turystka na nieustających wakacjach
piątek, 11 lipca 2008
proboszcz vs Nikon

             

Co ma wspólnego proboszcz z robieniem zdjęć? Jeżeli interesuje się fotografią- to sporo, jeżeli nie- jeszcze więcej. Okazuje się, że bez łaskawej pieczęci proboszcza nie przebiję się przez nawę główną z aparatem, choćby był z tytanu...Bo ksiądz mnie pogoni.

Chodzi o zdjęcia ślubne, które mam robić znajomym. Ślub za 2 tygodnie, a ja nie wiem, czy ksiądz policji nie wezwie jak mnie tylko zobaczy z aparatem na ramieniu. Pozwoli mi zostać, jeżeli podejdę z białą flagą z wytłoczonym pozwoleniem od biskupa za 200 złotych. Niby to nie problem- dwie stówki, biskup zadowolony, ksiądz zadowolony, moja kieszeń odrobinę mniej, ale papir jest i mogę latać pod ołtarzem ile wlezie. Otóż nic nie jest takie proste jak się wydaje. Specjalistyczny kurs na temat właściwego zachowania się w kościele (choć ja i tak wiem, że to tylko pretekst do wyciągnięcia od naiwniaków z aparatami kolejnej kasy na tzw. wino mszalne;) odbywa się raz na "ileś". Może to być raz na rok a może raz na dwa lata. Mogę oczywiście powiedzieć znajomym, żeby poczekali z tym ślubem dwa lata i będzie git:) Ale to nie koniec problemów. Aby dostąpić tej łaski, jaką będzie przekazanie mi owej tajemnej wiedzy na temat klękania we właściwym czasie, muszę złożyć podanie do kurii... podanie podpisane przez księdza proboszcza i opieczętowane, albowiem jest to swoista opinia o moralności kandydata (cytat ze strony internetowej kurii lubelskiej) Nie wierzę w kościół. Proboszcz mnie na oczy nie widział. Nie da mi żadnego papiera. I tu następuje paradoks. Mogę pójść do proboszcza, nakłamać mu o tym jaka to wierna jestem i wogóle, a on mi wystawi zaświadczenie o moralności. Tylko po co?

Wychodzi na to, że mówiąc prawdę skazałabym się na nalepkę "niemoralna", a co za tym idzie- zakaz wjazdu z aparatem do kościoła. Natomiast kłamiąc w żywe oczy miałabym szansę na zaświadczenie o moralności podbite pieczęcią proboszcza. Czy to nie jest chore?

Niech mi od razu nalepią "Antychryst" na plecach i do widzenia.

środa, 02 lipca 2008
panna z mokrą głową

Gdy ponad rok temu zaczęłam się zaprzyjaźniać z moim nowym pojazdem dwukołowym, trasę dom- zalew pokonywałam w wielkich męczarniach, z jęzorem wywalonym na brodzie i wielką butlą wody mineralnej wypijanej po drodze. Teraz to już śmigam moją srebrną strzałą aż kurz leci, tą samą trasę przemierzam na najwyższym biegu, żeby choć trochę "poczuć w nogach" a i tak to tylko rozgrzewka dla mnie...Chyba mi się spodobało. Poza tym to jedyna zdrowa rzecz w życiu jaką wykonuję. W obciachowych gaciach z napisem VIRTUAL SPEED EXPERIENCE :-)

           

Pisząc "zdrowa rzecz" trochę przesadziłam, bo właśnie padłam na ropną anginę w swoim nieszczęściu do łapania rozmaitych tragedii (Choć Święty Robek twierdzi, że to przez głupotę, bo nie jeździ się rowerem zaraz po wyjściu z basenu z mokrym łbem) 

Upał na dworze, a ja wpierdzielam anybiotyksy gnijąc w malignie...

środa, 25 czerwca 2008

Mój mąż właśnie poszedł na zebranie spółdzielni mieszkaniowej, do której nie jest zapisany, aby walczyć o miejsce parkingowe na podwórku dla naszego samochodu, którego jeszcze nie mamy. Oto jak nadajemy się do funkcjonowania w społeczeństwie:-)

poniedziałek, 23 czerwca 2008
ropa naftowa

Jak ciężko żyć z umysłem ścisłym w jednym domu...

Już się zdążyłam przyzwyczaić do Święto- Robkowego zboczenia, które podświadomie każe mu zagłębiać się w tajniki składników potrzebnych do uzyskania polędwicy sopockiej bądź mydła. Z cierpliwością czekam w sklepie podczas gdy on analizuje denko od masła, tropi zawartość mięsa wieprzowego w kiełbasie lub oleju w żółtym serze. "Przed Świętym Robkiem" świat był mało skomplikowany i prosty w odbiorze. Ser był serem, szynka była szynką a szampon do włosów był szamponem do włosów...Przez niego już sama przy półce z kiełbasą urządzam sobie czytelnię i mam uraz do Discovery (gówno mnie obchodzi jak się robi silnik do Mustanga czy kij golfowy)

Balsam mi się kończy!- krzyczę z łazienki- przypomnij mi żeby kupić

-  Ceny takich produktów będą szły w górę, bo ropa naftowa drożeje-  Święty Robek zapodał mi info...i szlag trafił moją nadzieję na cudotwórczą moc wszelakich ceramidów, kolagenów, naturalnych minerałów i innych magicznych olejków. Wyszło, że codzień uporczywie wsmarowywuję w siebie ropę naftową:(

wtorek, 17 czerwca 2008
stały fragment gry

Mieszkam w obrębie Kibicowego Trójkąta Bermudzkiego: sportowe puby obok polibudy- sklep całodobowy- ogródki z telewizorami na deptaku. Po każdym meczu reprezentacji polskiej trasę tą przemierzają pielgrzymki z okrzykiem na ustach. Po każdym meczu nie ma spania przy otwartym oknie, bo można ogłuchnąć od gorzkich żali wyśpiewywanych przez zranionych kibiców. Przekaz jest prosty, zawiera tylko dwie informacje- po pierwsze- kto jest chujem a kto nie, po drugie, że nic się nie stało. "Po Niemcach" z owych gorzkich żali dowiedziałam się, że niefajny jest Podolski i cała rodzina jego (nie zrozumiałam motywu z rodziną, przecież ciocia z wujkiem nie strzelili nam bramki) I nic się nie stało. Po meczu z Austrią całe miasto śpiewało, że niefajny jest sędzia i rodzina jego (no przecież żona nie kazała mu gwizdać karnego?) I nic się nie stało. Wczoraj była cisza...Wnioskuję, że tym razem nie wiadomo, kto był chujem dnia, a śpiewanie, że "nic się nie stało" również nie byłoby na miejscu.

Poza tym myślę, iż powinno się rozpocząć proces beatyfikacyjny Artka Boruca

niedziela, 08 czerwca 2008
ukryte pragnienia

                 

                             Leo...łaaaj???

Noc kultury. Lublin

        

 Normalnie mam zakwasy. Niby Lublin niewielki, ale po całonocnej szwędaczce po mieście czuję dziś, że w nogi mi poszło jak nic. A zaczęliśmy dosyć wcześnie, żeby zerknąć jeszcze za dnia tu i ówdzie...

       

Dla niezorientowanych tylko napiszę, że wczoraj w Lublinie odbyła sie druga edycja tzw. Nocy Kultury. W skrócie wygląda to tak, że można wejść za friko prawie wszędzie, a miasto jest zdominowane przez wszelkiej maści artystów, którzy wykorzystują każdy wolny kąt, żeby ową sztukę uprawiać w tę noc (rozmaite zaułki, bramy, place, trawniki a nawet miejski szalet). Się gra, się śpiewa, maluje, tańczy, tapla w fontannie i biega w piwem w kieszeni po Urzędzie Stanu Cywilnego o 2 w nocy, chowając się po zabytkowych skrzyniach, lub odstawia sesję zdjęciową na środku Grodzkiej przy uciesze tłumu ludzi...

        

rynsztok na Krakowskim Przedmieściu obrodził soczystą trawką...

        

                             Litewski Plac baj najt

         

na Bramie Krakowskiej udało mi się na chwilę odemknąć okno

                  

              a na Grodzkiej Bramie siedział pan, śpiewał i grał

        

             na Placu Zamkowym kręcili chyba "Zombie 3"

        

          podejrzani kolesie kręcili się koło Teatru Andersena

         

         Na Królewskiej grali aż miło Paolo Conti & Mr Menicre

        

              Spektakl Tańca Ognia- grupa Ignis

        

       

           w Zaułku Hartwigów duchy wskakiwały w kadr

        

                o transport do domu też nie było trudno

środa, 04 czerwca 2008
panic room

          

Burdel na kółkach. W Lublinie poszła plota, że wybuchła elektrownia u naszych wschodnich sąsiadów i w związku z tym zawisła nad nami radioaktywna chmura. Mężowina zadzwonił z pracy, żeby mnie ostrzec. "Pozamykaj okna, włącz telewizor i zabunkruj się w domu. Nigdzie nie wychodź". Otumaniona jeszcze, bo wyrwana ze snu zrobiłam kawę i w połowie kubka powoli zaczęła do mnie docierać przekazana mi informacja. Powstał problem. "A na balkon mogę sobie wyjść?"- posłałam smsa Świętemu Robkowi. Po chwili zadzwonił telefon: "Po cholerę musisz na ten balkon iść?". Popatrzyłam na kubek z kawą- "Czyli w domu mam jarać szlugi?"- zapytałam. "Eeee, to idź sobie na ten balkon, czy elektrownia czy fajki- jeden ch..."- otrzymałam treściwą odpowiedź.."Jak zauważysz, że się świecisz to zawiń się w prześcieradło i podążaj w stronę cmentarza. Powoli, żeby paniki nie wzbudzać wśród ludzi"- dodał.

Popołudniem wyczytałam w lokalnym brukowcu, że cała ta afera to tylko plotki i nie ma się czym martwić (podobno, bo z Ruskimi to nigdy nie wiadomo). Gdy już udało mi się uniknąć jednej katastrofy, okazało się, że nadchodzi kolejna...teściowa dziś wpada z wizytacją...

To ja lecę się "napromieniować" szorując z tej radości okna w salunie;)

niedziela, 25 maja 2008
demon barber

Chociaż wiem, że może być tylko gorzej, znowu dałam się namówić i jutro idę do fryzjera. Co może zrobić mi fryzjer? Otóż może mnie tak załatwić, że będę wyglądać jak ciocia Hania po trwałej ondulacji i przejażdżce traktorem bez dachu. A to dlatego, że z moimi włosami to nie jest taka prosta sprawa...dziady się po prostu kręcą i nie chcą przestać. Dość mam już biegania co rano z prostowalnicą i innymi wynalazkami więc poddaję się i oddaję w ręce profesjonalisty, co ma wizję na mój temat. W ramach tej wizji pani pokazała mi kilka zdjęć z ewentualnymi koncepcjami na fryzurę dla mnie. Na jednym z nich, przysięgam, był Jimmy Hendrix. Ja się boję. Jeżeli nie skończę z afro na łbie, to mogę skończyć jak pani Ewa Minge, bądź Sweeney Todd. Jeżeli będę wyglądać jak jedna z powyżej przytoczonych osób, znowu zmuszona będę ogolić się na zero, a następnie uczynię to mej fryzjerce, bądź też kupię sobie zestaw gustownych beretów- sezon lato-jesień-zima-wiosna-lato-jesień-zima-wiosna.

poniedziałek, 19 maja 2008
dzika przyroda lubelska

         

W Lublinie pojawiły się drzewa egzotyczne oraz nieprawdziwi ludzie

        

A ja pojechałam w siną dal w poszukiwaniu dzikich zwierząt. Oto co udało mi się ustrzelić, czyli dzikie zwierzęta Lubelszczyzny:

       

większość schowała się w samochodzie u pana Heńka spod Krasnegostawu, ale nie poddałam się i wytropiłam...

      

                    dupę zająca...

     

                  żabkę...

    

                   ptaszynę...

    

               dziką krowę...

    

                sierściucha w kamuflażu...

   

               prawe ucho sarny...

   

       i sołtysowego psa co ma zęby na wierzchu

Wieczornych błyskawic już nie zdołałam ustrzelić, bo poległam ogłuszona słonecznym udarem, który przywiozłam jako pamiątkę z weekendu. Za to w nocy o godzinie 1.25 nastąpiło w Lublinie wielkie pierdolnięcie. Takiego huku w życiu nie słyszałam i po raz pierwszy w życiu wystraszyłam się pioruna. Jakby ktoś bombę zdetonował na podwórku.

poniedziałek, 05 maja 2008
zasadzki majowe

W czwartek optymistycznie przytargałam ze strychu bambusowy stoliczek celem przyszłych imprez balkonowych. Wszak długi weekend się zaczyna, można wystawić muzykę na parapet, browary na stolik i zacząć majówkę zażywając świeżego smogu na balkonie. Stolik do tej pory leży oparty w pokoju o ścianę, albowiem spadły deszcze, a balkony na ostatnim piętrze charakteryzują się tym, że nie mają daszków. W piątek był szybki spacer biegiem pod budkę z rurkami z kremem. Po drodze szybkie zerknięcie na Litewski, a tam kosmiczne maszyny, mobilni mnisi i ogrody watykańskie.

     

       po mojemu to jest czołdżek (taka pochodna czołgu)

      

      

Dnia trzeciego postanowiliśmy zmienić na chwilę krajobraz i przenieśliśmy się do pubu. Krajobraz zaczął się odrobinę zmieniać po piwie i żołądkowej gorzkiej, a zmienił się już całkowicie gdy poszłam do toalety. Bo tam nie było klamki. Jakoś mi to nie przeszkadzało przed wejściem, rozumując, że napewno na ten zatrzask się zamyka i otwiera. Zamknęło się, owszem, ale otworzyć się już nie chciało. Utknęłam w potrzasku. Podudniwszy chwilę pięścią w drzwi uznałam ową czynność za głupią, bo bar+ żywi ludzie byli na dole, ja + moje kiblowe więzienie byliśmy piętro wyżej. Nikt by mnie nie usłyszał. Po minutach kilknunastu pocieszałam się myślą, że przecież Święty Robek mnie przyjdzie uratować. Zobaczy, że mnie za długo nie ma i przyjdzie. Gówno. Nie przeszło mu nawet przez myśl...Siedząc w niewoli próbowałam użyć dostępnych mi rzeczy do oswobodzenia, duch McGyvera podpowiedział mi wykorzystanie m.in metalowych części paska od spodni oraz zawleczki od zamka u bluzy. Nie zadziałało. McGyver widocznie nigdy nie siedział zamknięty w klaustrofobicznym kiblu, a i ja nie noszę ze sobą wytrychów ani materiałów wybuchowych. Czekałam jak głupia na reakcję Świętego Robka na moją nieobecność, a mój mężowina najspokojniej w świecie popijał piwko piętro niżej (jeszcze jedna taka wpadka i odwołam mu ksywkę). Domyślił się dopiero, jak zobaczył barmankę z klamką w ręku biegnącą na górę, która została zaalarmowana na moją prośbę przez dziewczę chcące skorzystać z toalety (rozmowa się odbywała przez dziurę od brakującej klamki) Zostałam uratowana. A w Lublinie zrobiło się zielono, że aż oczy bolą.

  

   

  

poniedziałek, 28 kwietnia 2008
sielanka

Wybierając się na weekend na ranczo teściów kupiłam zapas amunicji.

           

Nie, to wcale nie to o czym myślicie:) Po prostu tam można sobie postrzelać do woli, w Lublinie by mnie pewnie zamknęli do więzienia na stałe, gdybym wyskoczyła w plener z wiatrówką. Z drugiej strony odkryłam w końcu swoje powołanie i zacznę się chyba ogłaszać jako snajper do wynajęcia. Nic mi tak w życiu elegancko nie wychodzi jak strzelanie

                                                        

Mój papierzany wróg skończył marnie, z licznymi obrażeniami kadłubka, ustrzelonym sercem, zmasakrowaną wątrobą oraz jak widać na załączonym obrazku odlecianą trwałą ondulacją.

                        

Sąsiad zza płota widząc nadchodzące zagrożenie natychmiast się ewakuował

            

W związku z upałami trzeba się było odpowiednio nawadniać...

            

             

Chilijski duch wstąpił we wszystkich, nawet w psa, który nagle znienawidził siebie samego i postanowił zaatakować swoje lustrzane odbicie.

                        

             

             

              

             

wtorek, 22 kwietnia 2008
po sąsiedzku nietrzeźwym okiem;)

Mamy nowego sąsiada a wraz z nim zaczątki galopującego alkoholizmu. "Trzeba się w końcu poznać"- zaczepił mnie pewnego poniedziałkowego popołudnia na balkonie Marian. "Przyjdźcie wieczorem na zapoznawcze piwko"- zaproponował. Na filmach widziałam, że ludzie chodzą witać nowych sąsiadów z ciastem domowej roboty, my jednak podążywszy za głosem Mariana wybraliśmy się na wizytę uzbrojeni w lokalny produkt chmielowy. "Nawet ubierać się nie trzeba"- cieszył się Święty Robek wychodząc z mieszkania w kapciach. Drzwi obok już czekał na nas nowy sąsiad, szykując zasadzkę w postaci zaopatrzonego na bogato barku. Po wstępnym piwie i obsmarowaniu tyłków całej społeczności naszej kamienicy Marian wyciągnął na stół kielichy pilnując, by nawet na chwilę nie stały puste polewawszy co 2 minuty świeżą wodę ognistą. W związku z moją antysympatią wedle wódki, na stole pojawiła się butla ginu o mocy sześćdziesięciu koni. Ujrzawszy śladowe ilości, jakie wlewam do szklaneczki, Marian sam postanowił sporządzać mi drinki. Dwie miarki ginu na jedną miarkę toniku. Po dwóch godzinach uponiewierani jak po weselu podczołgaliśmy się do domu. Kac na drugi dzień był okrutny. Stopień chaosu- zaawansowany.

Dziś rano spotkałam Mariana na schodach. "Może wpadniecie na małe piwko dziś wieczorem?" Zbiórka u niego o 18-ej. Obiecał, że będzie tylko piwo i paluszki:)

Ja się boję

piątek, 04 kwietnia 2008
sometimes I feel like screaming

Ostatnio bratam się ze służbą zdrowia, w związku z tym, że lekarz rodzinny wykrył u mnie listę potencjalnych chorób, które mogą mi dolegać (oczywiście wszystko przez to rzucanie palenia). Pani doktor rodzinna, niczym wróżka, spojrzawszy mi tylko w lico, wypisała taczkę skierowań na rozmaite badania, dzięki czemu już wyobraziłam sobie zakres ewentualnego umierania. "Wszystko przez to rzucanie"- wkurzyłam się- "Jak człowiek palił jak smok, to był całkiem zdrowy, a jak tylko odstawił to od razu doktory, recepty, apteki i kłucie po kanałach"

Odebrawszy badania krwi rzuciłam się do internetu celem interpretacji owych wyników. Wstępnie wykluczyłam marskość wątroby oraz natychmiastową śmierć, czekając cierpliwie na wizytę, żeby specjalista dopowiedział mi resztę. Specjalista potwierdził, że wyniki eleganckie, aczkolwiek zmartwił się barwą głosu mego. "Taka chrypka przy takim paleniu to nie przelewki. Do laryngologa na badania marsz!"- pani doktor postraszyła.

Laryngolog podgrzał łychę z lusterkiem przy użyciu zapalniczki, żeby sobie zobaczyć moja szyję od środka, po czym wezwał pielęgniarkę do pomocy. What the fuck? Po co ta pomoc?- ogarnęło mnie przerażenie- Będzie mnie trzymać z tyłu za ręce czy co? Co teraz będzie?

A teraz zrobimy znieczulenie i zobaczymy jak wszystko wygląda na monitorze- doktor pośpieszył z wyjaśnieniem zbliżając się do mnie z póltorametrową gumową wajchą. Pomoc pani pielęgniarki polegała na wyciągnięciu mojego języka na brodę i przytrzymaniu go w tym miejscu, podczas gdy doktor usiłował wepchnąć mi do gardła gumową wajchę. Nie polecam. Znieczulenia też nie polecam, chyba, że ktoś chce doświadczyć uczucia uduszenia się za życia.

Czy panią boli gardło podczas śpiewania? - pojawiło się pytanie dnia

Jezu, co ja tu robię?- przeraziłam się. Przecież ja tylko poszłam do zwykłego lekarza po zwykłe proszki na dolegliwości związane z zespołem odstawienia nikotyny, a tu mi wyciągają język na brodę, grzebią w gardle gumowym pagajem i pytają się o muzykę!!! Dajcie mi ten espumisan i do widzenia! Ja nie wiem czy mnie gardło boli podczas śpiewania, bo rzadko mi się to spiewanie zdarza, głównie po pijaku, ale wtedy człowiek się nie zastanawia nad bólem gardła!

Czy pani śpiewa zawodowo lub w inny sposób głosem zarabia na życie? - doktor nie dawał z wygraną- struny głosowe jak u wokalistów albo nauczycieli z długim stażem pracy, być może jakieś "guzki śpiewacze" są, dam skierowanie do foniatry..

Wszystko przez te twoje porykiwania- Święty Robek postawił diagnozę

Jakie porykiwania?? Czy ja czegoś o sobie nie wiem?

No bo włączysz sobie tych Purpli albo co innego i ryczysz razem z tym Gillanem i taki głos ci się robi potem- wyjaśnił

To nie porykiwanie tylko wersja koncertowa- obraziłam się i poszłam do foniatry.

Foniatra dla odmiany nie miał gumowego pagaja, lecz metalową rurkę oraz lepszą rozdzielczość na monitorze. Po wstępnym pytaniu, czy śpiewam zawodowo:) oraz pogrzebaniu mi w gardle kawałkiem blachy stwierdził brak guzków, kazał pić dwa litry dziennie oraz dał receptę na tabletki do ssania.

Podsumowanie: Tyle nerwów, strachu i łażenia po przychodniach po to, żeby dostać miętowe dropsy i dowiedzieć się, że jestem u schyłku kariery muzycznej, choć nigdy w życiu nie śpiewałam:)

piątek, 21 marca 2008
śmierdzący świat
To całe rzucanie palenia to jakiś zabobon jest! Wcale się nie czuję specjalnie rześko, świeżo i zdrowo. A węch mam jak baba w ciąży- odkrywam, że ludzie śmierdzą, jedzenie śmierdzi, świat śmierdzi. Potrafię bezbłędnie odgadnąć, że pani w kolejce do kasy, co stoi za mną, jadła dziś na śniadanie kiełbasę czosnkową oraz określić precyzyjnie, co na obiad dziś gotuje sąsiadka piętro niżej. Psychicznie- jeszcze gorzej- awantura we mnie drzemie... I wybucha 500 razy na dzień. Święty Robek niedługo sam mi paczkę papierosów kupi. Przy życiu trzymają mnie tylko "Heroesi".