turystka na nieustających wakacjach
sobota, 27 listopada 2010
Szkocja, dzień ósmy

Isle of Mull

Porankiem ekipa uzupełnia niedobór kofeiny w organizmach, zwija cygański obóz i rusza na prom. A na promie najbardziej cieszę się z prądu:) bo w końcu mogę zgrać zdjęcia z aparatu i "uwolnić pamięć".

Za plecami Oban, przed nami wyspa Mull...

Jedziemy w kierunku Tobermory, po drodze mijamy wysyp hiszpańskich turystów ganiających po polu za krowami

Tobermory było dla mnie pechowe. Okazało się (po powrocie) że niechcący unicestwiłam cały folder z najlepszymi zdjeciami z miasteczka. Szkoda mi:(

Miasteczko było kolorowe, bajkowe, ale ...ciasne. "Jedźmy do Calgary" - zaproponował Jake.

                             Calgary Bay

Na długo po tym, jak przykleiła się do nas watacha pociesznych kojotów na plaży (każdy z innej parafii, ale głównie z tych "puniowatych") i zaraz po tym, jak na chwilę zaświeciło słońce nad zatoką, nadeszła burza

     

A podczas burzy ludzie różne rzeczy robią. Niektórzy obserwują deszcz z bezpiecznego schowka w samochodzie, inni idą góry zdobywać w ...gumiakach bez pięt. Konsekwencją nadmiaru świeżego powietrza i dzikich wrażeń był nagły powrót do miasta.

                              c.d.n. 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Szkocja, dzień siódmy
Road trip

Od sąsiadów z domu wyszedł Alan. „Fofasewyyylnajłeediinuu”- rzucił na powitanie zauważając Świętego. Święty zamilkł po czym uciekł w popłochu. „Nie śmiej się tylko tłumacz, co on właśnie do mnie powiedział”- zawołał do Jake'a, który zanosił się ze śmiechu obserwując całą sytuację przez uchylone drzwi. Wszyscy nadstawiliśmy uszy z zainteresowaniem... (specyficzny slang Alana od zawsze pozostawał dla nas tajemnicą)

The forecast says it will be nice weather this afternoon”

Załadowawszy do kampervana wszystkie możliwe niezbędniki, ruszyliśmy na północ.

"Jest na trasie taki pub, do którego przyjeżdżają motocykliści z siekierami za pasem, ubijają turystów i zakopują ich w lesie" - Jake zarzucił ciekawostkę. "Musimy koniecznie tam pojechać!!!" - wszyscy byli za.

                        The Drovers Inn

Pogłoski o motocyklistach z siekierami okazały się mocno przesadzone, w związku z tym bez uszczerbków na ciele i umyśle mogliśmy kontynuować naszą wycieczkę.

Oban

Pierwszy cel - fish & chips

Miasto obserwuję zza samochodowej szyby, bo nie ma czasu na zwiedzanie, musimy znaleźć jakąś miejscówkę na nocleg

Ganavan Sands (Cel drugi - kwaterunek)

Stacjonujemy na plaży z widokiem na zachód słońca. Mamy tu wszystko (oprócz prądu). Karty pamięci do aparatu znikają w zastraszającym tempie, trzeba zgrywać na lapka, którego nie ma gdzie podłączyć.

Jutro płyniemy na wyspę, którą widać na horyzoncie.

                              c.d.n.

  

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Szkocja, dzień szósty

Szkocję uwielbiam za niebo. I za chmury - zawsze można na nie liczyć.

Ardrossan, Saltcoats i okolice

                          Ardrossan

                           Saltcoats

Georgia On My Mind i scottish salmon

Przy okazji wpadamy do Jake'a mamy na kolację (szkocki łosoś, sałata i pieczone ziemniaczki wydłubane od Jake'a z ogródka + łakocie na deser) Na popitkę wino lub single malt do wyboru. I mogą mnie tak wypasać i poić codziennie. Nie mam nic przeciwko;)

Dom Margaret ma w sobie odrobinę magii...

 

Szkocja, dzień piąty

Hangover. Żeby załagodzić objawy przyjmujemy scottish breakfast. Na talerzu: usmażona kaszanka, jaja, kiełbacha, skwierczący bekon, tłuszczyk elegancko spływa po brodzie, plus plasterek pomidora dla równowagi. Do tego - uwaga: majonez extra light i keczup ze zredukowaną ilością soli:) żeby uciszyć wyrzuty sumienia. Potem idziemy na wieś do sklepu, żeby zaopatrzyć się w pomarańczowy płyn orzeźwiający. Bo na kaca trzeba wypić puszkę Irn Bru i człowiek jest jak nowonarodzony.

Po porannych rytuałach jedziemy do Muirshiel Country Park żeby wdrapać się na Windy Hill i zobaczyć czy nie skaczą z wodospadu. Niestety nie skaczą, bo za zimno.

poniedziałek, 26 lipca 2010
Szkocja, dzień czwarty

                      powrót do przeszłości

Z zakwasami po akcjach alpinistycznych wyruszamy do starej, dobrej, znajomej mieściny.

Lądujemy u Karrin w mieszkaniu z widokiem na krowy na wypasie i idziemy na obchód. A we wsi bez zmian. W pubie nadrabiamy wszystkie braki informacyjne, słuchamy najświeższych plotek i miejscowych sensacji. Rozpoczyna się quiz night, szybko formujemy ekipę i zgłaszamy udział. W międzyczasie Święty zapragnął lokalnej degustacji więc próbuje wypić wszystko z butelek i kranów. W quizie zajmujemy 3 miejsce, rozwaliła nas piłka nożna, zabrakło w drużynie jakiegoś porządnego kibica.

poniedziałek, 19 lipca 2010
Szkocja, dzień trzeci

              Scottish Highlands

Od rana zbieramy się do wyjazdu w góry, ja ciągle z nadzieją, że nie będą mi po nich kazali chodzić:) Nie nadaję się do górskich wycieczek. Ekipa próbuje mnie odziać w elementy stroju alpinistycznego, poszukując po okolicy obuwia w rozmiarze 39, które nie jest japonkami ani trampkami z dziurawą podeszwą. Wyposażona w białe adidasy na rzepy od syna sąsiadki z końca ulicy oraz przeciwdeszczową kurtkę i rękawiczki od mamy Karrin oraz dres z trzema paskami;) daję się wepchnąć do kampowozu i wywieźć w Highlandy. Jedziemy do miejscowości Rowardennan nad jeziorem Loch Lomond, aby stąd rozpocząć wyprawę na szczyt góry

Ben Lomond wznosi się na 974 m.n.p.m. o czym dowiedziałam się dopiero na drugi dzień, bo przez całą drogę mi kłamali, że "jeszcze tylko pół godziny i będziemy na szczycie" I dobrze, że kłamali, bo inaczej za cholerę bym tam nie weszła:) Pierwszy kryzys miałam po 10 minutach, gdy odkryłam, że już jestem zmęczona, a to dopiero początek. Zabrawszy ze sobą zabawki do cykania fotek, zajęłam się więc pstrykaniną i podążałam bezwiednie za resztą, starając się marudzić mniej niż zwykle. Gdzieś tam, w te chmury mieliśmy iść, ale nikt nie chciał mi pokazać palcem gdzie konkretnie, z przyczyn wiadomych.

Wyprawę rozpoczęliśmy w podkoszulkach, po godzinie zaczynamy zakładać na siebie wszystkie części garderoby, które wzięliśmy ze sobą. Robi się zimno, wieje silniejszy wiatr, momentami łapią nas przelotne deszcze. Próbuję się dowiedzieć, czy mają tu ichniejszy szkocki GOPR, co wyśle po mnie helikopter, w razie gdybym wymiękła w połowie drogi, ale kompania konsekwetnie mnie ignoruje.

             on top of the world;)

Mamy dosłownie 3 minuty na szybkie cyknięcie kilku fotek, ograbienie angielskiego turysty z tabliczki czekolady przez Karrin i musimy uciekać na dół, bo zbliża się ciemna chmura.

Drogę powrotną traktuję jak wybawienie (w końcu można zapalić, bo nie trzeba się wspinać ani chodzić na czworakach). Opóźniam zejście, bo przecież nie po to leciałam tyle  kilometrów, żeby zdjęć po drodze nie zrobić. Misję mam i tyle. A w dole widać Loch Lomond.

 

 

 

 

 

 

 

W końcu gdzieś, gdzie jest płasko. Przetrwawszy całą trasę bez większych uszczerbków na ciele, nie omieszkałam sobie skręcić kostki jakieś 100 metrów przed parkingiem. W końcu nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła, nie? Do Clansmana na spotkanie z naszymi Szkotami, którzy dobiegli tam wcześniej pędem, dowlokłam się wsparta na Robkowym ramieniu.

W nagrodę zasłużony pint of lager, a później "Lomond burger" z kopą frytek i do domu.

Szkocja, dzień drugi

Po ciężkiej nocy czas na dużą dawkę energii. Od tej pory witaminy zobaczymy tylko w telewizji, bo prawdziwe szkockie śniadanie to dużo tłustego, smażonego i ciężkiego, czyli popularny fry-up. Po takim śniadaniu człowiek może przechodzić cały dzień nie czując głodu. Zaznaczę, że na prezentowanym talerzu jest moja porcja, czyli minimalna (normalnie nie jadam śniadań), reszta ekipy wchłonęła dużo większe dawki...

Z rana skanujemy mieszkanie po imprezie próbując zrobić bilans zysków i strat. Straty - większość płynnych zapasów odeszła w zapomnienie, zyski (chociaż nie wiem czy ich do strat nie zaliczyć) - dwóch niedbitków poimprezowych - jeden na salonowej kanapie, drugi w kampowozie zaparkowanym na ulicy oraz znaleziona para dresów (a właściwie ich pozostałości) wyglądających jak po okrutnej walce.

Za oknem wichry i deszcze, wycieczki nam nie w głowie, więc jedziemy z Karrin do Glasgow na zakupy. Po 4 godzinach szwędania się po mieście, próbuję przemknąć do pokoju na górę niewidzialna, ukrywając wypchane siaty przed Świętym. Nie udaje się:)

c.d.n.

Szkocja, dzień pierwszy

(everywhere you go always take the weather with you)

Właściwie powinnam napisać dzień 0, bo dzień pierwszy objął dwa dni. W związku z "rewelacyjnym" połączeniem autobusowo-kolejowym pomiędzy Lublinem a Warszawą pierwszy etap podróży rozpoczęliśmy przed północą wyruszając do stolicy własnym pojazdem, aby go następnie porzucić na jednym z okołolotniskowych parkingów i dotrzeć na Okęcie. "Popatrz sobie uważnie na słońce i zapamiętaj jak wygląda, bo przez najbliższe dwa tygodnie nie będzie szans na taki widok" - poradziłam Świętemu. Szkocja przywitała nas chłodem, wiatrem i mało pozytywną prognozą na najbliższe dni. Jake przywitał nas prezentacją zapasów na wspólne wakacje...

i zapowiedzią grilla, na który zaprosił najbliższych sąsiadów

W ogródku przywitały nas kury (rasa: no fear), którym niestraszne ucieczki, rozmowy z ludźmi, ani noszenie na rękach przez dzieciaki z sąsiedztwa.

 

Podczas, gdy na zapowiedzianego grilla zaczęła napływać nadprogramowa, niekontrolowana liczba gości, przez miasteczko przeszedł marsz oranżystów.

A na ogródku sąsiedzi dawali popisy akrobatyczne

Druga doba bez snu, a u Jake'a na imprezie połowa miasteczka i przedstawiciele okolicznych wsi, Pink Floyd w wersji gitarowej, na grillu szaszłyki z krewetek, hinduskie placki i kiełbasa śląska. Wymiękliśmy o północy próbując zapaść w sen, aby zebrać siły na dzień kolejny.

c.d.n.

piątek, 18 czerwca 2010
I'm still alive

Zapuściłam tego mojego biednego bloga, aż mam wyrzuty sumienia, że nic nie piszę. A nic nie piszę bo się w końcu za uczciwą robotę wzięłam, stworzywszy sobie samej stanowisko pracy, więc udzielam się teraz jako swój własny kierownik i robol zarazem. Takie połączenie może nie jest najlepsze w moim przypadku, bo kiedy kierownik wydaje polecenia, robol często odmawia posłuszeństwa, gdyż pojęcie „samodyscyplina” nie leży w jego naturze. Trzeba go będzie na jakieś kursy doszkalające w tym kierunku wysłać;) Firma rozwija się na bazie niczym niezmąconego optymizmu, abstrakcyjnych wizji, wydumanych pomysłów oraz poczuciu szczęśliwości, że jest się czym bawić (i nic mnie nie powstrzyma) Przy okazji ta zabawa zajmuje większość wolnego czasu (czym jest do cholery „wolny czas”?) więc na grafomańskie poczynania już go nie wystarcza. Poza tym gdybym miała opisywać ostatnie działania, musiałabym wspomnieć o drewnianym kiblu na billboard, o bóstwie w złotym audi, o Tadż Mahalu, o dwudziestu kolesiach w lajkrowych gatkach, o pannie młodej co ją barszczem czerwonym polali , o cudownym odkryciu Wampirzyc...a nie mogę bo to wszystko jest tajemnicą handlową, a w szczególności już Wampirzyce trzymam w tajemnicy przed światem.

Pierwsze pół roku tego wariactwa za mną, więc uznawszy, że zasłużyłam na nagrodę, wyruszam niebawem na północ odetchnąć świeżym powietrzem i zobaczyć starych, dobrych znajomych z kraju dzikich pum i różowych gumiaków.

stay tuned


piątek, 09 kwietnia 2010
na tropie manekinów

Jezuuu, jak ja się nie umiem ubrać! Najgorzej jest, gdy trzeba skompletować jakieś odzienie gustowno-wizytowe. Właśnie nadszedł ten czas...Za tydzień idę na ślub, wprawdzie do roboty idę, a nie rosół jeść i wódką zakąszać, ale w dresie przecież nie polecę, bo mi ksiądz legitymację wjazdu do kościoła anuluje. Święty Robek już zna moje zdolności do kupowania rzeczy, które oddzielnie są może i ładne, ale w kupie kompletnie do siebie nie pasują, więc wymyślił taki oto system: "Ty weź przejdź się po sklepach i obserwuj manekiny na wystawach. Jak ujrzysz takiego, który ładnie jest przyodziany, to leć do sklepu i bierz wszystko identyczne co na tym manekinie. Jak jemu wszystko pasuje, to i tobie musi."

sobota, 20 marca 2010
leć, Adam, leć!
Dawno sobie krzywdy nie zrobiłam, więc to już był najwyższy czas, by nadrobić zaległości. I wcale nie potrzebuję sytuacji ekstremalnych, żeby nabawić się kontuzji, wystarczą mi zwykłe warunki domowe. Czy to zwykły pech, czy też wrodzona zgrabność słonia powoduje wszelkie moje urazy, tego nie wie nikt, jednak zgłoszę się na casting, gdy będą kręcić remake "Pechowca". A wszystko przez statyw na podłodze (kto go tam położył?!) Schodząc z łóżka (na którym stałam, a nie siedziałam) kątem oka go zobaczyłam i w ułamku sekundy wykonałam skomplikowany ruch stopą w powietrzu, żeby na niego nie nadepnąć. (Czy ktoś sobie zdaje sprawę, jak ciężkie jest opowiadanie takich historii chirurgowi na pytanie "Jak to się stało"?:) Wtedy cała moja osoba zmieniła trajektorię lotu i zamiast wylądować stopą na podłodze, zaczęła kierować się ku podłodze...twarzą. Widząc przed sobą zbliżającą się powierzchnię płaską wykonałam kolejny skomplikowany manewr podpatrzony w telewizji na turnieju skoków narciarskich. Jednak telemark mi nie wyszedł. Runęłam z hukiem na podłogę jak worek z kartoflami. Efekt - rączyna na temblaku przez następnych kilka tygodni, bo bark się zepsuł, wybity palec u nogi i ręki (po jednej sztuce) oraz gustowne fiolety na kolanach. Pozytywy - znowu jestem zwolniona z obowiązków domowych typu mycie garów po obiedzie. Negatywy - ta ręka jest mi raczej potrzebna. Morał - Adam Małysz jest tylko jeden, nie próbuj go naśladować.
09:42, lacorsa
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 lutego 2010
Miś 3

W urzędach są zawsze jaja. Najlepsze były kiedyś w skarbowym, gdy pani za biurkiem kazała mi wypełnić druczek, pójść korytarzem w prawo i do końca i wrzucić go do skrzyneczki na drzwiach, a na moje pytanie, kto te dokumenty później wyjmuje z tej skrzyneczki odpowiedziała: "Jak to kto? no ja przecież!"

I nigdy nie zrozumiem, dlaczego nie mogłam tego papierka jej zostawić na biurku, żeby nie musiała tym korytarzem po niego lecieć.

A dziś poszłam do miejskiego z jedną małą sprawą do załatwienia. Pokój, do którego dostałam wezwanie zamknięty był na klucz. Pewnie poszła po koleżankach, myślę sobie, więc zastukałam do pokoju obok. Pan, który tam urzędował udzielił mi informacji, że on nie wie, bo tak samo mógłby pójść do mnie do domu i pytać gdzie jest moja sąsiadka, a ja bym nie wiedziała, bo może ona poszła na zakupy. Trochę mnie to porównanie zastanowiło, bo przecież moja sąsiadka nie ma tabliczki na drzwiach, że urzęduje od 10 do 14. Ale w międzyczasie nastąpił przełom, drzwi obok trzasnęły, więc pożegnałam miłego pana i zastukałam ponownie pod drzwi docelowe. Bezczelnie pozwoliłam sobie zaglądnąć do środka i usłyszałam: "Wyyyyyjść! Proszę wyjść! Ja zdenerwowana teraz jestem! Od lekarza wróciłam!" Wypchnięta tym okrzykiem za drzwi usiadłam na krzesełku by powoli dojść do siebie i uszczypnąć się w rękę, celem sprawdzenia, czy mi się śni, czy ja faktycznie siedzę w urzędzie miasta. W efekcie sprawę załatwiałam u innej pani, do której w międzyczasie przyszła koleżanka z jakimś papierkiem do reklamacji. Jak tylko drzwi się za nią zamknęły, pani nie wytrzymała. Wzniosła ramiona ku niebu i huknęła: "Ja już żygam tą biurokracją!"

:)))

Jaja, co nie?:)

A koleżanka mówi, że teraz w urzędach się już nie robi paznokci przy petencie, tak jak kiedyś, tylko zajada śledzie typu matjas. I ja jej wierzę. Bo w urzędach są zawsze jaja i jest fajnie.

piątek, 29 stycznia 2010
cytat miesiąca

"Nie lubię pić drinków, bo po sokach brzuch boli"

        (sąsiad o wyższości czystej wódki nad mieszaną)

czwartek, 31 grudnia 2009
Sylwester z nutką klaustrofobii

Miesiąc temu ktoś poruszył temat Sylwestra. No bo przecież trzeba ustalić gdzie, co i jak. "Eeee, w tym roku bez sensu będzie, bo albo w ciąże pozachodzili, albo dzieci nowe porodzili, albo się wyprowadzają, we czwórkę tylko zostaniemy" - kolega podsumował ewentualną listę zainteresowanych. Pozostał wybór miejsca. "Jak tylko te kilka osób będzie, bo może jeszcze ktoś wpadnie to róbmy gdziekolwiek, może być i u nas" - wyjechałam z propozycją. Temat ucichł na dwa tygodnie po czym powrócił rykoszetem ze zdwojoną siłą. "Będziemy dojeżdżać na zmianę"- ogłosiła Agata-od-nowych-dzieci. Ucieszyliśmy się, że będzie nas więcej. "Co robicie w Sylwestra? Może wpadniecie do nas?" - zadzwoniła z zapytaniem Marlena-od-zachodzenia-w-ciążę. "Ciężko będzie, bo u nas w domu trwa jakaś organizacja, wpadnijcie do nas"- zaproponowałam. "Przyjedzie jeszcze moja koleżanka no i dwoje znajomych" - Rene przyniosła najnowsze informacje. "A poza tym bratu powiedziałam, bo się pytał, może też przyjdzie ze swoją dziewczyną" - dodała. Natomiast Święty Robek oznajmił, że kolega Michał też będzie obecny, a nawet przyjdzie z nową tajemniczą madmłazel. Cypek-od-wyprowadzania-się zadzwonił nagle z technicznymi zapytaniami, bo przecież on nigdzie nie wyjeżdża, też przyjdzie wraz ze swoją przyczyną wyprowadzki.

Dwa dni temu usiadłam i policzyłam na palcach, których mi zbrakło w obu rękach. Posłużywszy się dodatkowym liczydłem w postaci palców u nóg wyszło mi coś ponad 16 sztuk ludności. Hmmm...wszystko fajnie, tylko gdzie oni się pomieszczą? "Trzeba w jakiś sposób naturalny zwiększyć metraż, przecież nie wybijemy dziury przez ścianę do Mariana, żeby mieszkanie powiększyć" - napomniałam Świętego Robka. "Meble wyniesiemy, szwedzki stół na parapecie się zrobi i po krzyku" - Robek spojrzał na problem optymistycznie.

Przedwczoraj sąsiad też wyszedł z inicjatywą wspólnego Sylwestra. "Tańce możemy na strychu zrobić, palarnia będzie u nas, a jak sąsiadów spod siódemki włączymy w temat to i na klatce schodowej możemy nawet balować" - Marian wykazał się nieograniczoną wyobraźnią. "To my w takim razie przyjdziemy i weźmiemy ze sobą 3 koleżanki Lidki" - dodał i poszedł gotować czerwony barszcz. "To już zrób taki gar na 20 osób" - poprosiłam.

Jakby ktoś miał w życiu problem, jak upchnąć 20 osób w pokoju o wymiarach 5/3 m, to ja na wszelkie pytania i wątpliwości chętnie udzielę odpowiedzi i posłużę dobrą radą. Jutro. Bo jutro będę bogatsza o nowe doświadczenia:)

08:55, lacorsa
Link Komentarze (5) »
środa, 25 listopada 2009
fryzjer z pasją

Do długich włosów jakoś nigdy nie miałam cierpliwości, bo albo drastycznych zmian nagle mi się chciało, albo człowiek eksperymenty urządzał na głowie a potem maszynką zmuszony był interweniować i golić glacę na łyso, albo trafiał na fryzjera z konkretną wizją. Tym razem miało być inaczej. Będę zapuszczać włosy - postanowiłam. Dam sobie podciąć zniszczone końcówki i do lata będę już mogła warkocze kręcić. Pozostało pójść do fryzjera, żeby się tym profesjonalnie zajął. Trafiłam na fryzjerkę z pasją...

Pasją pani Elwiry jest cięcie. Jak się dorwała do nożyczek to nie potrafiła się opanować, z szaleńczym błyskiem w oku cięła, cięła, cięła..."Co tam pani tak szaleje pani Elwiro?" - zapytałam zaniepokojona, bo Elwira jak stanęła mi za plecami i odwróciła razem z krzesłem od lustra (żeby jej było wygodniej) tak nie chciała stamtąd wyjść. "Ja tu troszkę muszę podcieniować no i te końcówki, tak jak sie umówiłyśmy" - uspokoiła mnie. Chlast, chlast, chlast. "I grzywki odrobinę wytniemy, żeby się lepiej układało, dobrze?" - podleciała do przodu i zanim wydusiłam z siebie odpowiedź up.....a mi nad oczami jednym chlaśnięciem. "Bo ja mam wizję"- wytłumaczyła, likwidując jednocześnie to co zostało i jeszcze nadawało się do obcięcia. Następnie z bólem serca odłożyła narzędzie zbrodni zabierając się za końcową fazę (modelowanie), jednak po chwili uznawszy, że to nie to, złapała znowu za te nożyczki, aby poprawić efekt końcowy.

A efekt końcowy jest taki, że z włosów do ramion zostało mi po parę centrymetrów w każdą stronę (bez grzywki, bo ona jeszcze krótsza) Wyglądam jak za starych dobrych czasów w podstawówce, kiedy miałam fryzurę "od rondla". "Trochę jak średniowieczny bohater" - podsumował Święty Robek. "Założysz płaszczyk, koronę uroków, zbroję elfów, łuk, nabędziesz doświadczenia i możesz robić za bohatera w Heroes of Might and Magic"

Póki co poziom chaosu mam w stopniu mistrzowskim.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27