turystka na nieustających wakacjach
niedziela, 03 czerwca 2012
Granada - cz.1

Jak nie być ślepym w Granadzie czyli niezbędnik turysty (uwaga - nie dotyczy tzw. rasowych turystów wybierających się do hotelu z całodziennym wyżywieniem)

Przed wyjazdem do Granady kupiłam sobie jedyny dostępny na ten temat przewodnik w empiku oraz przejrzałam kilka „poradników” w internecie, żeby poznać odrobinę miasto, do którego zmierzaliśmy. Powiem tak – gdybym wzięła sobie to poradnictwo do serca i chodziła jeść, spać oraz zwiedzać tam gdzie napisali – kasa przeznaczona na cały tydzień skończyłaby mi się po jednym dniu, a poza Alhambrą zobaczyłabym wielkie g... dlatego też postanowiłam stworzyć swój własny alternatywny przewodnik po Granadzie - taki prawdziwy.

Relację miałam zamiar robić na bieżąco, jednak to co Hiszpanie nazywają ŁYFI nie działało nigdy i nigdzie tak jak trzeba:) więc nadrabiam luki czasowe z lekkim opóźnieniem.

O tym dlaczego biegaliśmy od kościoła do kościoła jak opętani czyli dziękujemy ci, Bono Turisticzku

Cały pierwszy rozdział poświęcę „bono turistico” (tzw. city pass). Jeśli zamierza się spędzić w tym mieście conajmniej 5 dni – warto zaopatrzyć się w taki karnecik. Oszczędzi się dużo czasu na stanie w kolejkach do kas biletowych, poza tym po przeliczeniu kosztów wszystkich wejściówek + biletów autobusowych, za które mielibyśmy płacić oddzielnie, wychodzi, że to dobry deal.

Pomimo problemów, które wynikły jeszcze w Polsce podczas zakupu tychże biletów przez internet, cieszę się, że zdecydowaliśmy się na ten krok. Sama trafiłam na bono przypadkiem szukając w necie informacji na temat biletów do Alhambry, a że info na stronie internetowej jest raczej ogólne, a pani w biurze mówi przez telefon solo espanol, dołożę więc garść informacji od siebie:

Atrakcje, jakie umożliwia nam zakup karty bono za 30 EUR (karta ważna przez 5 dni) to wejściówki do tych miejsc:

Alhambra, Katedra, Capilla Real, Parque De Las Ciencias, Monasterio San Jeronimo, Monasterio La Cartuja

oraz transport po mieście:

9 przejazdów lokalnymi autobusami

24 godzinna przejazdówka czerwonym piętrusem - autobusem:)

Z kartą bono można również doświadczyć szeregu upustów w niektórych sieciówkach, jednak nie zgłębialiśmy tego tematu, bo i tak nie zamierzaliśmy żywić się w Burger Kingu. Nie chodzi mi tu o jakąś awersję do fast foodów, ale w mieście, w którym robią najlepsze kebaby świata zjeść hamburgera w Burger Kingu to zbrodnia przeciw ludzkości. Nie wspominając już o tapas... ale o tym i o kebabach opowiem w osobnym rozdziale.

Prawda jest taka, że gdyby nie bono wcale nie poszlibyśmy do Katedry ani do klasztoru San Jeronimo (no bo po co wydawać po 4 euro żeby wejsć do jakiegoś kościoła, no nie?), ani do Science Parku (no bo po co wydawać po 7 euro żeby pojechać na drugi koniec miasta oglądać jakieś szkielety diznozaurów?). Gdyby nie bono, przegapilibyśmy największy fun ever w Granadzie (Science Park) i przekrój przez niesamowitą architekturę obiektów sakralnych, które oglądaliśmy z zadartymi do góry głowami (katedra jest ogromna) nie mogąc się nadziwić jakie to wszystko piękne. „ Żeby coś takiego zaprojektować trzeba być jakimś zajebistym Michałem Aniołem” - podsumowałam nasze kościołowe ekapady. Gdyby u nas budowali takie świątynie, może i bym się nawróciła;)

Bono umożliwia przede wszystkim wejście do Alhambry na wybrany dzień i godzinę, co jest istotne, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że bilety do Alhambry są limitowane i trzeba ja kupować z dość sporym wyprzedzeniem. Przyznam, że był to główny powód, dla którego zdecydowałam się kupić karnety „bono” – zależało mi na wejściu do Alhambry z samego rana, a bilety na poranne godziny były już od dawna wyprzedane. Szerzej o Alhambrze w kolejnej części, a także o Parque De Las Ciencias, bo miejsce to, dosyć pobieżnie opisywane w przewodnikach jest warte dokładniejszych oględzin.

Problema Impresion

Z duszą na ramieniu poszliśmy odbierać te nasze karty bono w Granadzie, bowiem nadal nie byliśmy pewni czy mamy te bilety czy ich nie mamy:) Pani „solo espanol” wykrzyknęła „bono problema” na nasz widok po czym galopem popędziła po koleżankę co język angielski nie jest jej obcy. Koleżanka biegła w językach po obejrzeniu naszej słynnej korespondencji z ich biurem (bo potwierdzenia zakupu dalej nie mieliśmy) oznajmiła „no problema” i zabrała się do drukowania kart. Po dłuższej chwili okazało się, że przydarzył się „komputer problema” więc odesłano nas na spacer i zalecono wrócić za jakiś czas. Po powrocie za ladą siedział już chłopak rozgarnięty w sprawach drukarki, a nasze karty czakały na odbiór i nie szkodzi, że mamy na nich wydrukowane „problema impresion” - wcale nie wydaje mi się, żebyśmy jakieś specjalnie złe wrażenie wywarli:)

nasze bilety odbieraliśmy w biurze przy Plaza Del Carmen

w oczekiwaniu na rozwiązanie "computer problema" oglądamy dziedziniec i klatkę schodową w sąsiedztwie biura

Info dla fotografistów – w Katedrze można robić zdjęcia (pani przy wejściu będzie instruować aby było bez flesza), w San Jeronimo można (czy z lampą nie wiem, bo takowej nawet nie zabrałam ze sobą do Hiszpanii), za to w ogóle nie wolno robić zdjęć wewnątrz Capilla Real. I siedzi tam pan, który bacznie pilnuje, żeby nikomu ręka się nie omsknęła na fotoaparat. Natomiast w Parque De Las Ciencias można robić dosłownie wszystko, łącznie z usg, graniem na fortepianie i uciekaniem przed tyranozaurem;)

kościół, ale jak się nazywa? nie wiem, zabłądziliśmy, trafiliśmy przypadkiem i jeszcze o początek mszy zahaczyliśmy:)

Katedra i okolice

wnętrza Katedry

klasztor San Jeronimo

c.d.n.


środa, 23 maja 2012
Granada - wstępniak

O tym dlaczego jechaliśmy windą z orłem...

O tym gdzie są najlepsze tapas w mieście i jak Hiszpanie nas paśli...

Oraz jak poili...

O tym jak dwójka niewiernych oglądało po kilka kościołów dziennie i nie można ich było z nich wygonić...

O niezwykłej hiszpańskiej kreatywności...

O "siedzę na koniu"

O tym dlaczego pewnego ranka na Gran Via zaparkowały traktory...

O nietypowych, hmm.. wekach...

O hiszpańskiej modzie...

O kotach w Alhambrze...

O zniewalającym zapachu kwitnących pomarańczy...

Ogólnie o Granadzie...

I o tym po co tam w ogóle pojechaliśmy...

Już niebawem

czwartek, 10 maja 2012
ubicacion
Jeszcze parę lat temu podróżowało się na tzw. wariata, wykazując zainteresowanie ewentualnym noclegiem dopiero na miejscu. Jednak od kiedy posiadam małżonka, którego w przeszłości sukcesywnie karałam atrakcjami noclegowymi typu: spanie na plaży, na dachu budynku, przerabianie fiata punto na przyczepę kempingową, staram się być bardziej odpowiedzialna i myśleć o innych. Z tego myślenia o innych wyłoniło się pierwsze kryterium przy poszukiwaniu noclegu, jakie mi przyszło do głowy: "żeby można było gdzieś w spokoju zapalić". Po chwili zastanowienia dodałam drugie kryterium: „żeby było blisko wszędzie i widok”. Nad trzecim nie musiałam długo główkować, bo było oczywiste: „tanio ma być i schludnie” czyli cheap shit z naciskiem na cheap a nie na shit.
Pomocne w poszukiwaniach okazały się rozmaite portale z wyszukiwarką noclegów, gdzie oprócz cen i podstawowych informacji można poczytać też opinie ludzi o interesujących mnie zagadnieniach. Po wstępnej selekcji i odrzuceniu bardzo podejrzanych miejscówek, a także tych, o których pisano, że karaluchy pod poduchą itp, oraz wszelkich klitek bez okna i balkonu (patrz kryterium nr 1) wyłoniłam swoje typy. Przy okazji wzbogaciłam swe języki obce dowiadując się, że „buena ubicacion” wcale nie oznacza pięknej ubikacji. Tknęło mnie, gdy po raz kolejny przeczytałam taki komentarz pod jednym z hosteli, głowiąc się, o co im  chodzi z tym kiblem??? Fajnie, że jest taki zajebisty, że wszyscy o nim piszą, no ale bez przesady - wszak jadę zwiedzać miasto a nie siedzieć w kiblu. Google uświadomiło mi, że buena ubicacion to żaden kibel, a po prostu „dobra lokalizacja”, więc przy okazji moje kryterium nr 2 nabrało mocy. Ostatecznie urzekł mnie taras na dachu pewnego hostelu w samym sercu Granady. Święty rezerwując pokój upewnił się, czy aby mamy dostęp do tego tarasu, zaznaczając, że my musimy ten taras mieć w najbliższym pobliżu, ponieważ „żona chodzi na papierosa co 15 minut”(co jest oczywiście kłamliwym pomówieniem)
Wygląda na to, że będziemy mieli gdzie spać – oprócz tego jest taras, jest widok, a jedyny zły komentarz o hostelu napisał jakiś Niemiec, w dodatku o imieniu Helmut więc się nie liczy. Helmutom nie wierzę (chyba że ma na nazwisko Newton;)
sobota, 05 maja 2012
majowe podprogi telewizyjne
telewizja szkodzi

Od czego by tu zacząć - może od tego, że złapałam podproga oglądając program "Kolosy Starożytności - Alhambra" na National Geographic. Zapatrzywszy się na gustowny sufit, który akurat mignął mi w telewizorze, pomyślałam, że koniecznie trzeba go zobaczyć z bliska.  I jeszcze sobie pomyślałam, że czas zmienić krajobraz przed oczami, chociaż na chwilę, bo tak dawno nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. I jak to w ogóle możliwe, że będąc parę razy w Andaluzji, zawsze omijałam Granadę szerokim łukiem.

faza planowania

Nienawidzę wycieczek zorganizowanych z biurem podróży i nikt mnie nie zmusi, żebym pojechała na wywczas all inclusive, chyba że po 70-tce. Kwestia lotniska w Lublinie jest nadal w fazie „będzie w 2012 a może w 2013”, więc trzeba się ratować lotniskami posiłkowymi. Padło na Kraków. Może nie jest to najbliższe sąsiedztwo, ale w Krakowie mieszka dawno nie widziana Jolanta, więc wakacje rozpoczną się o dzień wcześniej. Zakupiwszy bilety na trasę Kraków – Malaga, część organizacyjną uznałam za wstępnie zakończoną. Wstępnie – bo przydałoby się jeszcze czasem gdzieś spać w tej Granadzie no i zobaczyć to, co było moim natchnieniem na tą wyprawę – Alhambrę.

sułtańskie kłody pod nogi

Naiwnie myślałam, że aby wejść do Alhambry trzeba po prostu kupić bilet w okienku przy wejściu. Wygląda jednak na to, że to wcale nie taka prosta sprawa. Bilety na każdy dzień są limitowane, więc żeby nie ryzykować pocałowania bogato zdobionej sułtańskiej klamki, należy się zaopatrzyć w nie dużo wcześniej. Zdziwienie moje było ogromne, gdy na stronie z biletami odkryłam, że w okresie, w którym będziemy w Granadzie prawie wszystkie bilety do Alhambry są już wyprzedane, pozostały jedynie jakieś niedobitki na późne godziny popołudniowe, które mnie nie interesują, bo ja potrzebuję porannego światła;) do zdjęć i chcę tam spędzić cały dzień, już sobie upatrzyłam palemkę w ogrodach sułtańskich, pod którą będę odpoczywać:)

exceptionalmento loco

Szukając rozwiązania problemu natknęłam się na stronę z biletami „Bono Turistico”, których zakup umożliwia między innymi wejście do Alhambry, przy czym można sobie bez problemu wybrać dogodną datę wizyty. Jesteśmy uratowani – ucieszyłam się i dokonałam zakupu biletów przez internet. Pod koniec transakcji, zamiast potwierdzenia z kodem, które mam okazać w Granadzie, żeby odebrać bilety (tak, tak, nie można sobie ich normalnie wydrukować od ręki)wyświetlił mi się komunikat „zamknij” i strona powiesiła się w cholerę. Potwierdzenia nie ma, tajemnego kodu nie ma, ale co tam, pewnie przyślą mailem, skoro kasę z karty pobrali, pomyślałam naiwnie. Po kilku dniach oczekiwań napisaliśmy do instytucji odpowiedzialnej za sprzedaż biletów. Pani za biurkiem tam w Granadzie, używając specyficznego dialektu polegającego na dodawaniu do angielskich słów końcówki „eiro” (tak sobie wyobrażam że to pani)najpierw nas upomniała 3 razy, żebyśmy wpisali w formularz from the pajina” POPRAWNE dane. If you have tried rrellenar the questionnaire has to do with the same data I use when I make the purchase as the esccirbio”- dodała. Kurcze, nie mam innych danych personalnych, więc te co piszę muszą być poprawne, denerwowałam się, po raz 10-ty analizując dokładnie każdą literkę w moim nazwisku. Zła na cały hiszpański poziom chaosu posłałam kolejną prośbę o prostą odpowiedź – czy mamy te bilety czy ich nie mamy. W końcu po dwóch dniach pani się obraziła i przesłała kod dodając, że robi to „exceptionalmento”. Tajemny kod zdobyty. Czy faktycznie dostaniemy te bilety? - okaże się na miejscu.

poniedziałek, 16 stycznia 2012
boazerion destruction

Misja ”kuchnia” wstępnie ogarnięta. Efekt - zakwasy jak po meczu rugby, nieplanowany permanentny niebieski manikiur, ale za to powiało Skandynawią. Jednak nie wszystko poszło gładko i zgodnie z planem.
Po pierwsze - preparat do usuwania lakieru próbował usunąć mi również oczy, więc zrezygnowałam z tej techniki na rzecz tradycyjnych sztuk walki z drewnianą ścianą – atak na boazerię przy pomocy papieru ściernego.
Po drugie – chciałam granatowy sufit. Niestety zakupiona farba z kolorem „burzowa zima” okazała się „słodkim pierdnięciem niemowlaka w odcieniu wściekły niebieski” i po kilku maźnięciach pędzlem wpadłam w panikę widząc efekt. „Żeby chociaż trochę ciemniejszy był, to by się ta wścieklizna kolorystyczna nie rzucała w oczy” - lamentowałam. „Trzeba ratować sufit” - podjęłam więc drastyczną decyzję, by odrobinę zmodyfikować kolor dodając do niego odnalezione na strychu próbki z farbami. Pomimo ostrzeżeń Świętego, który próbował mi wytłumaczyć, że nie miesza się farb różnych producentów, w różnych kolorach, wpakowałam do słoika Gniew Oceanu, Royal Navy i szczyptę fioletu, zaprawiając nimi Burzową Zimę. Po energicznym wymieszaniu wszystkich produktów powstał kolor o nazwie GOPZWPP (Gniew Oceanu Powstały Zimą W Przypływie Paniki). Sytuacja sufitowa została opanowana. Nie można mieszać? Można:)

update*

Sytuacja poglądowa (już po malowaniu boazerii na biało, ale jeszcze przed działaniami artystycznymi mającymi na celu upiększenie/oszpecenie kuchni)

I czas na działania artystyczne:

Zdjęcie do zawieszenia nad kuchennym stołem (fotka cyknięta na wakacjach, rama odnaleziona w odmętach kuchennych rewolucji - za szafkami się ukrywała przez kilka lat) 

Kuchenny stół też padł ofiarą działań artystycznych...

i mały stolik, na którym robiłam eksperymenty zanim zdecydowałam się "popsuć" stół w kuchni

poniedziałek, 09 stycznia 2012
rokokoko w Maroko
 Nagle, po półrocznej ciężkiej harówie od rana do nocy, godzinach poszukiwania bielszego odcienia bieli, poprawianiu po kosmetyczce, księdzu i fryzjerce okazało się, że mam wolne. Sezon ślubny zakończony. Poczułam się dziwnie, nie musząc wstawać o 6 rano do komputera. W pierwszy wolny dzień kręciłam się po mieszkaniu poszukując jakiegokolwiek zajęcia zamiast cieszyć się możliwością odpoczynku. Święty mówi, że mam syndrom żołnierza po wojnie. Na drugi dzień wygrzebałam zaległe zdjęcia do obróbki, ale po kilku minutach okazało się że ja już nie mogę więcej patrzeć na zdjęcia. Alergię mam.
Zabrałam się więc za twórczość stolarsko-malarską. Wykorzystując pochopnie wypowiedziane przez Świętego słowa „Możesz pomalować drzwi od szafy w przedpokoju” (tak, tak, ja wiem, że trudno w to uwierzyć, bo ostatni wpis dotyczący remontu był z kwietnia, ale on dalej trwa...)zakupiłam zestaw do bejcowania w kolorze turkusowy błękit, żeby nadać drzwiom charakter z lekka marokański. To nic, że turkusowy błękit okazał się w międzyczasie seledynem sraczkowym. Wbrew kłodom rzucanym mi pod nogi przez producenta bejcy, który to prawdopodobnie powlewał do buteleczek losowo wybrane kolory nalepiając na wszystkich jednakową etykietę, pociągnęłam po seledynie niebieskim, poprawiwszy następnie własnoręcznie skomponowaną mieszanką kolorytyczną aż uzyskałam satysfakcjonujący mnie kolor, którego odcień zmienia się w zależności od rodzaju oświetlenia. Jest Maroko jak w mordę strzelił. Teraz rozmyślam nad zakupem drewnianych skrzyń z planem kreatywnego „popsucia” ich gustownym dekupażykiem marokan stajl. Wprawdzie nie wiem jeszcze jak, bo nie umiem, ale chęć nauki mnie rozsadza. Skrzynie będą stały na górnej półce zastępując pawlacze boazeryjne, których już nie ma.
W oczekiwaniu na zakup odpowiednich skrzyneczek, przyjrzałam sie krytycznie naszej kuchni, gdzie nadal króluje nieśmiertelna boazeria. W przedpokoju zerwaliśmy, ale kuchnia ocalała.
„Jakby tak pomalować to całe dziadostwo na biało to wyszłoby może tak trochę skandynawsko, świeżo i jasno” – myslałam głośno. „Ja nie chcę brać w tym udziału” - Święty popatrzył na mnie krytycznie.
„Jak zrobię dodatki granatowe to taki motyw przewodni marynistyczny trochę będzie, i ten obrazek od Karrin by pasował, wcale nie szkodzi że francuski, taki będzie skandynawian – frencz - maroko- marine stajl” - zaczęłam kombinować. Święty uciekł do swoich zajęć.
Zaopatrzywszy się w preparat do zdejmowania poprzednich warstw lakieru (śmierdzący jak cholera), szpachelkę, pędzel i farbę do drewna w kolorze „skandynawski szron” zabrałam się do roboty. Zobaczymy co wyjdzie...
niedziela, 02 października 2011
październik

Pierwsze było wilczydło, które ze względu na swój wiek powinno być groźne i mądre, a jest małym szczeniakiem zamkniętym w ciele dużego psa. Potem dołączył Borys - buntownik i ponury drapieżca, włóczący się po nocach.

Kiedyś Borys z kolejnej nocnej wycieczki przyprowadził Marysię

Marysia najpierw robiła nieśmiałe podchody, aż w końcu zaczęła przychodzić do Borysa "na noc" i tak już została na stałe. Po jakimś czasie okazało się, że Marysia wcale nie jest dziewczynką:) Ostatnio przypałętało się jeszcze jakieś małe, rude stworzenie i nikt nie miał sumienia go przegonić. Całe zoo doskonale się dogaduje, niektóre koty warczą po psiemu, niektóre tylko mruczą. Pies jeszcze nie miauczy ale nigdy nie wiadomo co będzie...

środa, 29 czerwca 2011
busy as hell

Przyznam, że zaniedbałam ostatnio bloga, wyjmę więc Magnusa śliwkowego z lodówki i napiszę chociaż parę słów, bo od zdjęć odrzut mam (hmm..ciekawe czy dlatego, że spędzam nad nimi jakieś 15 godzin dziennie od kilku tygodni, czy jest może inna przyczyna tej niechęci?) Z kwestii remontowych - jak wydłubaliśmy zimą tą boazerię, tak nadal tkwi wydłubana, a właściwie nie tkwi, bo jej nie ma, ale zastępnika żadnego też nie znaleźliśmy, więc sprawa ucichła. Już mi to nawet przestało przeszkadzać, przyzwyczaiłam się. Zresztą nie mam czasu się nad tym zastanawiać, bo ciężka harówa się zaczęła, terminy gonią, nadgarstek boli i pogoda nie chce współpracować, a ja ni cholery nie potrafię jej przewidzieć, co jest mi ostatnio wręcz niezbędne. Ale w każdej pracy jest też jakaś rozrywka, ostatnio na przykład miałam okazję obserwować puszczanie lampionów nad stacją benzynową:) Zostałam również zdekonspirowana na weselu przez jednego gościa, a moje metody pracy ujawniono:

gość: Ja Cię obserwuję i już widzę, że fajne foty będą, bo inaczej robisz niż normalnie

ja: To znaczy jak??

gość: No bo Ty wychodzisz z krzaków i nagle ... jeb ich wszystkich z zaskoczenia!

:)

niedziela, 10 kwietnia 2011
w tak zwanym międzyczasie...

Nadal nie mamy koncepcji na przedpokój, więc prace stanęły w miejscu. W międzyczasie Święty zapodał pomysł na kreatywne wykorzystanie resztek zdewastownej boazerii i wymyślił taką oto aranżację ściany na czas naszych przemyśleń "co dalej i w którym kierunku";)

środa, 26 stycznia 2011
uwaga! trwają prace budowlane

 W końcu dojrzeliśmy psychicznie do zmian. Na pierwszy ogień poszła łazienka, która z całym swoim rokokoko z lat 60-tych doprowadzała nas do szału. Z dziką satysfakcją obserwowałam jak Święty pacyfikuje różowo – bąbelkowe kafelki młotem pneumatycznym. „Żeby tak jeszcze przy okazji boazeria w przedpokoju odpadła niechcący” - zaciskałam kciuki. Nikt nie przewidział jednak małych szczegółów, które zmieniają całkowicie pojęcie o przeprowadzeniu takiej akcji. Po pierwsze - że remont to nie tylko wizja lepszego wyglądu pomieszczenia, lecz również – kłótnie i awantury o kolor płytek, gruz sypiący się na głowę, pył w zębach, nosie i pod klawiaturą, bieganie po sąsiadach za kiblem i prysznicem oraz tym podobne problemy logistyczne.

A zaczęło się od plaży nad oceanem. A właściwie od siedmiu luksferów w kolorze lazur, zakupionych pod wpływem chwili do zalepienia okienka pomiędzy kuchnią a łazienką.

"Może na podłogę ciemny brąz, jasny beż na ścianę, żeby powiększyć optycznie przestrzeń, a rurę na okrągło się oblepi mozaiką w barwach morskich" – wysnułam swoją wizję na głos, po czym spotkałam się z ogólnym oburzeniem Świętego, panów z ekipy i Wielkiego Szefa. „Gdzież niebieski z brązowym!” - zakrzyczeli mnie, więc się obraziłam. Przez kolejne dwa dni próbowałam różnych forteli usiłując przeforsować swoją wizję. „Jeśli morze i piasek na plaży ładnie wyglądają razem, a do tego molo jest ciemne to i w łazience będzie ładnie wyglądać” - tłumaczyłam, lecz nikt mnie nie chciał słuchać. Miarka się przebrała, gdy Święty w budowlanym markecie łaził za mną z facetem z obsługi przekonując do swoich racji, i tenże autorytet od kolorów pokazał paluchem na wściekle żółte kafle, mówiąc „O,takie ecru by pasowało”. O nie, żadni daltoniści bez wyobraźni nie będą mi się wtrącać do łazienki – strzeliłam focha i ogłosiłam kapitulację.

Na drugi dzień przyjechał Wielki Szef. „Wiesz co, ja przemyślałem ten pomysł i stwierdzam, że to będzie bardzo dobrze wyglądać” - wyparował od drzwi.

Na trzeci dzień Święty przy okazji oglądania płytek na podłogę przywlókł kawał niebieskiej mozaiki z drugiego końca sklepu, przyłożył i powiedział - „To mi się podoba, tak byłoby ładnie”.

„Jak chcecie to zróbmy brązową, mnie już wszystko jedno”- powiedziałam.

„Brązowa będzie nudna” - powiedział Wielki Szef

„Mnie się niebieska podoba” - powiedział Święty

„W końcu jakieś dobre połączenie, a nie zielony ze szlaczkiem jak u normalnych ludzi”- powiedziała pani w sklepie (czym sprowokowała mnie do przemyślenia słowa „normalny”)


Decyzje zapadły. Co wyjdzie – zobaczymy. Na razie wielki armagedon trwa...

***

update obrazkowy:

update sytuacyjny:

W sobotę wpadliśmy na genialny pomysł, żeby spacyfikować cholerną pomarańczową boazerię w przedpokoju. Święty od razu wyciągnął młotek i przeszedł do czynów. Zrobiło się jaśniej. Odkryliśmy gustowną tapetę w cegiełki na ścianie. Niestety nie odkryliśmy żadnych zakamuflowanych skarbów ani pieniędzy w słoikach po poprzednich właścicielach. Na razie żyjemy w stanie zawieszenia - boazeria już wydłubana do połowy (czasem któreś z nas podejdzie i walnie młotkiem w ramach ćwiczeń relaksacyjno - gimnastycznych), ale wizji na "co dalej" nie mamy jeszcze żadnych.



sobota, 18 grudnia 2010
na biegu

Mikołaj przyjechał w tym roku w międzyczasie. Na biegówkach. I przywiózł Sprocketa. O Sprockecie zwanym rakietą będzie poźniej, jak tylko odzyskam dowody strzelania z plastikowego pudełka, a o biegówkach...no cóż - trzeba było założyć, rozjeździć i nabawić się porządnych zakwasów.

Nie, żebym umiała jeździć, ale radocha jest pomimo braku umiejętności:) Sezon narciarski po lubelsku uważam za otwarty.

poniedziałek, 13 grudnia 2010
Szkocja, dzień dwunasty i trzynasty

Od rana szukamy po wsi działającej drukarki, żeby wydrukować bilety na powrót. Ostatecznie zmuszeni jesteśmy zapisać się do biblioteki publicznej, żeby skorzystać z komputera. Czas na pakowanie, pozbywanie się ostatnich blaszaków funciaków i zgrywanie 50 giga zdjęć. I czas na małe conieco

               ostatnia wieczerza przed wyjazdem

Szkocja żegna nas deszczem i chłodem. Odziana w grube skarpety, dżinsy i dwie bluzy nie wiem co ze sobą począć po wyjściu z lotniska w Warszawie (jakieś 32 stopnie ciepła). Szokiem termicznym kończymy wakacje.

Szkocja, dzień jedenasty

Portencross

Largs Yacht Haven (jak dla mnie - heaven)

I gdyby mnie siłą nie zabrali z tej mariny to pewnie bym tam została na jakiś miesiąc, dwa albo trzy lata. Już sobie gustowny katamaran upatrzyłam...

Largs

Szkocja- dzień dziesiąty

Irvine

wtorek, 30 listopada 2010
Szkocja, dzień dziewiąty

.

Nawet, gdybyśmy chcieli zostać dłużej, pogoda nie sprzyja biwakowaniu. Leje od dnia poprzedniego ciągiem i nie zanosi się na poprawę. W Tobermory nie ma campingu, więc parkujemy naszą "sypialnią" w centrum miasta - w porcie, pomimo zakazu. Nie ma tłumów, więc udaje się nam nielegalnie przespać noc w marinie bez żadnych problemów. Poza tym część nocy spędzamy w pobliskim pubie oglądając występ kapeli z sąsiedniej wyspy. Wartym odnotowania jest fakt, że koleś grający na dudach wyglądał jak z reklamy Marlboro (według Karrin) i nie widziałyśmy jeszcze nikogo, kto tak dobrze wygląda w spódnicy:) Co by chłopaki nie zagrali to i tak koncertowi towarzyszyły piski i ogólny ślinotok lokalnych dziewcząt. Taki frontman to prawdziwy skarb marketingowy dla zespołu.

powrót

Po raz kolejny lądujemy w Oban, jednak znowu tylko przejazdem, więc tradycyjnie już "strzelam przez okno". Miasto jest warte dokładniejszych oględzin, więc obiecuję sobie, że kiedyś tu wrócę.

Na trasie trafiamy przypadkiem na gustowną kapliczkę, w której poza nami nie ma żywego ducha (oprócz ducha Bruce'a)

                           c.d.n.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27