciagany mierny...), moglabym tym dziadostwem obdzielic cala wies i jeszcze zrobic degustacje w supermarkecie. Ruskimi zostala przyatakowana nasza sasiadka, Karrin, ktora niespodziewawszy sie ruskiego ataku przyszla na wieczornego lagera, ruskie bedziemy wpieprzac przez nastepny tydzien, zajmuja one prawie cala powierzchnie lodowki...Chemik (co go w domu mam zamiast chomika i jestem z nim z lenistwa), uslyszal ode mnie: Jedz, czlowieku i delektuj sie, albowiem sa to pierwsze i ostatnie pierogi jakie jesz w zyciu, uczynione moimi rekoma.

Gospodynia domowa nie bede i malo tego, zaloze organizacje wspomagajaca wszystkie kobiety na swiecie zmuszane do lepienia pierogow, bo pewna jestem, ze nie robia tego z wlasnej woli.

Dziekujemy ci, Basiu...

13:28, lacorsa
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 października 2005
streets of Cadiz

wtorek, 04 października 2005
Espana

W turkusowej oponczy przemierzam andaluzyjskie miasteczka celem zaginiecia(sie), bo nie ma nic przyjemniejszego od zagubienia sie w bialym, labiryncie, z fotoaparatem pod reka. Tarifa- dzien pierwszy. Zawialo piachem po gebach, po lewej Ocean, po prawej Morze Srodziemne, Afryka na wyciagniecie reki, bezdomne psy chodza parami, a niemieckie turystki uprawiaja exhibicionizm od strony morza prezentujac bujne owlosienie lonowe..A w telewizji Beckham nawija po hiszpansku.

ATLANTYK VS. MORZE

SJESTA W TARIFIE

Samochod wynajety okazyjnie w Maladze nie wyciaga pod gore, a szybe trzeba napierac rekoma do gory, zeby ja zamknac, ale jezdzi i to najwazniejsze. Ruszamy dalej. Vejer- biale miasto na wzgorzu, nastepny przystanek.

Next stop- CONIL DE LA FRONTERA. Kilometry plaz i balwany na oceanie. Do tego pare litrzakow Cruzcampo i wiecej do szczescia nie potrzeba. Krotki odpoczynek, wodowanie i ruszamy dalej, do Kadyksu. Cadiz- niekonczaca sie fiesta. Ladujemy na lokalnym kabarecie, czeski film. Pomimo koncowki sezonu nadal ciezko znalezc nocleg. Spimy u hiszpanskiego kolegi w jego wiezy, na dachu, skad widac doskonale panorame miasta i wybrzeze. Wszystkie hotele swiata wymiekaja. Gwiazdy nad glowa, cieple powietrze i poranne slonce zamiast budzika.

CADIZ- WIDOK Z NASZEGO LOZKA:)

W Cadiz troche tloczno no i brak balwanow na oceanie, woda plaska jak zupa, a ja potrzebuje balwanow i duzej fali, decydujemy sie na powrot do Conil. Najpierw jednak jemy cos, co nazywa sie secreto iberico, a okazuje sie czastkami zoladka swinskiego ugotowanego na "flaki stajl", HARDCORE. No i zupe o kolorze zachodu slonca, w ktorej do tej pory nie wiem co bylo. W miedzyczasie okazuje sie, ze przegapilismy ostatnia mozliwosc wymiany pieniedzy przed weekendem (banki zamkniete od piatku do poniedzialku), przerabiamy wiec fiata punto na kampowoz, zakladamy gustowne firanki z zeszlotygodniowego Heralda i kupujemy plachetke od Marokanczyka, ktora ma sluzyc zamiast spiworow no i mamy elegancki hotel za darmo, z widokiem na ocean. Campo-Punto sie nazywa. Po prawej kociarnia, po lewej kozy sie pasa, a w miasteczku impreza flamenco.