turystka na nieustających wakacjach
wtorek, 13 listopada 2012
Granada cz.9

GARŚĆ INFORMACJI MNIEJ LUB BARDZIEJ PRAKTYCZNYCH

transport

  • Malaga (z lotniska na dworzec autobusowy) – autobus linii A – bilet kupuje się u kierowcy - koszt: 2 EUR
  • Autobus Malaga – Granada – podróż trwa ok. 1.45 h - bilet kupuje się w kasie na dworcu - koszt ok.10 EUR
  • Granada – jednorazowy przejazd autobusem - 1.20 EUR
  • Dobrą opcją jest wypożyczenie samochodu w Maladze, jednak zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, bo po pierwsze: nie planowaliśmy dłuższej objazdówki tylko leniwy chillout w Granadzie, po drugie: zaparkować w centrum Granady i nie zbankrutować to wielka sztuka
  • Zakup biletu autobusowego na przejazd z Granady do Malagi nie zawsze gwarantuje, że pojedziemy akurat tym autobusem, na który kupiliśmy bilet :) Może się okazać, że kierowca autobusu oznajmi tobie, twojemu towarzyszowi podróży, niemieckiej parze turystów po 60-tce oraz dwumetrowemu Italiano w koszulce Black Sabbath, że oto niebawem przyjedzie inny autobus i to on jest wam przeznaczony, a jeśli nie przyjedzie to wtedy pan kierowca was przygarnie. Do tej pory nie wiem, o co chodziło, chyba nie o niechęć do turystów, ani do Black Sabbath ;)

przykładowe ceny na mieście

  • kawa – ok. 1.20 EUR
  • menu del dia – 8-15 EUR
  • tapa – ok. 2-3 EUR za jedną rundę
  • kebab – 4 EUR
  • słodkości z piekarni (np. ogromna buło-drożdżówa z czekoladą) – ok.70 centów

obserwacje całkiem subiektywne

  • W lokalnych wiadomościach jako tło muzyczne do newsa o ataku terrorystów leciała muza z Twin Peaksa :) Hiszpanie mają też swojego Krzyśka Ibisza w reklamie pod prysznicem (pod tym samym prysznicem!) a pogodynka podczas prezentacji prognozy pogody reklamuje bank i wcale nie kryptoreklamuje, tylko między fronty a opady bez zbędnych ceregieli wciska info o tym jak fajnie mieć kartę kredytową w banku takim a takim...
  • Czasem mam wrażenie, że Hiszpanie nie mówią, tylko rzucają zaklęcia
  • W ciemnych zaułkach calle Elvira można natknąć się na pana, który będzie zadawał dziwne pytania („Quieres un porn?" "Quieres marihuana?” :) Nie należy się lękać, on tylko pyta, a nie grozi
  • W sklepach z modą chińską (ale europejską z wyglądu) słuchają niemieckiego techno
  • Żeby zatrzymać na dłużej zapach kwitnących kwiatów pomarańczy należy pójść pod klasztor Jeronimo, zerwać kilka i zasuszyć w notesiku

winter is coming ;)

Mam plan na przyszły rok – Asturias, Cantabria, Kraj Basków. Jeśli fundusze na to pozwolą być może uda się zorganizować mały road trip. Zahaczyłam o Kastylię i Galicję w tych pięknych czasach gdy się brało tydzień wolnego w pracy a potem jeździło z koleżanką stopem po Hiszpanii i Portugalii przez prawie miesiąc, pozostał jednak mały niedosyt bo zobaczyłyśmy ledwie cząstkę tej północnej Hiszpanii. Był listopad, było nam zimno, deszcze padały na głowę, postanowiłyśmy więc ewakuować się z północy i pojechać na południe, tam gdzie na słońce można zawsze liczyć – do Andaluzji... (wychodzi na to, że wszystkie drogi wcale nie prowadzą do Rzymu)

niedziela, 11 listopada 2012
Granada cz.8

 O tym jak wykreować się na hipisa z Sacromonte

Po pierwsze – należy zaopatrzyć się w pantalony z krokiem w kostkach (rzecz obowiązkowa). Wszędzie na straganach mamili mnie tymi kolorowymi gaciami, aż uległam i kupiłam 2 pary. Dwie, bo po moim profesjonalnym targowaniu wyszło, że jedną dostałam prawie w gratisie. Przyznam się, że nie poszłam na całość i nie kupiłam takich ekstremalnych porów w krokiem w kostkach, wybrałam model z krokiem w kolanach, żeby po powrocie nie być wytykaną złymi palcyma na polskiej tradycyjnej, konserwatywnej ulicy co 5 sekund, tylko ewentualnie co 5 minut. Do osiągnięcia pożądanego imidżu przydałby mi się jeszcze pies a najlepiej dwa oraz prywatna jaskinia, lecz Święty nie chciał nawet słyszeć o takich drastycznych zmianach musiałam więc zapomnieć i o kojotach i o jaskini. Obwiesiłam się za to milionem brzęczących bransoletek po 4 euro za komplet i nabyłam gustowny kapelusz a'la Panama, za co Święty mnie znienawidził, bo cyt. „Wszystkie stare dziady w Granadzie w takich chodzą, damski byś sobie kupiła”.

Oraz o lokalnej modzie

c.d.n.

środa, 29 sierpnia 2012
Granada - cz.7

Granada nie jest dużym miastem. Można, a nawet należy przemieszczać się z tzw. buta, pomimo tego, że często jest pod górkę jak do ...

Sacromonte

Podobno w Sacromonte zabijają, rabują i można zostać porwanym przez Cyganów ;) Oczywiście poszliśmy to natychmiast sprawdzić i mogę oznajmić, że to wcale nieprawda, kolejna głupota wyczytana w internecie. Sacromonte to miejsce inne niż wszystkie. Inne, bo normalnie ludzie nie mieszkają w jaskiniach wykutych w skale, a na Sacromonte owszem. Kiedyś wzgórze Sacromonte dawało schronienie wygnańcom i wyrzutkom społecznym, teraz to dzielnica zamieszkała w większości przez społeczność cygańską. Obok Cyganów żyje tu również spora ekipa hipisów.

To, że do Sacromonte jest pod górkę oznacza tylko jedno – widoki, widoki, widoki. Można sobie usiąść pod drzewem i patrzeć z góry na miasto sącząc "Alhambrę" z widokiem na Alhambrę, zakupioną u Roma, który wyniósł z domu szafeczkę, krzesełka i zrobił sobie bufet dla ewentualnych turystów.

Ptaszki ćwierkają, z domu naszego Gitanesa dochodzą dźwięki flamenco a lokalne kojoty bacznie nas obserwują wygrzewając się na słońcu.

Albaicin

To stara arabska dzielnica Granady, sąsiadująca z Sacromonte. Niektóre uliczki wyglądają tak, jakby upływ czasu nie dotyczył tego miejsca. Po Albaicin można się szwędać godzinami.

Najbardziej obleganą miejscówką jest punkt widokowy przy kościele San Nicolas, który uparcie nazywałam San Mirador - w wolnym tłumaczeniu: Święty Punkt Widokowy:) dopóki pewien pan nie obśmiał mnie głowiąc się nad moim zapytaniem o drogę do Świętego Miradora. Ojtam ojtam - obraziłam się - mają Świętego Matjasa to mogą mieć i Świętego Miradora, nie?

Na placyku przed kościołem zawsze jest muzyka i flamenco i gitarra. Gitanesi, hipisi, kto może ten zarabia grając czy śpiewając bo na „Świętym Miradorze” zawsze jest pełno turystów - z tego miejsca najlepiej widać Alhambrę w całej okazałości.

c.d.n.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Granada - cz.6

UBICACION czyli miejscówka z widokiem na wszystko

Lepiej trafić nie mogliśmy. Wprawdzie Granada nie jest duża, ale warto mieć bazę wypadową w samym centrum starego miasta, a jeśli baza jest dodatkowo w najbliższych okolicach calle Elvira (tapasowo - kebabowa ulica) to lepiej się nie można było ulokować. Nasz hostel prowadzi małżeństwo. Wszystkich zagranicznych turystów wita Gloria ze względu na lekkość komunikacji- Gloria mówi biegle po angielsku i niemiecku i dogada się z każdym :) Z nieznanych nam przyczyn zostaliśmy jednak zakwalifikowani do powitania przez gospodarza, więc znowu musiałam udawać że potrafię mówić po hiszpańsku. Moje konwersacje z Manuelem czasem przybierały niespodziewany obrót i wychodziła z tego niezła szopka. Często nieświadomie wciskałam w zdanie słówka, które nie istnieją, a Manuel cierpliwie mnie poprawiał, często też strzelałam gafy (no przecież również nieświadomie) jak wtedy, gdy zmęczeni jak psy wróciliśmy z Alhambry i odpoczywaliśmy na tarasie popijając zimne piwko. Manuel podlewał wtedy kwiaty i zapytał jak nam minął dzień i co nam się najbardziej podobało w Granadzie. Koncentrując się na właściwym doborze słów w zdaniu, które skleciłam na poczekaniu wydukałam między słowami: „buena Alhambra” chcąc wyrazić swój zachwyt nad pięknym zabytkiem. Najwyraźniej koncentracja mi nie wyszła, bo Manuel popatrzył, pomyślał i odpowiedział, że owszem, ten Pils co pijemy jest dobry, ale lepsza jest Alhambra Special, czym wprawił mnie w osłupienie. Wyszło, że wcale nie pochwaliłam zabytku, tylko browara o nazwie Alhambra, którego trzymałam w garści:) wszak zamiast „ładna” powiedziałam „dobra”. Gloria, Manuelowa żona, to człowiek orkiestra oraz najlepsze centrum informacji w Granadzie. W ciągu kilku minut potrafi przeprowadzić turystom szybki kurs hiszpańskiego, pokazać na mapie gdzie pójść na tapas, opowiedzieć o historii miasta i zwyczajach mieszkańców, oraz zarazić śmiechem każdego w promieniu 100 metrów.

Na nasze ostatnie piąte piętro wjeżdżało się starą windą na półtora człowieka, za to na tym piątym piętrze...ech...od dawna wiadomo, że z góry lepiej widać świat. Z dachu (tarasu) mieliśmy widok na Albaicin – starą arabską dzielnicę i mogliśmy obserwować Alhambrę na tle Sierra Nevada. Swoją drogą to dziwne uczucie - siedzieć na 30-stopniowym upale i patrzeć na śnieg w górach.

Widok z naszego pokoju też był miły dla oka

c.d.n.

wtorek, 14 sierpnia 2012
Granada - cz.5

MEA PULPA czyli o jedzeniu, napitku i zakupach

W Granadzie trzeba dużo pić, żeby być najedzonym – tym jednym zdaniem można podsumować nasze dożywianie. Granada słynie z tego, że jest jedynym miastem w Andaluzji poza Almerią gdzie za tapas się nie płaci – do każdego piwka dostajemy przekąskę. Trzeba jednak wiedzieć gdzie chodzić, żeby przekąska okazała się niewielkim lunchem. Często już po dwóch kolejkach piwa nie mogłam stoczyć się z barowego stołka (nie z opojstwa, piwo podaje się tu w małych szklankach, tylko z przejedzenia). Do każdej „rundy” podawana jest inna przekąska, można więc przy okazji degustować lokalne przysmaki.

nasze top tapas:

1. „Pescador” – mój ulubiony tapas bar. Świętego trzeba było tam siłą wyciągać, ponieważ na hasło „pulpo” (ośmiornica) reagował atakiem paniki, marudząc, że nie będzie jadł „macantów” (czegoś co wcześniej kogoś macało, jak mi wytłumaczył). Ja byłam zachwycona. W Pescadorze wszelkie rybne przekąski były świetnie przyrządzone i bardzo smaczne. Dla fanów ryb i owoców morza – musowo! Piwo+ spora porcja rybnego tapas – 2,50 E

2. „La Bella y La Bestia” - Za 3 E dostajemy zestaw: piwo + pyszne bajgle z jamonem, sałatka z makaronem i domowe frytki (pierwsza runda).

 Do drugiej kolejki podawano kanapki na gorąco z tuńczykiem, zapiekane ziemniaczki i oliwki.

3. „La Antigualla” - Najbliższa konkurencja „Pięknej i Bestii”. W Antigualli zawsze po 13-ej jest tłum miejscowych przy barze, za 2 E oprócz piwa dostaje się tu sporą porcję tapas.

 

4. „Minotauro” - tapas bar odkryty przez nas podczas porannego szwędania się po mieście – okazało się, że tu nie obowiązuje zasada „tapas od 13ej”- dostaliśmy porządną porcję jeszcze przed południem.

5. Warty odnotowania jest również lekko podejrzany bar z miejscowymi hipisami na samym końcu calle Elvira (niestety nazwa lokalu mi umknęła) gdzie 1 runda z tubo (piwo + tapas) kosztuje 2E . Trafiliśmy tam szukając po mieście koneksji ze światem zewnętrzym;), a lokal reklamował się dostępem do neta (Hiszpanie wymawiają ŁYFI zona:) Niestety nie doświadczyliśmy słynnego łyfi pomimo dobrych chęci barmana, który przyniósł nam na kartce kod dostępu złożony z ciągu przypadkowych pięćdziesięciu liter i cyfr :) być może była to wina naszego antycznego laptopa, bo do łyfi mieliśmy pecha przez cały wyjazd. Za to oliwki w tym barze– wyśmienite. Można tu spotkać miejscowych hipisów z całym ich inwentarzem (w Granadzie każdy szanujący się hipis z Sacromonte obowiązkowo spaceruje z psem albo dwoma).

churreria to wcale nie żulernia tylko kawiarnia, w której można zjeść churros

Na śniadania w Hiszpanii najlepiej chodzić tam, gdzie podają kawę w szklankach:) - tego trzymam się już od lat i zawsze mam rację. Kawa w szklance jest oznaką, że do lokalu przychodzą głównie miejscowi, w związku z tym ceny nie są na siłę naciągane a kawa porządna. Na śniadanie je się tu churros (trochę w smaku pączka przypomina), odrywając po kawałku i maczając w kawie. Pija się sok wyciśnięty ze świeżych pomarańczy lub wodę z fontanny;) Źródełko na skwerku obok „naszej” kawiarni było okupowane niczym święte źródła Lourdes. Cały czas ktoś podchodził, żeby napełnić pustą butelkę, od dzieciaków idących do szkoły, przez turystów, starsze panie aż po taksówkarzy. To jest akurat fajne w tym mieście – duża ilość mniejszych lub większych źródełek z tak zwanej „ściany” z dobrą wodą pitną znacznie ułatwia życie w upalne dni. Dobrym rozwiązaniem na poranną dawkę energii są też malutkie piekarnie, w których oprócz bagietek i bułek można kupić lokalne smakołyki – pulchne smaczne buły z czekoladą czy innym nadzieniem.

Zakupy tzw. „codzienne” najlepiej robić u Chińczyków – w marketach prowadzonych przez Chińczyków jest po prostu najtaniej. Za to kebaba należy zjeść u źródła czyli w arabskich barach z kebabami. Lepszego kebaba niż w Granadzie nie jadłam. W okolicach katedry można zaopatrzyć się w herbatę, przyprawy, owoce oraz rozmaite rarytasy sprzedawane na straganach. Na uliczkę "herbacianą" można trafić po zapachu, herbaciano-owocowy aromat intensywnie roznosi się po okolicy.

wszechobecne Maryje objawiają się tu wszędzie, nawet w warzywniakach

w niektórych lokalach "mają wszystko (prawie)"

smaki i zapachy Albaicin

O modzie i urodzie, oraz jak się wykreować „Na hipisa z Sacromonte” będzie w następnych odcinkach.

 

poniedziałek, 30 lipca 2012
Granada - cz.4

You just need to open your eyes”-

rzuciła podczas rozmowy sąsiadka z pokoju obok wyjaśniając, że w Granadzie wystarczy dobrze rozglądać się dookoła a wszystko będzie działo się samo. Co to miało oznaczać w sensie praktycznym a nie filozoficznym przekonaliśmy się niebawem. Powiem szczerze, że nie trzeba się było nawet za bardzo rozglądać. Naiwnie myśląc, że orzeł w windzie, wędrowne wozy z traktorami i towarzystwo podążające konno przez miasto to szczyt atrakcji, które nas spotkały owego dnia. Nie przeczuwałam, że wesoła sobota dopiero się rozpoczyna...

kumulacja wieczorów panieńsko - kawalerskich

Gdy już zaliczyliśmy 3 rundy tapas, po których nie mogliśmy się ruszyć ze stołków, zaczęło się dziać. Najpierw obok nas przebiegły roześmiane „gejsze” w tym jedna z zapasem kilku butelek rumu w podołku. Z każdą chwilą na ulicy przybywało ludzi odzianych dość niecodziennie, a każda ekipa miała swój znak rozpoznawczy - koszulki z hasłem przewodnim, bądź specyficzne stylizacje, odróżniające jedną grupę od drugiej. Ile grup tyle pomysłów, moi faworyci to: Człowiek Kot, żywcem wzięty z ostatniego filmu Almodovara, męska wersja panny młodej w nieco sfatygowanej sukni ślubnej i adidasach oraz chłopak w orientalnych peniuarach zapożyczonych od młodszej (a już na pewno mniejszej) siostry. Wszystkie świętujące ekipy ze śpiewem na ustach i dzikimi okrzykami wędrowali od jednego baru tapas do kolejnego (czyt. od jednego drinka na następnego) przemierzając w ten sposób ulice starego miasta. W pewnym momencie połączyli się w jedną kolorową hałaśliwą grupę i zaczęli zatrzymywać przejeżdżające samochody i autobusy aby wznosić toasty w kierunku kierowców i pasażerów:) „Que passa?” - próbowałam się dowiedzieć od wściekle różowej bandy facetów. Wyjaśniono mi, że oto w Granadzie jutro niektórzy żenić się będą lub wychodzić za mąż. Niektórzy?? - zdziwiłam się – na pierwszy rzut oka to co najmniej pół Granady będzie szło się jutro żenić:) W międzyczasie po drugiej stronie ulicy policjanci wytargali z przejeżdżającego samochodu chłopaka w kaftanie bezpieczeństwa okładając go pałkami. Po bliższych oględzinach sytuacji wyszło, że koleś w kaftanie to kolejny przyszły pan młody, a policjanci – przebierańcy to jego drużbowie. Wszyscy zanosili się od śmiechu, a uliczne zabawy trwały do późnej nocy.

Napotkaliśmy też babcie wywijające flamenco oraz dziadka machającego energicznie na radiowóz policyjny (tym razem z prawdziwymi policjantami) przekonanego że macha na taksówkę. Pomyślałam wtedy, że już nic tego dnia nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Jednak ciemną nocą wydarzyło się coś co zrujnowało mój światopogląd zaskoczeniowy. Siedząc na dachu naszej kamienicy, popijając Alhambrę Pils w mikroskopijnych butelczynach zaobserwowaliśmy jak oto główną ulicą miasta, otoczony zgrają wiwatujących towarzyszy, jedzie koleś na … osiołku. Skąd oni wytrzasnęli żywego osła w środku nocy???

c.d.n.

niedziela, 29 lipca 2012
Granada - cz.3

Wesołe pielgrzymki majowe

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy wizytę w Parque de las Ciencias. Przyznam, że nie chciało mi się tam jechać, wprawdzie wejściówki mieliśmy już opłacone (znowu bono) lecz ja wolałam zostać w mieście i obserwować co się będzie działo, bowiem od rana na Gran Via parkowały traktory ciągnące zestrojone w pelargonie i święte Maryje domki na kółkach, a ludzie odświętnie ubrani zmierzali w stronę głównej ulicy miasta, niektórzy pieszo, inni konno :) Było dla mnie jasne, że coś jest na rzeczy.

Napotkany policjant, który na moje zapytanie o całą sytuację !uwaga! najpierw zgrabnie mi zasalutował (omg omg, nikt na mnie w życiu jeszcze nie salutował :) a następnie wyjaśnił, że mieszkańcy Granady zmierzają na pielgrzymkę do Huelvy, na dalsze południe Andaluzji. Ale czemu tymi traktorami, końmi i czemu te donice z pelargoniami na wozach cygańskich? I Maryje? „Bo to najbogatsi mieszkańcy Granady, tylko ich stać na takie stroje, wozy, konie i dekoracje” - uzupełniła moją wiedzę Gloria, żona Manuela (ale o nich w oddzielnym rozdziale). Święty oburzył się na moją ignorancję wobec cudów nauki i zaciągnął za ucho w stronę przystanku autobusowego.

Czerwony autobus

Jako środek transportu wybraliśmy wesoły czerwony autobus służący do wożenia leniwych turystów - wszak trzeba było wykorzystać nasze vipowskie karty;) a zresztą fajnie pojeździć po mieście dużym piętrowym kabrioletem. Zaopatrzeni w śniadanie zakupione w piekarni, które okazało się bułą nadzianą czymś co smakowało jak paprykarz szczeciński, napełnieni adrenaliną (dziadu w knajpie dla starszaków zrobił nam taka kawę, że byłam bliska zawału) zapakowaliśmy się do autobusu na pięterko. Uwaga – na górze wieje jak cholera :) I tak, obserwując z góry świat okrążyliśmy miasto i dojechaliśmy do celu.

Warczące dinozaury i orzeł w windzie czyli Parque de las Ciencias

Park naukowy na obrzeżach miasta to rewelacyjna rozrywka. Raj na ziemi dla dzieciaków a jeszcze większy dla dorosłych :) Oj, jaka ja głupia bym była, gdybym tam nie pojechała! A mają tam wszystko, od warczących na ludzi dinozaurów, weków z wężami, szkieletu pegaza, aż po ptaszydła, które myślałam, że są wypchane dopóki jakieś sępiradło nie łypnęło na mnie okiem. Praktycznie wszystkiego można tu dotknąć, zobaczyć z bliska, lub na własne oczy przekonać się jak działają niektóre zjawiska.

Na koniec naszych eksploracji mniej lub bardziej naukowych i po obowiązkowych fotkach pamiątkowych z Darwinem oraz naszą Marysią Curie udaliśmy się w kierunku wieży z widokiem na okolicę. Na szczyt można wjechać windą. Stoimy w tejże windzie ze Świętym i czekamy aż pan z obsługi powiezie nas na taras widokowy, nagle drzwi się otwierają i wchodzi...facet z wielkim ptaszydłem na ramieniu. „Jezuu, i gdzie on z tym dzięciołem!” zaniepokoiłam się na widok stworzenia machającego mi skrzydłami koło nosa i całą ekipą udaliśmy się na górę, gdzie pan pozbył się orła wypuszczając go z tarasu widokowego.

c.d.n.

piątek, 06 lipca 2012
Granada - cz.2

zdążyć przed Japończykami - Alhambra

Do Alhambry najlepiej przyjść zaraz po otwarciu (8 rano), unikniemy wtedy masowych tłumów, które kupiły bilety na późniejsze godziny i w pewnym momencie kumulują się, wtedy nie ma sposobu, żeby ich wyrzucić z kadru :) Rankiem można podpatrzeć jak pracownicy zatrudnieni na terenie kompleksu rozpoczynają swój kolejny dzień w pracy - narzekają na porannego kaca, podlewają roślinność, śpiewają motywy z ichniejszych telenowel (mina strażnika, który mnie zobaczył jak przysłuchuję się jego występowi zza krzaka – bezcenna, a twarz miał pąsową jak róże w sułtańskich ogrodach). Alhambrę najlepiej zwiedzać w słoneczny dzień, wtedy najlepiej doceni się wszystkie fontanny, źródełka i zacienione dziedzińce pałaców. Sułtan sobie tak wszystko obmyślił, żeby udaru nie dostać słonecznego, więc kto szuka cienia i chłodu ten go znajdzie nawet w najbardziej upalny dzień. O Alhambrze w kontekście zajebistości architektonicznej nie będę się wypowiadać, ponieważ kompletnie zgłupiałam widząc to wszystko. Przez cały czas się zastanawiałam jak człowiek był w stanie coś tak pięknego stworzyć. Co tu się nie wyprawia to ludzkie pojęcie przechodzi. Od razu mówię, że fotografie też nie oddają klimatu. Próbowałam robić zdjęcia, ale każde ujęcie wydawało mi się nijakie. Stwierdzę tylko ogólnie, że nie da się zrobić zdjęć Alhambry. To miejsce trzeba poczuć i posłuchać go. Bo żadne zdjęcie nie odda zapachu tysięcy róż i kwitnących drzew pomarańczowych, od których aż kręci się w głowie, ani szumu źródełka w upalny dzień. Z rozdziawioną gębą chłonęłam wszystko jak film, tylko Święty pokrzykiwał na mnie co jakiś czas, próbując przywrócić do realiów „Szybko, wyrabiaj się, Japończycy nadchodzą!”. No właśnie – oddech Japończyków ciągle czuliśmy na plecach i dlatego trzeba było jak najszybciej się przemieszczać (gdyby nas dogonili, na zdjęciach miałabym setkę Japończyków a nie moje lapis lazuli;)

Polski akcent czyli sikanie po sułtańsku

Gdzieś pod Pałacem Nasrydów, uważanym za ósmy cud świata, na dziedzińcu z 800 -letnim cyprysem ujrzeliśmy małą gołą dupinę - oto jakaś młoda para z dzieckiem postanowiła „wysadzić”dziecię. Przechodzący obok turyści zaoponowali, w związku z tym obrażona matka dzieciom odezwała się na głos „No patrz, Kubusiowi siku się zachciało, chciałam go wysadzić, a oni mnie nakrzyczeli”. W ten oto sposób odkryliśmy polski akcent. Być może Kubuś też był uważany przez rodziców jako ósmy cud świata dlategoż zasługiwał na wysadzenie w sułtańskich pałacach a nie normalnie w kiblu.

To co piszą w przewodnikach dla turystów, że trzeba zarezerwować 3 godziny na pobyt w Alhambrze to bzdura. 8 godzin to mało (przynajmniej dla mnie). Pomimo darmowych przejazdów, które mieliśmy z racji karty bono, do Alhambry poszliśmy pieszo, bo moim zdaniem to trochę przegięcie jechać tam autobusem czy taksówką:) Cała droga pod górę do Alhambry zajęła nam jakieś 15 minut z Plaza Nueva.

c.d.n.


Tagi: Alhambra
21:44, lacorsa , vamonos
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 czerwca 2012
Granada - cz.1

Jak nie być ślepym w Granadzie czyli niezbędnik turysty (uwaga - nie dotyczy tzw. rasowych turystów wybierających się do hotelu z całodziennym wyżywieniem)

Przed wyjazdem do Granady kupiłam sobie jedyny dostępny na ten temat przewodnik w empiku oraz przejrzałam kilka „poradników” w internecie, żeby poznać odrobinę miasto, do którego zmierzaliśmy. Powiem tak – gdybym wzięła sobie to poradnictwo do serca i chodziła jeść, spać oraz zwiedzać tam gdzie napisali – kasa przeznaczona na cały tydzień skończyłaby mi się po jednym dniu, a poza Alhambrą zobaczyłabym wielkie g... dlatego też postanowiłam stworzyć swój własny alternatywny przewodnik po Granadzie - taki prawdziwy.

Relację miałam zamiar robić na bieżąco, jednak to co Hiszpanie nazywają ŁYFI nie działało nigdy i nigdzie tak jak trzeba:) więc nadrabiam luki czasowe z lekkim opóźnieniem.

O tym dlaczego biegaliśmy od kościoła do kościoła jak opętani czyli dziękujemy ci, Bono Turisticzku

Cały pierwszy rozdział poświęcę „bono turistico” (tzw. city pass). Jeśli zamierza się spędzić w tym mieście conajmniej 5 dni – warto zaopatrzyć się w taki karnecik. Oszczędzi się dużo czasu na stanie w kolejkach do kas biletowych, poza tym po przeliczeniu kosztów wszystkich wejściówek + biletów autobusowych, za które mielibyśmy płacić oddzielnie, wychodzi, że to dobry deal.

Pomimo problemów, które wynikły jeszcze w Polsce podczas zakupu tychże biletów przez internet, cieszę się, że zdecydowaliśmy się na ten krok. Sama trafiłam na bono przypadkiem szukając w necie informacji na temat biletów do Alhambry, a że info na stronie internetowej jest raczej ogólne, a pani w biurze mówi przez telefon solo espanol, dołożę więc garść informacji od siebie:

Atrakcje, jakie umożliwia nam zakup karty bono za 30 EUR (karta ważna przez 5 dni) to wejściówki do tych miejsc:

Alhambra, Katedra, Capilla Real, Parque De Las Ciencias, Monasterio San Jeronimo, Monasterio La Cartuja

oraz transport po mieście:

9 przejazdów lokalnymi autobusami

24 godzinna przejazdówka czerwonym piętrusem - autobusem:)

Z kartą bono można również doświadczyć szeregu upustów w niektórych sieciówkach, jednak nie zgłębialiśmy tego tematu, bo i tak nie zamierzaliśmy żywić się w Burger Kingu. Nie chodzi mi tu o jakąś awersję do fast foodów, ale w mieście, w którym robią najlepsze kebaby świata zjeść hamburgera w Burger Kingu to zbrodnia przeciw ludzkości. Nie wspominając już o tapas... ale o tym i o kebabach opowiem w osobnym rozdziale.

Prawda jest taka, że gdyby nie bono wcale nie poszlibyśmy do Katedry ani do klasztoru San Jeronimo (no bo po co wydawać po 4 euro żeby wejsć do jakiegoś kościoła, no nie?), ani do Science Parku (no bo po co wydawać po 7 euro żeby pojechać na drugi koniec miasta oglądać jakieś szkielety diznozaurów?). Gdyby nie bono, przegapilibyśmy największy fun ever w Granadzie (Science Park) i przekrój przez niesamowitą architekturę obiektów sakralnych, które oglądaliśmy z zadartymi do góry głowami (katedra jest ogromna) nie mogąc się nadziwić jakie to wszystko piękne. „ Żeby coś takiego zaprojektować trzeba być jakimś zajebistym Michałem Aniołem” - podsumowałam nasze kościołowe ekapady. Gdyby u nas budowali takie świątynie, może i bym się nawróciła;)

Bono umożliwia przede wszystkim wejście do Alhambry na wybrany dzień i godzinę, co jest istotne, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że bilety do Alhambry są limitowane i trzeba ja kupować z dość sporym wyprzedzeniem. Przyznam, że był to główny powód, dla którego zdecydowałam się kupić karnety „bono” – zależało mi na wejściu do Alhambry z samego rana, a bilety na poranne godziny były już od dawna wyprzedane. Szerzej o Alhambrze w kolejnej części, a także o Parque De Las Ciencias, bo miejsce to, dosyć pobieżnie opisywane w przewodnikach jest warte dokładniejszych oględzin.

Problema Impresion

Z duszą na ramieniu poszliśmy odbierać te nasze karty bono w Granadzie, bowiem nadal nie byliśmy pewni czy mamy te bilety czy ich nie mamy:) Pani „solo espanol” wykrzyknęła „bono problema” na nasz widok po czym galopem popędziła po koleżankę co język angielski nie jest jej obcy. Koleżanka biegła w językach po obejrzeniu naszej słynnej korespondencji z ich biurem (bo potwierdzenia zakupu dalej nie mieliśmy) oznajmiła „no problema” i zabrała się do drukowania kart. Po dłuższej chwili okazało się, że przydarzył się „komputer problema” więc odesłano nas na spacer i zalecono wrócić za jakiś czas. Po powrocie za ladą siedział już chłopak rozgarnięty w sprawach drukarki, a nasze karty czakały na odbiór i nie szkodzi, że mamy na nich wydrukowane „problema impresion” - wcale nie wydaje mi się, żebyśmy jakieś specjalnie złe wrażenie wywarli:)

nasze bilety odbieraliśmy w biurze przy Plaza Del Carmen

w oczekiwaniu na rozwiązanie "computer problema" oglądamy dziedziniec i klatkę schodową w sąsiedztwie biura

Info dla fotografistów – w Katedrze można robić zdjęcia (pani przy wejściu będzie instruować aby było bez flesza), w San Jeronimo można (czy z lampą nie wiem, bo takowej nawet nie zabrałam ze sobą do Hiszpanii), za to w ogóle nie wolno robić zdjęć wewnątrz Capilla Real. I siedzi tam pan, który bacznie pilnuje, żeby nikomu ręka się nie omsknęła na fotoaparat. Natomiast w Parque De Las Ciencias można robić dosłownie wszystko, łącznie z usg, graniem na fortepianie i uciekaniem przed tyranozaurem;)

kościół, ale jak się nazywa? nie wiem, zabłądziliśmy, trafiliśmy przypadkiem i jeszcze o początek mszy zahaczyliśmy:)

Katedra i okolice

wnętrza Katedry

klasztor San Jeronimo

c.d.n.


środa, 23 maja 2012
Granada - wstępniak

O tym dlaczego jechaliśmy windą z orłem...

O tym gdzie są najlepsze tapas w mieście i jak Hiszpanie nas paśli...

Oraz jak poili...

O tym jak dwójka niewiernych oglądało po kilka kościołów dziennie i nie można ich było z nich wygonić...

O niezwykłej hiszpańskiej kreatywności...

O "siedzę na koniu"

O tym dlaczego pewnego ranka na Gran Via zaparkowały traktory...

O nietypowych, hmm.. wekach...

O hiszpańskiej modzie...

O kotach w Alhambrze...

O zniewalającym zapachu kwitnących pomarańczy...

Ogólnie o Granadzie...

I o tym po co tam w ogóle pojechaliśmy...

Już niebawem

czwartek, 10 maja 2012
ubicacion
Jeszcze parę lat temu podróżowało się na tzw. wariata, wykazując zainteresowanie ewentualnym noclegiem dopiero na miejscu. Jednak od kiedy posiadam małżonka, którego w przeszłości sukcesywnie karałam atrakcjami noclegowymi typu: spanie na plaży, na dachu budynku, przerabianie fiata punto na przyczepę kempingową, staram się być bardziej odpowiedzialna i myśleć o innych. Z tego myślenia o innych wyłoniło się pierwsze kryterium przy poszukiwaniu noclegu, jakie mi przyszło do głowy: "żeby można było gdzieś w spokoju zapalić". Po chwili zastanowienia dodałam drugie kryterium: „żeby było blisko wszędzie i widok”. Nad trzecim nie musiałam długo główkować, bo było oczywiste: „tanio ma być i schludnie” czyli cheap shit z naciskiem na cheap a nie na shit.
Pomocne w poszukiwaniach okazały się rozmaite portale z wyszukiwarką noclegów, gdzie oprócz cen i podstawowych informacji można poczytać też opinie ludzi o interesujących mnie zagadnieniach. Po wstępnej selekcji i odrzuceniu bardzo podejrzanych miejscówek, a także tych, o których pisano, że karaluchy pod poduchą itp, oraz wszelkich klitek bez okna i balkonu (patrz kryterium nr 1) wyłoniłam swoje typy. Przy okazji wzbogaciłam swe języki obce dowiadując się, że „buena ubicacion” wcale nie oznacza pięknej ubikacji. Tknęło mnie, gdy po raz kolejny przeczytałam taki komentarz pod jednym z hosteli, głowiąc się, o co im  chodzi z tym kiblem??? Fajnie, że jest taki zajebisty, że wszyscy o nim piszą, no ale bez przesady - wszak jadę zwiedzać miasto a nie siedzieć w kiblu. Google uświadomiło mi, że buena ubicacion to żaden kibel, a po prostu „dobra lokalizacja”, więc przy okazji moje kryterium nr 2 nabrało mocy. Ostatecznie urzekł mnie taras na dachu pewnego hostelu w samym sercu Granady. Święty rezerwując pokój upewnił się, czy aby mamy dostęp do tego tarasu, zaznaczając, że my musimy ten taras mieć w najbliższym pobliżu, ponieważ „żona chodzi na papierosa co 15 minut”(co jest oczywiście kłamliwym pomówieniem)
Wygląda na to, że będziemy mieli gdzie spać – oprócz tego jest taras, jest widok, a jedyny zły komentarz o hostelu napisał jakiś Niemiec, w dodatku o imieniu Helmut więc się nie liczy. Helmutom nie wierzę (chyba że ma na nazwisko Newton;)
sobota, 05 maja 2012
majowe podprogi telewizyjne
telewizja szkodzi

Od czego by tu zacząć - może od tego, że złapałam podproga oglądając program "Kolosy Starożytności - Alhambra" na National Geographic. Zapatrzywszy się na gustowny sufit, który akurat mignął mi w telewizorze, pomyślałam, że koniecznie trzeba go zobaczyć z bliska.  I jeszcze sobie pomyślałam, że czas zmienić krajobraz przed oczami, chociaż na chwilę, bo tak dawno nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. I jak to w ogóle możliwe, że będąc parę razy w Andaluzji, zawsze omijałam Granadę szerokim łukiem.

faza planowania

Nienawidzę wycieczek zorganizowanych z biurem podróży i nikt mnie nie zmusi, żebym pojechała na wywczas all inclusive, chyba że po 70-tce. Kwestia lotniska w Lublinie jest nadal w fazie „będzie w 2012 a może w 2013”, więc trzeba się ratować lotniskami posiłkowymi. Padło na Kraków. Może nie jest to najbliższe sąsiedztwo, ale w Krakowie mieszka dawno nie widziana Jolanta, więc wakacje rozpoczną się o dzień wcześniej. Zakupiwszy bilety na trasę Kraków – Malaga, część organizacyjną uznałam za wstępnie zakończoną. Wstępnie – bo przydałoby się jeszcze czasem gdzieś spać w tej Granadzie no i zobaczyć to, co było moim natchnieniem na tą wyprawę – Alhambrę.

sułtańskie kłody pod nogi

Naiwnie myślałam, że aby wejść do Alhambry trzeba po prostu kupić bilet w okienku przy wejściu. Wygląda jednak na to, że to wcale nie taka prosta sprawa. Bilety na każdy dzień są limitowane, więc żeby nie ryzykować pocałowania bogato zdobionej sułtańskiej klamki, należy się zaopatrzyć w nie dużo wcześniej. Zdziwienie moje było ogromne, gdy na stronie z biletami odkryłam, że w okresie, w którym będziemy w Granadzie prawie wszystkie bilety do Alhambry są już wyprzedane, pozostały jedynie jakieś niedobitki na późne godziny popołudniowe, które mnie nie interesują, bo ja potrzebuję porannego światła;) do zdjęć i chcę tam spędzić cały dzień, już sobie upatrzyłam palemkę w ogrodach sułtańskich, pod którą będę odpoczywać:)

exceptionalmento loco

Szukając rozwiązania problemu natknęłam się na stronę z biletami „Bono Turistico”, których zakup umożliwia między innymi wejście do Alhambry, przy czym można sobie bez problemu wybrać dogodną datę wizyty. Jesteśmy uratowani – ucieszyłam się i dokonałam zakupu biletów przez internet. Pod koniec transakcji, zamiast potwierdzenia z kodem, które mam okazać w Granadzie, żeby odebrać bilety (tak, tak, nie można sobie ich normalnie wydrukować od ręki)wyświetlił mi się komunikat „zamknij” i strona powiesiła się w cholerę. Potwierdzenia nie ma, tajemnego kodu nie ma, ale co tam, pewnie przyślą mailem, skoro kasę z karty pobrali, pomyślałam naiwnie. Po kilku dniach oczekiwań napisaliśmy do instytucji odpowiedzialnej za sprzedaż biletów. Pani za biurkiem tam w Granadzie, używając specyficznego dialektu polegającego na dodawaniu do angielskich słów końcówki „eiro” (tak sobie wyobrażam że to pani)najpierw nas upomniała 3 razy, żebyśmy wpisali w formularz from the pajina” POPRAWNE dane. If you have tried rrellenar the questionnaire has to do with the same data I use when I make the purchase as the esccirbio”- dodała. Kurcze, nie mam innych danych personalnych, więc te co piszę muszą być poprawne, denerwowałam się, po raz 10-ty analizując dokładnie każdą literkę w moim nazwisku. Zła na cały hiszpański poziom chaosu posłałam kolejną prośbę o prostą odpowiedź – czy mamy te bilety czy ich nie mamy. W końcu po dwóch dniach pani się obraziła i przesłała kod dodając, że robi to „exceptionalmento”. Tajemny kod zdobyty. Czy faktycznie dostaniemy te bilety? - okaże się na miejscu.