turystka na nieustających wakacjach
piątek, 27 października 2006
...
Mam bilet w jedna strone a w glowie karuzele. Cos sie stalo? Jeszcze nie wiem. Na razie sie boje, bo ...nie wiem. Lece jutro do Polski. Nie wiem, kiedy wroce, mam nadzieje, ze szybko i w jednym kawalku. Trzymajcie kciuki i niech moc bedzie ze mna.
czwartek, 19 października 2006
top secret

Kilka dni mnie w pracy nie bylo i oto bilans ominietych mnie wydarzen: Kucharz dowiedzial sie co oznacza sila grawitacji, wywalajac sie na prostym chodniku twarza do ziemi- efekt- zlamany nos. Od jakiegos czasu pracuja z nami dwa dziewczecia, rywalizujace ze soba o miano 'najpopularniejszej we wsi;)'- otoz jedna z nich sie ze szefem puscila, naiwnie myslac, ze wydarzenie objete jest tajemnica. Dziewcze jeszcze nie wie, ze 'tajemnica' obiegla pobliskie okolice z predkoscia swiatla i tylko ona jedna nie wie, ze wszyscy juz wiedza. Ktos kiedys powiedzial: 'There is no secrets in this village' i teraz chyba wiem o co mu chodzilo- tutaj kazdy sekret jest tajemnica publiczna. Przynajmniej juz nie ma watpliwosci, ktora z nich jest 'najpopularniejsza we wsi':) Skoro juz przy tajemnicach jestesmy to Karrin ma chlopaka, ktory ma dziewczyne, ktora wcale nie wyglada jak Karrin. Ale to fajny chlopak jest.

Tajemnica nie jest, ze narod brytyjski jest troche zboczony na punkcie wszelakich swiat i zasiegu ich obchodzenia. Otoz w supermakecie pojawily sie juz gustowne upominki bozonarodzeniowe, niebawem pewnie wystawia choinki:) A ja siedze i kombinuje, bo ewakuacja z okazji swiat i sylwestra nadal jest konieczna. Z cieplych krajow raczej nic nie wyjdzie, jak sie nie potrafi oszczedzac to sie nie pije szampana. Moze jaki Londyn?

czwartek, 12 października 2006
o dupie marynie

Uwaga!!! Nie czytac bo nudne. Rzecz stoi o tym , jak postanowilam jechac autobusem, potem sie rozmyslilam, a potem jednak pojechalam. Nic ciekawego sie nie zdarzylo, historia nie zawiera zadnego glebszego przeslania. Napisalam se, bo poczulam potrzebe napisania czegokolwiek.

Czekalam na autobus. W domu, bo przez okno widac czy jedzie czy nie. Jak jedzie to oznacza, ze bedzie wracal za 10 minut, wiec za jakies 8 nalezy wyjsc z domu i udac sie na przystanek, po czym machnac reka zeby sie zatrzymal. Siedzialam i czekalam, ze dwa autobusy mi smignely za oknem, ale juz w kierunku, ktorym ja tez zamierzalam podazyc, wiec- za pozno, moge sobie pomachac mu..z tylu. Czekalam kolejne pol godziny zerkajac co chwila za okno, czy jedzie czy nie. Przejechal, ale q... znowu w strone miasta, no hej!, pomyslalam, skad one sie biora? Jakim cudem one wszystkie jada w strone Glasgow, przeciez musza najpierw przejechac mi tu za oknem, zeby zawrocic! Przejechal nastepny. Znowu w strone miasta. (Gdzies tu musza miec gniazdo). W dupie mam taka zabawe w kotka i myszke, ide na piechote, pomyslalam, deszcz nie pada, daleko nie mam, w koncu to tylko pare kilometrow. Zalozywszy obuwie wierzchnie i kaszkiet na glowe (wlosy odrastaja- wygladam jak gowno w betoniarce) udalam sie do drzwi wyjsciowych, katem oka dostrzegajac za oknem tyl autobusu- tym razem jechal w ta strone co trzeba- czyli- bedzie zaraz zawracal. A ja juz sie naszykowalam na spacer. Isc, nie isc? Czekac? Przeciez za chwile bedzie wracal, wiec nie musze maszerowac. Ale przeciez na zdrowie mi wyjdzie spacer. No i pogoda ladna. E, pojade autobusem.

W autobusie pograzylam sie w lekturze instrukcji obslugi dla pasazerow na temat wysiadania z autobusu, ktora tu pozwole sobie przetlumaczyc: 

1. Nacisnac przycisk stop

2. Siedziec na miejscu dopoki autobus sie calkowicie nie zatrzyma

3. Spokojnie udac sie do wyjscia

                               pointy tez nie bedzie

środa, 11 października 2006
tytanowe dylematy
Swiety Robek mowi, ze jak sie polknie pierscionek z tytanu to potem czlowiekowi odbija sie wodorem
piątek, 06 października 2006
napiwki mam w dupie

Rozne smieszne rzeczy zdarzaly mi sie podczas pracy w pubie, glownie byly to wpadki jezykowe, przejezyczenia, jakkolwiek to zwa. Wszak jezyk angielski nie jest moim macierzystym, wiec mam prawo sie poprzejezyczac, nie? Kiedys zamiast 'Czy chce pan lodu w szklance?' powiedzialam cos w stylu: 'Czy chce pan szklanka w oczy?' (poprzestawialam troche slowka glass- ice- nie w te miejsca co trzeba, z ice zrobilo sie eyes i tak mi wyszlo:) Od tej pory juz zawsze pytam 'Czy chce pan lod w  swoim drinku?' Przy coli tez juz zawsze sie pilnuje, zeby wymowic jak nalezy, bo swego czasu przyszla dziewczynina, zamowila wodeczke, a ja, wdupeuprzejma, zapytalam sie czy nie chce do niej coli. Hmm, no prawie tak sie zapytalam, bo zamiast 'coke' uzylam slowa 'cock', co w wolnym nieslownikowym tlumaczeniu oznacza to samo co chuj:) (pardon my french). Dziewczyna wybaluszyla oczy, a ja zamiast poprawic sytuacje, jeszcze bardziej sie pograzylam, dodajac 'large or small?':))) I wtedy dopiero zalapalam jaka gafe zapodalam:) Ostatnio chcialam gosciowi sprzedac szklanke wypelniona kostkami lodu za funta trzydziesci piec, bo najnormalniej w swiecie zapomnialo mi sie do owej szklanki wodki wlac...a wczoraj, hmm, wczoraj to juz przeszlam sama siebie. Stalo przy barze kilku panow w garniturach, zamowili browary, dali 10-funtowy banknot, wygrzebalam z kasy reszte, a pan macha reka i mowi: 'Reszty nie trzeba, wez to gdzies wsadz, nie wiem gdzie, gdziekolwiek to wsadzacie' (chodzilo mu o nasz kubeczek z napiwkami, ale nie powiedzial 'kubeczek' tylko uzyl zwrotu 'stick it somewhere, wherever you stick it') na co automatycznie poplynela z mojej strony zgrabna riposta 'in my ass?' Normalnie cala knajpa zatrzesla sie od smiechu, ja zamienialam sie w czerwonego buraka, natychmiast zalujac swojej niewyparzonej geby. No, ale przeciez taka odpowiedz sama sie nasuwa, nie? wsadz se gdzies- no gdzie? - no w dupe!

Kulturalniejszego barmana nie znajda w calym hrabstwie:)

poniedziałek, 02 października 2006
portret familijny

Zarobiona jestem i terminy mnie gonia;) Info o moich poczynaniach fotograficznych sie po wsi rozeszlo i ludzie o zdjecia nagabywuja. Dzis na przyklad, lece do czyjegos domu portret familijny produkowac. Facet- Angol, zona- Japonka i dwie sztuki dzieci. Przerazona odrobine jestem, bo nie mam pojecia jak wygladac ma ten 'family portrait'. Czy te dzieci nie pouciekaja? Mam traumatyczne wspomnienia co do zdjec rodzinnych (szczegolnie w plenerze), kiedys podczas sesji zdjeciowej 'familijnej' dzieciaki zaczely uciekac polna droga i trzeba je bylo gonic. Jedno sie schowalo w zbozu, a drugie zasuwalo biegiem, az sie kurzylo, dopoki nie zniknelo nam wszystkim z oczu. Sesja trwala ze 3 godziny, w tym 2,5 godziny poswiecilysmy na odszukanie potencjalnych modeli:) Potem sie towarzystwo rozryczalo i trzeba bylo je rozsmieszac, wiec kolezanka zamiast robic foty musiala kucnac w zbozu i udawac debila, tylko po to, zeby wywolac usmiech na twarzy dziecka:) Taa, pleneru sie zachcialo w stylu 'wiejska sielanka'.

Tym razem zamierzam zamknac cale towarzystwo w pomieszczeniu i nie wypuscic, dopoki pracy nie skoncze.