turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 16 listopada 2009
skarb

Strych służy głównie do zagracania a nie na odwrót. Rzeczy, które tam magazynujemy w założeniu mają się kiedyś przydać (magiczne słowo) a prawda jest taka, że cała ich niezbędność polega na tym, że nie potrafimy się z nimi rozstać drastycznie, wywalając na śmietnik. Nigdy więcej tych gratów nie zobaczymy, chyba że...ktoś kiedyś przypadkiem je odkryje. Mój strych skrywa pudła z książkami, stare numery National Geographic, rudą perukę, powiększalnik, 3 kuwety, kilka par dżinsów, w które na pewno kiedyś się zmieszczę;), słoiki po ogórkach oraz wiele innych gadżetów niezbędnych do życia. Ostatnio przypadkiem odkryliśmy, że skrywa również coś innego... W najciemniejszym kącie stało wciśnięte zakurzone stare pudło, a w nim ukryty leżał skarb. Ucieszyłam się jak małe dziecko, bo bardzo lubię skarby wydłubywać z ciemnych zakamarków, rozbebeszyłam pudło i wyniosłam na światło dzienne - skarby dawnych mieszkańców, o których wiem tyle ile powiedziała mi zawartość pudła... 

 

niedziela, 18 października 2009
digital smoker

Wypatrzyliśmy ten wynalazek przy okazji, a Święty Robek zatargał mnie za ucho do stoiska, żebym się zainteresowała, bo to taki papieros na niby, więc normalnych może bym nie paliła. Zmienił zdanie, gdy ujrzał cenę, więc w domu skonstruował mi substytut zawijając latarkę w papier toaletowy. "Idź teraz do kuchni, odpal czajnik, nachyl się z tą latarką i będziesz miała e-papierosa" - zapodał instrukcję obsługi:) Nie rzuciłam się mu na szyję z entuzjazmem, więc przemyślał sprawę jeszcze raz, przekalkulował i po tygodniu rzucił hasło: "Jedziemy ci kupić profesjonalną latarkę". Sama byłam ciekawa jak działa taki e-papieros i czy choć trochę będzie przypominał prawdziwą fajkę, więc wykazałam szczerą chęć i zadeklarowałam kolejne rzucanie palenia - tym razem "na latarkę". Cała radość polega na tym, że z tego sztucznego niby - papierosa leci para, która wygląda jak dym. Do mnie to przemówiło, o 2 fajkach przez cały dzień wytrzymałam bez specjalnego "wytrzymywania". Wprawdzie zaciągając się tą elektroniczną fajką wciągam nikotynę, ale już bez substancji smolistych co oznacza, że nie ma smrodu i palę legalnie w domu, zamiast wysiadywać na balkonie w deszczu, śniegu i gradobiciu. I jeszcze tylko muszę sobie wmówić, że "prawie nie robi wielkiej różnicy..."

poniedziałek, 17 sierpnia 2009
podchełmskie klimaty letnie

Tereny nadburzańskie chodzą za mną już od miesięcy. Obsesję jakąś mam. Wyszukałam nawet na necie gustowną obórkę pod granicą białoruską przerobioną "pod potrzeby turystów" próbując zagonić do niej Świętego Robka w miniony weekend. Nie udało się, ale za to ruszyliśmy trasą w stronę Chełma relaksować się na tamtejszych plenerach

    

Jeziorko jakieś było w okolicy, które kusiło czystą wodą, ale pływać się w nim nie dało bo woda zimna jak lód. Weszłam nawet, zanurzyłam się po uszy, ale dostałam zawału i wyszłam natychmiast. Ekipa towarzysząca postanowiła zmienić plan działania, opuścić jezioro, w którym nie da się pływać, pojechać "do bazy", zasiąść na werandce i poczekać, aż teściowa nasmaży kotletów schabowych. Plan genialny, jadnak wykonanie przerosło nasze możliwości. Stacyjka w samochodzie powiedziała "dalej już nie pojedziecie" i nie chciała reagować na próby przekręcenia kluczyka. Zostaliśmy uziemieni, zdani na łaskę mechanika, który ryby łowi 20 km dalej, ale obiecał, że za jakieś 2 godziny przyjedzie nas uratować. Zapasy żywnościowe przedstawiały się następująco: 3 gruszki, paczka paluszków solonych, pół paczki fajek oraz jakieś dwa litry wina stołowego. Jeżeli zaprzyjaźniony specjalista uznałby, że na tych rybach zostanie do końca weekendu, postanowiliśmy napaść na stoisko z kiełbaskami, które grillowane były w pobliżu.

    

   Z parkingu mieliśmy elegancki widok na panoramę Chełma

    

               Prowiant znikał z upływem czasu

W pobliżu odbywały się mecze piłki nożnej pod wezwaniem "Turniej Dzikich Drużyn o Puchar Wójta Gminy Chełm"

    

    

    

     

    

drużyna ze Strupina vs drużyna z Pokrówki (chyba, że informator mi nakłamał;)

    

Walka była zacięta i miałam nadzieję obejrzeć rzuty karne, jednak w drugiej połowie dogrywki przyjechał ratunek ze śrubokrętami i nie wiem jaki był wynik końcowy. Specjalista od połowów ryb oraz reperacji samochodów wydłubał elegancko stacyjkę oraz inne przedmioty i zademonstrował, jak jechać bez tych zbędnych urządzeń:)

    

                         Święty odpala rakietę

    I tak, z dziurą zamiast stacyjki i przy pomocy śrubokręta ruszyliśmy w drogę.

    

    

    

    

    

    

    

    

    

czwartek, 30 lipca 2009
dekoracja lordozy

W wolnej chwili znalazłam sobie nową rozrywkę - statystyki z google. Niesamowite są potrzeby, dla jakich ludzie wchodzą na mojego bloga. Po pierwsze: gumiaki. W sprawie "gumiaków na każdą okazję" mam największą ilość wejść. O drugie miejsce biją się "największe cycki świata" oraz "jak schudnąć 5 kilo w 3 dni". Podobno po wpisaniu "jak nie urok to sraczka" też można łatwo odnaleźć mojego bloga, czemu się wcale nie dziwię, ale żeby go znaleźć poprzez "bujne owłosienie łonowe" czy też "jak udekorować hulajnogę" tego już doprawdy nie rozumiem:) O ile "zniesienie lordozy u kierowców" czy "relanium przed egzaminem na prawo jazdy" jest dla mnie do przyjęcia tak nie czaję kwestii "robimy kwietniki ze sznurka" bądź "owsiki a miłość francuska". Moje ulubione kwiatki to "odwyk nikotynowy irlandia", "ramka z czarną pumą", "przepis na kaca", "wentylacja land rovera", "wskrzeszanie umarłych" i hit dnia, czyli "złapana na sraniu w ukryciu":))) Normalnie jakby nie mogli wpisać czegoś w rodzaju "lilia wodna" czy "frezją pachnąca" tylko o sraniu, kacu i dekoracjach lordozy. A może czas zająć się pisaniem specjalistycznych poradników na powyższe tematy?

***

Odbiegając od kwestii statystycznych pisać mi się nie chce przez letnie lenistwo i sezon ogórkowy. Sezon ogórkowy należy rozumieć w tym sensie, że kiszę się w Lublinie przez całe lato, nigdzie nie wyjechawszy. Nudy nie ma, wręcz przeciwnie, ale tęsknota za oceanami i innymi rzeczułkami narasta...

Ale... jak się nie da do wody, to da się w powietrze, we wtorek ponoć mam latać szybowcami.

środa, 01 lipca 2009
krótki długi tydzień

 

Zasadzka na pekaesie


Wiedziałam już o tym od miesiąca, ale miał być top secret, więc nie pisnęłam słówka. Czekamy ze Świętym na pekaesie, aż bus z Wawy dotrze na miejsce, a mnie już skręca z tych tajemnic w środku. Palę jednego za drugim, przebieram nogami, nie mogę się doczekać. W międzyczasie okazuje się, że stoimy nie tam gdzie trzeba, bus podjechał od dupy strony, dostaję smsa od Karrin, że już czeka. Biegniemy przez cały dworzec, Święty przodem...Cholera, nie leć tak, bo muszę zobaczyć twoją minę, jak ujrzysz niespodziankę - chcę krzyknąć za nim, ale... nie mogę... top secret przecież. Karrin stoi z tobołami, wita się z nami, aż tu nagle z krzaków za przystankiem wyskakuje Jake - kolega nasz szkocki, niespodzianka dla Świętego, który nawet się nie spodziewał, tylko myślał biedny, że z dwoma gadatliwymi babami przyjdzie mu cały tydzień spędzić.

Kazimierz - folki

 Karrin już od roku jęczała za festiwalem folkowym w Kazimierzu, więc trzeba było zabrać tyłki w troki i ruszyć w trasę. Po drodze odkryliśmy, że nasz samochód to dwuosobowe coupe (bo amortyzatory siadły i pocieramy brzuchem po ziemi, jeżeli pasażerów jest więcej, nie mówiąc już o dwóch zgrzewkach piwa na tylnym siedzeniu)

Nasi turyści wszędzie widzieli sławnych ludzi. Upierają się, że przyuważyli: Księżniczkę Monaco, Silvio Berlusconiego, księcia Harrego który łódką pływał po Zalewie Zemborzyckim oraz Gordona Ramseya z harmoszką zamiast kuchennego noża. Od razu mówię, że to nie kwestia udaru słonecznego, bo takowego nie uświadczyliśmy przy obfitych deszczach i burzach. Prędzej od pioruna.

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

mała krówka, którą zobaczyliśmy z daleka okazała się bobrem

    

        psu się znudziło oglądanie telewizji satelitarnej

    

    

zaprzyjaźniony sąsiad, który zdradził swego pana na rzecz kiełbasy z grilla

    

    

    

    

    

       a ja jak zwykle zdjęcia sama sobie musiałam robić

piątek, 19 czerwca 2009
Karrin is back

W ubiegłe wakacje zdradziła Polskę dla tureckich plaż, ale za to już niebawem powraca, żeby narobić zamieszania, pojeść schabowych kotletów i popić je gorzką żołądkową;) Tak, ta sama Karrin od  czarnej pumy  , wchodzenia do domu przez lufcik i wracania nad ranem w za dużych o 8 rozmiarów portkach, czyli girl-next-door, moja ex-sąsiadka. Już podobno spakowana, zaopatrzona w manual podróżnika, czyli podrukowane kartki z dwoma zdaniami po polsku, jedna dla taksówkarza na lotnisku "Proszę mnie zawieźć na busa do Lublina" a druga dla kierowcy busa, żeby ją wysadził na końcowym:) Piwo sobie już sama potrafi zamówić (Pint of Zajłik, please) więc innych podręcznych rozmówek angielsko - polskich jej nie trzeba. Jak nic nie namiesza i nie pomyli kartek to szczęśliwie dotrze tu we wtorek wieczorem. Nie muszę chyba mówić, że nie mogę się doczekać, bo nie widziałyśmy się już dwa lata, ale i tak powiem. Fotoreportaż turystyczny już niebawem.

czwartek, 18 czerwca 2009
ogłoszenia parafialne

Trochę (ale nie całkowicie) przeprowadziłam się  tu

Lokalny patriotyzm mi się włączył najwyraźniej, a może to kwestia niedoboru światła słonecznego...Od teraz co lubelskie niechaj zostanie w  Lublinie  a reszta spraw ważnych dla ludzkości będzie oczywiście wałkowana tutaj.

sobota, 13 czerwca 2009
z kamerą wśród zwierząt

   

                       z życia tygrysów

   

   

                               wilki jakieś...

   

                           poduszkowce

   

              i na koniec  trochę lokalnej roślinności...

czwartek, 04 czerwca 2009
najnowsze niusy

Dawno mnie tu nie było, ale przepływ informacji musi być więc robię update sytuacyjny:

1. Do szkoły chodzę, gdzie próbują mi wpoić twarde zasady biznesu oraz uczą, jak narysować portret koledze bez patrzenia na kartkę i ołówek

2. Święty Robek staranował rowerem samochód, ale już się z ran wylizał

3. Obrodziły truskawki

4. Wszyscy gdzieś wyjeżdżają oprócz mnie (Brazylia, Tunezja, Szwecja- Grecja. Niech mnie ktoś z Karaibów na przykład adoptuje! Za stara na adopcję? Mogę kamienie na plaży przed domem układać we wzory geometryczne w zamian za wikt, opierunek i bilet lotniczy bez międzylądowania na Atlantyku

5. Idziemy dziś na Comę bo gra

niebawem update obrazkowy

poniedziałek, 20 kwietnia 2009
wiosna nasza...

    

    

    

    

    

    

wtorek, 14 kwietnia 2009
opona gate
 who are you...


Walka na podwórku o miejsca parkingowe zaczyna już przypominać tani serial sensacyjny. Na pytanie „kto przebija opony” mógłby odpowiedzieć tylko Gil Grissom z CSI Las Vegas. Ale, że mamy tu Las Lublinos zamiast Vegas trzeba sobie radzić samemu stosując ogólnodostępne techniki szpiegowsko – detektywistyczne. Bilans ostatnich dni to dwie przebite opony - jedna w sąsiadowym samochodzie, druga w naszym. „Teraz kolej na Lidkę, bo jej jeszcze nie przebili”- rozmyślam na głos. „Spadaj, ja nie chcę”- obrusza się sąsiadka. „Nie marudź, mniejsze opony są tańsze, trzeba wystawić tą twoją rakietę na podpuchę, przyczaimy się, zobaczymy kto i go wtedy dopadniemy, a tak wogóle to dobrze, że zimówkę mi przebili, z tyłu były letnie, dobry chłopak, mógł przecież letnią przebić”- podsumował Święty Robek. „Ja też jeszcze na zimowych jeżdżę, to może niech mi przebiją, będzie motywacja żeby wymienić”- zgodziła się Lidka.

Obrady stanęły na podjęciu decyzji, że należy jak najszybciej ujać sprawcę, w przeciwnym razie czeka nas rychłe bankructwo spowodowane aferą oponową. Święty Robek podłapał paranoję i nie spał przez dwie noce, albowiem instynkt łowcy kazał mu wyglądać przez okno co 10 minut, żeby przyłapać bandytę na gorącym uczynku. Ja założyłam natychmiast teleobiektyw na fotoaparat- „Skoro nie pozwalacie mi strzelać przez okno z wiatrówki ani nawet z łuku to zrobię dziadowi taką fotę, że plomby mu będzie widać na zębach”- zadeklarowałam się. Stanowisko snajperskie ustawiłam w kuchni, walka się rozpoczęła.

          

środa, 08 kwietnia 2009
ostatni śnieg i pierwsza opalenizna

                 

Sezon wiosna 2009 oficjalnie uważam za otwarty. Były pierwsze wyprawy rowerowe, pierwsze zakwasy, ostatnie śniegowe znaleziska i koty za płoty

               

I pierwsze spożywanie grillowanej padliny nad zalewem się odbyło 

                             

W międzyczasie, gdy zbieraliśmy się wszyscy do kupy, coś się zaczęło dymić bardziej niż z grilla...

            

Zadzwonił telefon. W którym miejscu jesteście? - zapytała Renia. Rozejrzałam się po okolicy chcąc jak najdokładniej zobrazować miejscówkę. Widzisz płonący samochód? - to tam właśnie jesteśmy, podążajcie w kierunku dymu.

           

Akcja antyogniowa szła sprawnie, choć większość w oczekiwaniu na wybuch pochowała się w krzakach (łącznie ze mną). Pstrykałam fotki ze swojej bezpiecznej kryjówki, gdy nagle na wyświetlaczu mojej głupawki ujrzałam znajomą postać jedzącą sobie najspokojniej w świecie loda na patyku w niebezpiecznie bliskiej okolicy potencjalnego wybuchu. Wyskoczyłam z krzaków z dzikim okrzykiem na ustach - Roooobek - zabieraj mi się z tamtąd, natychmiast!!! Wynoooocha!!! Potem się głupio tłumaczył, że wspierał akcję gaśniczą i prowadził negocjacje z kierowcą, żeby zechciał odłączyć akumulator. Widział kto negocjatora z lodem w garści? Obraziłam się na 5 minut, bo przecież w razie wybuchnięcia "materiału" nie tak łatwo w moim wieku o nowego męża, takiego co to będzie z własnej woli kurze w domu wycierał.

          

Ostatecznie zrobiono próbę generalną przed lanym poniedziałkiem, rakieta przestała się palić i sytuacja została opanowana.

piątek, 27 marca 2009
historia oręża
Włączam ja z rana kanał Discovery i słyszę tekst "ładowanie broni od tylca". Dodam, że usłyszałam Broni, a nie broni:)
środa, 25 marca 2009

                   Wiosna wiosna, wiosna ach to ty?

         

         

sobota, 21 marca 2009
bądź kreatywna na wiosnę...
Powinno się chować przede mną ostre przedmioty. Wczoraj w przypływie twórczego folkloru postanowiłam zmienić swój image używając ku temu nożyczek do papieru. Najpierw obcięłam sobie grzywkę, a następnie podcięłam końcówki tam gdzie dosięgłam, a tam gdzie nie to nie. Po wstępnych oględzinach postanowiłam poprawić asymetrię, która niechcący wyszła, więc "podrównałam" jeszcze bardziej. Po całym przedsięwzięciu dotarła do mnie okrutna prawda - nie mam smykałki do fryzjerstwa. Wyglądam jak skrzyżowanie Piotra Rubika z czeskim metalem i Crystal Carrington z serialu Dynastia. Jakieś pozytywy? Tak - mam gustowny beret na wiosnę, którego nie zawaham się zastosować w obecnej sytuacji. A niby mam wyobraźnię...
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27