turystka na nieustających wakacjach
piątek, 13 marca 2009
podprogi spożywcze
 

Przysypiam snem niedźwiedzim wyglądając przez okno za wiosną. Nawet bloga się nie chce pisać. Wprawdzie sąsiad stara się przełamać zimowy marazm organizując proszone wieczorki z zielonymi drinkami, ale zieleń trawy i drzew to nie to samo co zieleń podejrzanych płynów w szklance. Skoro już przy produktach spożywczych jestem to zapodam historię wczorajszej obiadokolacji. Będzie o tym jak złapałam podproga z telewizji. Oglądałam niedawno jakis film. Francuski. Tytułu wprawdzie nie pamiętam, ale wstrząsnął mną motyw przewodni- co się stało z kuskusem? W skrócie - jeden pan po ciężkich trudach i walkach z biurokracją otworzył restaurację w porcie, której specjalnością lokalu miało być popisowe danie jego byłej żony - kuskus z warzywami. W dzień otwarcia przybyli ważni goście, lokal pękał w szwach, cała rodzina zebrała się, by pomóc temu panu w przygotowaniach i obsłudze. Wszyscy czekali na hit wieczoru - legendarny kuskus. Ex żona nagotowała michy, synowie pojechali odebrać od niej gary z jedzeniem i przywieźli wszystko do restauracji. A potem laski w kuchni się kapnęły, że wszystko jest oprócz garnka z kuskusem. Wszyscy pobiegli sprawdzić, czy owy gar nie został w samochodzie, ale samochodu już nie było, bo jeden z synalków pojechał w cholerę razem z tym garem w bagażniku, nieświadom tego faktu i żeby skomplikować sytuację wyłączył komórę. I szlag wszystko trafił, goście źli, pan załamany pojechał motorynką szukać tego kuskusa po mieście, a kelnerki usiłowały spić gości bimbrem, żeby rozluźnić atmosferę. No i tak do końca filmu czekałam kiedy tą kaszę odnajdą, film się skończył, sytuacja się nie zmieniła, a ja złapałam podproga i wyprodukowałam wczoraj na obiad kuskus z warzywami i rybą. Święty Robek zerkając do gara zorientował się co jest grane, skrzywił i podsumował: A NIE MOGŁAŚ FILMU O KEBABACH OBEJRZEĆ?

piątek, 13 lutego 2009
przegląd techniczny

 Człowiek się sypie na stare lata...Zaniepokojona upierdliwymi dolegliwościami udałam się na przegląd techniczny, ażeby odkryć przyczynę, w związku z czym otrzymałam milion skierowań i zleceń na wszelakie badania. Po wzorowym przejściu większości etapów przeglądu poleciałam odebrać ostatni brakujący puzzel- zdjęcie kręgosłupa. Zniesienie lordozy - przeczytałam na opisie i wpadłam w panikę - Dżizas, to brzmi conajmniej jak nazwa własna jakiejś dzikiej krainy, poza tym uporczywie kojarzy się ze sklerozą, czy ja będę umierać? - czarne myśli napłynęły i nie chciały mnie opuścić. O, radiolog nie dopisał, że ma pani kręgi szyjne poprzestawiane - dodała wesoło pani doktor i wyciągnęła z szafki książeczkę z obrazkami pouczającą jak należy siedzieć, stać, leżeć i wykonywać czynności. Przed oczami stanęły mi moje 3 poduszki na których śpię, biurko, które jest za niskie, parokilowy analogowy aparat z lampą, który zdobił mą szyję przez parę ładnych lat, a nawet pralka, którą kiedyś podniosłam do góry wraz z zawartością. Pani kręgosłup jest jak wieża z klocków wybudowana przez trzylatka – pani doktor zobrazowała sytuację – ale proszę się nie martwić, trzylatek też potrafi wybudować wieżę, z tym, że nie wiadomo kiedy się ona posypie – dodała na pocieszenie. Trzeba pójść do ortopedy, żeby ponastwiał to i owo. Poza tym nie należy zadzierać głowy do góry, spać na płaskim i uważać. Oj, mogłaby mi napisać w zaleceniach, że garów w domu nie wolno mi myć – przeszło mi przez myśl...

stary człowiek i może

Do ortopedy powlokłam się z duszą na ramieniu. A co jak mi ponastawia w drugą stronę? A jak mu się ręka omsknie i załatwi mnie na amen? W gabinecie ujrzałam dziadka, co mu emerytura już w oczy zagląda i się wystraszyłam. Jeny, czy on aby ma siłę ten dziadek? Czy on pamięta gdzie co jest, przecie anatomii to się uczył na studiach przed drugą wojną światową...Po 10 minutach odkryłam na własnej skórze, że dziadek owszem, ma siłę, jak mi grzebnął między kręgami, obrócił mi łepetynę o 360 stopni po czym próbował oddzielić rączyny od kadłubka to moje krzyki zapewne słyszeli pacjenci laryngologii 3 piętra niżej. A całkowitej demencji jeszcze chyba nie miał, bo wyszłam z gabinetu na własnych nogach. Jeszcze z 10 laserów mam przyjąć na kark i ma być git.

wtorek, 06 stycznia 2009
krioterapia po lubelsku

Musicie sobie kupić mieszkanie z centralnym ogrzewaniem - mądrzy się moja madre przez telefon. Taaa, kupcie se...Przecież cały czas próbuję trafić szóstkę w totolotka, ale nie za bardzo mi wychodzi, choć na pocieszenie wydrapałam ostatnio dychę. A i tak za te potencjalnie wygrane miliony wolę domek nad oceanem zamiast centralnego ogrzewania. Zimno. Po kwadracie pomykam w podwójnym dresie i czapce na głowie. Z ciekawostek to zamarzły nam drzwi wejściowe do kamienicy. Listonosz po nieudanej próbie dostania się na klatkę wcisnął pocztę pod kartkę z komunikatem zawieszoną na podwórku. A niech se wsadza te listy nawet i pod drzewo, wcale mi się nie chce oglądać tego rachunku za prąd, który przyjdzie. Idę się przejść, zapodam sobie ekstremalną krioterapię za friko.

środa, 24 grudnia 2008
święta z artefaktem
Wszystko przez to, że parapety robią kanciaste i twarde zamiast okrągłe i obite pluszem. Tak się niechcący walnęłam w dekiel, że aż w drugim pokoju było słychać huk. Wigilijny dzień spędziłam na izbie przyjęć z podejrzeniem pęknięcia czaszki. Po wszelakich badaniach i tomografiach wyszło jednak, że całym szczęściem łepetyna jest w całości, a to co wcześniej pan doktor wziął na zdjęciu za pęknięcie, to cyt. "taki artefakt". Pod choinkę dostałam piękne zdjęcie mojej dyni wraz z artefaktem.
środa, 17 grudnia 2008
paranoje dnia powszedniego

W związku z niecodziennym znaleziskiem w kamienicy mieliśmy wczoraj szczegółową kontrolę instalacji gazowej w całym budynku. Bo nie wiadomo, czy ci ludzie nie byli zaczadzeni. Przy okazji wyszło, że u nas w mieszkaniu ulatnia się gaz. I to sporo się ulatnia. Natychmiast trzeba dzwonić po gazownika i niech poprawia, bo tu z tej rury leci- zalecił kominiarz. Gazownik powiedział, że dopiero w piątek może przyjechać. Dzwoń do niego jeszcze raz i powiedz, że ja mam gdzieś umieranie w szlafroku na fotelu! Niech przyjeżdża dziś, nawet w nocy!- krzyczę Św. Robkowi do słuchawki. Nic ci nie będzie, przecież nie mamy fotela, ani nawet szlafroka- uspokaja Święty- Zakręć wajchę pod piecykiem i się nie przejmuj. Weź tu się nie przejmuj- trupy obok w wannach i fotelach, gaz mi sie w domu ulatnia + moja wybujała wyobraźnia = histeria maksymalna. Nie będę się kąpać w takim razie- ostrzegłam- poczekam, aż wrócisz z pracy, żebyś mnie mógł sprawdzać w tej wannie co 5 minut. W międzyczasie sąsiad zapodał informację dnia - W łazience mi śmierdzi- stwierdził, prowadząc mnie w tamtym kierunku celem demonstracji owego smrodu. O nie, sam sobie otwieraj i sam się przyglądaj- odwróciłam się na pięcie. Spokojnie, to z wentylacji chyba, wydłubałem tu koło prysznica, żeby lepszy dostęp był, śmierdzi tu z tej szczeliny konkretnie...Gazownik natomiast zmienił zdanie i przyjedzie dwa dni wcześniej nas uratować. Właśnie na niego czekam.

Wesołych i spokojnych świąt...(jak będą)

sobota, 13 grudnia 2008
CSI LUBLIN
Wieczorem pewnie powiedzą w tv o dwóch sztukach trupów znalezionych w mieszkaniu w centrum Lublina. Tak, to u mnie w bloku...Przykra sprawa. I śmierdząca, bo jedne zwłoki były siedzące w fotelu a drugie pływające (w wannie) od ponad tygodnia.
czwartek, 13 listopada 2008
ostatnie jesienne podrygi kazimierskie

    

Trzeba było się na chwilę wynieść z bloku bez widoku i zmienić krajobraz na mniej szary. I nawet bym coś napisała na ten temat, ale zupełnie nie wiem co, poza tym, że jadłam najbardziej wypasione placki ziemniaczane ever.

    

                      dolina Muminków

    

                              rocznik 2008

    

    

    

    

    

                                 wilki jakieś...

    

    

                      turyści obserwatorzy

    

    

                           szamanki atakują   

    

I na koniec zagadka- co się dzieje na załączonym obrazku? (fot.Święty Robek)

wtorek, 14 października 2008
tajemnicze znalezisko

Wyskanowałam ci ja ten zaginiony w akcji negatyw, co to miał być kolorowy,  a okazało się inaczej a tam takie kwiatki, że ja nie wiem skąd to, gdzie to, co i jak i po co. Ewentualnie mogę się domyślać

     

     

     

     

     

     

I na koniec złota lubelska jesień- trzeba sobie tylko kolory wyobrazić;)

      

     

Grawitacja mi nie służy...
niedziela, 05 października 2008
złota polska jesień
Mam w posiadaniu taki jeden mały fajny stary aparacik. Przyznać się muszę, że rzadko nim ostatnimi czasy zdjęcia robię. Wygrzebałam go dziś z pudła, załadowany był, zabrałam go ze sobą w miasto, żeby negatyw, co już może od dwóch lat tam siedzi nieskończony, dopstrykać. Ciekawe co tam w środku siedzi...Kompletnie nie mam pojęcia, dowiem się, jak wywołam. Ciepły i słoneczny dzień dziś mieliśmy, więc polską złotą jesień zaczęłam uwieczniać. Szukałam żółci, czerwieni, liści opadających, soczystych kolorów najbarwniejszej pory roku. Dopstrykawszy do końca, wybebeszyłam starą nikonowską efemkę, a w środku...a w środku był czarno biały film:) Nie ma to jak kolory jesieni w wersji black & white...
środa, 17 września 2008
tour de Lubligne

Póki co osiatkowali nas i ogrodzili barierkami. Policja utrudnia wyjście do sklepu po bułki. Jeżeli chłopaki dojadą tu przed 17-stą to będę nadawać na żywo z balkonu:) więc zrobię update'a fotoreportażowego. I trzymam kciuki, żeby sobie zębów nie powybijali na tych naszych wybojach, bo co Tour de Pologne to nie Tour de France, no nie?

update: (i po ptokach)

      

                relacja prawie na żywo z balkonu:

       

       

A potem się okazało, że chłopaki strzelili focha i nie będą się ścigać. Skandal. Trzeba ich wszystkich zdyskwalifikować.

     

      

A my naiwniacy czekaliśmy, aż powtórzą pętlę według planu:( Moim zdaniem wcześniej się już namówili, bo na zdjęciu nr 3 widać, że koleś bez trzymanki jedzie, a dwóch sobie pogaduchy ucina- to pewnie wtedy powstał plan buntu.

czwartek, 04 września 2008
not holy at all

Pisałam niedawno na temat świętego papirka za 200 złotych umożliwiającego robienie zdjęć w kościołach (przy chałturach ślubnych jak najbardziej niezbędny). Otóż żeby nabyć taki papierek trzeba być poleconym przez księdza proboszcza jako osoba czysta jak łza, bogobojna, uduchowiona na ciele i umyśle, w skrócie trzeba być parafianem (parafianinem?) roku. Wszyscy wiedzą, że nie jestem.

Od wczoraj jestem w posiadaniu świętego papierka z odręcznym podpisem i pieczęcią proboszcza. Uprzedzę od razu pytanie, które nasunęło się tu Wam w naturalny sposób- nie, nie przystawiłam proboszczowi broni palnej do głowy, ani też nie stosowałam wymyślnych tortur. Za to spędziłam dłuuugą godzinę na dyskusjach, praniu mózgu, kazaniach i nawracaniach. Uff. Zaczęło się od tego, że na wejściu ksiądz powiedział, że nic mi nie podpisze bo on ateistów do kościoła nie wpuszcza, dlatego, że się nie potrafią zachować. Podobnież są nawet gorsi od innowierców, potrafią się czołgać z aparatem po podłodze podczas zaślubin, włazić księdzu za ołtarz oraz strzelać aparatem co 5 sekund jak opętani. Diabły. Skromnie wtrąciłam swe zdanie, że bardziej chodzi tu chyba o kulturę osobistą, a nie kwestię wiary, więc dlaczego ksiądz zakłada z góry, że taki ateista będzie mu przeszkadzał w pracy podczas prowadzenia mszy. Tu ksiądz strzelił focha, że "pracą" to swoje zajęcie nazywają również panie stojące pod latarnią, więc on sobie nie życzy. A zdjęcia to sobie można robić poza kościołem. Ale ślubnych się nie da poza kościołem, nie przykro księdzu, że odbiera mi szansę na godziwy zarobek?- zapytałam niewinnie, na co ksiądz mi wytłumaczył, że pieniądze są zupełnie nieważne w życiu (tu zerknęłam dookoła na wypasione biuro proboszcza ze stylowymi, skórzanymi kanapami i przyznałam mu rację. Pieczęci nie dostanę, chyba że w kartotece (!) wyjdzie, że jestem moralną osobą, po czym wyciągnął komórę z kieszeni - Szczęść Boże księże Janku, proszę wyciągnąć kartotekę tej co tu teraz po pieczęć przyszła, nazwisko...adres...czekam, proszę sprawdzac natychmiast. Jeny- przeraziłam się- kartoteka? Czy mam również pomontowane w domu ukryte kamery? Wszak z 5 lat temu po kolendzie chodzili! Czy będą chcieli również odciski palców i zaświadczenie o niekaralności?- pytania mniej lub bardziej logiczne przesuwały mi się przez łepetynę. W tym krótkim czasie ksiądz Janek weryfikował moją moralność za pomocą tajnej kartoteki. Proboszcz wysłuchał przez telefon niezbyt dobrych wieści, bo zmroził mnie wzrokiem-  Księdza po kolendzie to się nie chciało wpuścić, do kościoła się nie chodziło, a po pieczęć to się przychodzi??? Ja tu nie mam podstaw, żeby podpisać, że pani jest dobrym człowiekiem! Tu zaoponowałam-  Przecież to po oczach widać, proszę księdza, że jestem! I obiecuję, że się nie będę czołgać z aparatem po kościele! - Proboszcz nie łyknął oczywistej prawdy, więc postanowiłam zmienić taktykę i wykreować się na "zagubioną owieczkę", cierpliwie wysłuchałam kazania i przytakiwałam tam gdzie należało przytakiwać. Proboszcz zalecił przyjmowanie wizyt "po kolendzie" i wymógł na mnie obietnicę, że od teraz to już będę porządna. W końcu wyciągnął magiczną pieczęć i podbił kwita. Jutro wybieram się na kurs, na którym nauczę się o tym, że nie wolno się czołgać z aparatem po kościele oraz wchodzić księdzu w słowo podczas kazania. Amen

środa, 27 sierpnia 2008
(not so)holy matrimony

Pomimo tego, że wtedy był czwartek, w ubiegłą sobotę minął rok od kiedy znosimy się nawzajem ze Świętym Robkiem w ramach legalnego małżeństwa. To nic, że conajmniej raz na tydzień bierzemy rozwód, że muszę mu kupić końskie zaślepki, bo krzyczy, że mu lampka świeci w oczy jak czytam książki po nocach, że gania mi po kwadracie ze ściereczką i wyciera kurze w miejscach, o których nawet mi się nie śniło, że można je odkurzać. Ważne jest, że pierwszy rok upłynął bez dramatów, mordobicia czy też ludobójstwa międzymałżeńskiego. Jak na rocznicę przystało poszliśmy w miacho przycelebrować wydarzenie. Po całodziennej harówie w postaci latania po dachach z fotoaparatem byłam wykończona więc padłam jak mucha gdzieś bliżej drugiej godziny celebracji. Ale trochę zapamiętałam;)

teraz będzie o tym jak dwoje ignorantów idzie pić wino inne niż z Lidla...

Bo zamiast na browara poszliśmy do eleganckiej winiarni, gdzie najpierw trzeba było odkodowac tajne nazwy produktów, które zamierzaliśmy wypić i gdzie kelnerka podchodzi z butelką zawiniętą w ściereczkę aby zapytać, czy Pani będzie próbować wina, czy Pan. Przez moment przeszło mi przez myśl, że trzeba będzie popluwać w miseczkę, jak na filmach, więc rozejrzałam się dookoła za ukrytą spluwaczką, jednak niczego takiego nie odkryłam. Wyszło na to, że sobie nie popluję. Pani kelnerka polała po pół centymetra sześciennego trunku do kielichów i ani myślała odejść, obserwując nas uważnie spod oka. Ona najwyraźniej na coś czeka... Aaaaa!- olśniło mnie- Teraz należy wsadzić całą twarz do kielicha a potem wykrzyknąć: mmmm, jaka klarowność! głęboka barwa! co za bukiet! Jednak Święty Robek uwolnił kelnerkę od obowiązku polewania przejmując butelczynę i tym sposobem nie miałam okazji popisać się cytatami zaczerpniętymi z rozmaitych filmów fabularnych. A potem wino zaczęło kopać... 

Poza tym lato się kończy, a mi zamiast Niemców śnią się Chińczycy. Też próbują do mnie strzelać, więc wszystko mi jedno.

piątek, 25 lipca 2008
plażowicz tygodnia
Pisałam już kiedyś o ciągnącym się za mną pechu. Trzęsienia ziemi, ataki terrorystyczne, mgły stulecia, upały stulecia, burze stulecia...Zawsze tam, gdzie ja. I niech nikt mi nie mówi, że to przypadek. Przypadek może byc jeden, a nie pięćdziesiąt. No bo jak wytłumaczyc fakt, że stoi obok mnie dwadzieścia osób, a tylko na mnie spada nagle (z nieba?) tajemniczy korek? A dziś dla odmiany korzystając ze słonecznej pogody postanowiłam wybrać się na przejażdżkę rowerową nad zalew celem opalenia sobie dekoltu do sukienki "ciocia Krysia stajl". Pierwsze co zrobiłam, to poszłam popływać na basenie, uwiązałam mój pojazd i rozłożyłam sobie leżaczek ogólnodostępny. Zjadłam frytki, zapaliłam papierosa, znowu popływałam i postanowiłam się zrelaksować i rozłożyć stare kości do opalania. I wtedy przyszła chmura. Kontemplowałam ją przez piętnaście minut z pozycji leżakowej, aż mi się znudziło, więc postanowiłam wsiąść na rower i wracać do domu, zanim złapie mnie burza. Po kilku minutach rozpętało się mini- toranado. Przeczekałam w pobliskiej knajpce, wypatrywując przerwy w "napierdalaniu z nieba". Przeszło. Ruszyłam w trasę i cieszyłam się, że cała ścieżka rowerowa jest moja, bo na drodze ani żywego ducha poza mną i moją "srebrną strzałą". I wtedy się zaczęło. Chmurzysko, które najwyraźniej mnie śledziło, rozpętało mi jesień średniowiecza, piorun za piorunem, zlewa jak cholera, a ja w krótkich majciochach, górze od stroju kąpielowego i kawałku szmatki na kadłubku mym zmokniętym. I tak sobie jechałam i lało na mnie i juz mi było wszystko jedno, bo przecież gorzej być nie może. Dopóki pioruny we mnie nie walą to luuuz. W połowie drogi mój pojazd zaczął wydawać dziwne dźwięki, aż się w końcu zesrał. Ach cóż to się stało w tym pięknym ulewnym dniu? Ach, kierownica się panience odkręciła:) Że też nigdy się nie odkręci jak mam pod ręką klucze... Kontynuowałam wycieczkę pieszo. Po długim czasie wypatrywania po drodze żywych stworzeń wyposażonych w klucze do przykręcania kierownic w rowerach odnalazłam ratunek- dwoje zabłąkanych rowerzystów z podręcznym zestawem narzędzi montujących. Mogłam w końcu wrócić do miasta. A w mieście jak to w mieście- samochody mnie ochlapywały, kałuża za kałużą, umorusana jak nieszczęście dotarłam na chodnik, gdzie musiałam iść chwilę pieszo prowadzac rower (turyści). Odnotowałam po drodze, że niektórzy dziwnie na mnie patrzą, wręcz się oglądają. Pewnie dlatego, że taka przemoczona jestem- pomyślałam. W domu odkryłam, że wcale nie dlatego. Otóż moje jasno- niebieskie gacie po starciu z kałużami wyglądały dosyć dziwnie (błotników w rowerze nie posiadam) Powiem tylko, że niebieski kolor+ kolor błota= wcale nie wyglądam jakbym narobiła w gacie:) Welcome home...
wtorek, 22 lipca 2008
image a'la sezon ogórkowy

Przez całe życie nienawidzę chodzić w spódnicach i zawsze jest dla mnie okrutną męką wyjście z domu w czymś innym niż portki i T- shirt. Portki najlepiej za duże. Ja wiem, że już najwyższy czas, aby z tego wyrosnąć i się opamiętać. Że czasem trzeba się odziać w "pańciowy strój". Ale po prostu nie mogę, źle się czuję i tyle. Mam jedną spódnicę w domu, zieloną, lnianą w kwiatki co wygląda jak obrus babci Helenki. W porywach raz do roku ją założę, gdy upał przypiecze tyłek okutany w dżinsy i nie mam innego wyjścia. Zmuszona byłam ostatnio kupić sobie sukienczynę, bo na ślub idę, a w obrusiku nie wypada. Po długich oględzinach bardziej złotych- lub mniej kreacji w okolicznych sklepach odzieżowych stwierdziłam, że nie mają dla mnie sukienki. Podejście numer jeden zakończyło się niepowodzeniem. Drugie podejście odbyłam z mężem swym, którego nigdy więcej na zakupy nie zabiorę, bo doradzić umie, owszem, ale ogranicza się to tylko do pokazania palcem na manekina odzianego w gustowne stringi badź pończochy na stoisku z ekskluzywną bielizną. Jeżeli chodzi o doradztwo sukienkowe, wszystko mu pasuje, aby cyt. "cycków zakrytych ani nóg nie miało". A propos nóg to w doradztwie obuwniczym jest równie niepożyteczny, bo po pięciu minutach ucieka ze sklepu dając mi sygnały zza szyby, żebym kupowała natychmiast i spadamy (a naprawdę ciężko jest znaleźć w 5 minut coś co się nie świeci) I w ten oto sposób skompletowaliśmy moją kreację na sobotnią imprezę. Wyglądam w niej jak ciocia Stefa w afro, co idzie ogórki sadzić z cyckami na wierzchu. Takie odnoszę wrażenie. Święty Robek nie odnosi takowego, ale on się nie zna więc mu nie wierzę. Obcasy mam w butach, co grozi zrobieniem sobie krzywdy, albowiem nie posiadłam umiejętności chodzenia w czymś innym niż trampeczki. Myślę o stosownych dodatkach i tu moja wyobraźnia podsuwa mi następujacą wizję- powinnam nieść przed sobą dumnie wiadro z ogórkami kiszonymi, jako dopełnienie całego wizerunku:)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27