turystka na nieustających wakacjach
środa, 12 czerwca 2013
z pamiętniczka działkowca

Maj

Gdy już zabrakło przestrzeni życiowej w blokowym mieszkaniu, bo z moich malutkich roślinek wyrosła dżungla nadszedł czas by zgarnąć cały ten majdan i wywieźć wszystko w teren.

 „Zgarnąć cały majdan” oznacza znieść miliony skrzynek z sadzonkami z trzeciego piętra na podwórko i zapakować do samochodu. Czynności te wykonywał Święty bo mi się w międzyczasie zepsuło kolano, chodzić nie mogę i tylko się szwędam podpierając laską po pradziadku Walerianie niczym Dr House. Wszystko weszło w trzech turach do naszego volvo kombiaka, który mieści więcej niż powinien i przewoziliśmy już w nim dosłownie WSZYSTKO. W zasadzie powinnam napisać oddzielny rozdział o tym czego to ludzie nie wożą volviakami, bo to bardzo ciekawa sprawa jest. Ale nie o tym ja tu chciałam.. Ptaszki ćwierkają, a ja sobie tu siedzę w zorganizowanym na wzór obozu cygańskiego „letnim biurze” na leżaku pod przyczepą i doglądam. „Pomidory wsadza się w grunt po 15 maja” - wyczytałam w internecie. Jakoś to zdanie najwyraźniej do mnie nie dotarło, bo wszystko siedzi już w gruncie od początku maja, w szklarni misternie skonstruowanej przez Świętego powsadzałam najbardziej cenne odmiany, a na tarasie rosną granaty, mandarynki, awokado i zioła.

Frusciante

Zaobserwowaliśmy, że papryce nieznany intruz podgryza liście. Obstawiliśmy bażanta, który szwęda się tu czasami, jednak okazało się, że intruzem nie jest El Bażante tylko Frusciante. Kicura urodziła się w zimie, więc wiosna, która przyszła odkryła przed nią całkiem inny, nowy świat – świat nowych smaków, zapachów i fruwających owadów.

Taki był maj – bez kwitnący w naszym cygańskim obozowisku, Frusciante eksplorująca roślinność i motyle, „piorunujące” burze oraz ogrodowe eksperymenty.

Czerwiec

Czuję się tu trochę jak na koloniach, tylko ostatni turnus z pogodą nie dopisał. Czerwiec przyniósł pierwsze pomidory

 

są na razie tak duże jak agrest, ale czekam cierpliwie

... i nowy przychówek w naszym mini zoo.

Welcome to the jungle :)

Sama nie wierzę, że sadzonki wyhodowałam w bloku na parapecie:)

Roślinność wybiła w górę, czego nie zauważyłam dopóki nie przejrzałam zdjęć sprzed paru tygodni. Przy okazji wyszło, że pomidory, które miały być „karłowe” urosły na prawie 2 metry i wygląda na to, że rosną dalej. Albo we Włoszech karłowatość oznacza wielkołodygowatość albo pomyliłam się przy opisywaniu sadzonek. Z moim poziomem chaosu w sobie obstawiam to drugie;)Na tarasie w donicach rosną koktajlówki, ale jak tak na nie patrzę, to też zaczynam je podejrzewać o to że są San Marzano ale się nie przyznają, jakieś duuuże te krzaczory...

poniedziałek, 25 marca 2013
z wiosennym przesłaniem

Syndrom gniazdownika

Być może to mój ukryty syndrom gniazdownika, a może niedawny pobyt na wsi spowodował, że znalazłam sobie nowe hobby. Na nieszczęście, owo hobby jest czasochłonne, a czasu ci u mnie niedostatek, więc jeszcze nie wiem jak uda mi się ogarnąć wszystkie moje przedsięwzięcia, ale będę próbować i nie spocznę nim nie zjem własnego pomidora z krzaka :) Zaopatrzywszy się w najnowszy numer „Działkowca” (Święty popukał się w głowę widząc moją lekturę „Jezuuu, już całkiem ci odbiło, gazety dla emerytów czytasz..”) oraz posiadłszy garść tajemnej wiedzy pozyskanej z forum dla ogrodników rozpoczęłam działania mające na celu wyhodowanie eleganckich sadzonek rozmaitych roślin jadalnych, które zamierzam zjeść bliżej lata/jesieni. Z czasem zaobserwowałam, że moje nowe zajęcie wciąga niczym nałóg, a ja nie mam umiaru w grzebaniu w ziemi i wsadzaniu do niej kolejnych nasion. Oprócz cennego czasu moje poczynania wymagają również przestrzeni, której w domu brakuje. Miliony kubków po jogurtach i „doniczek” sporządzonych z butelek po wodzie obstawiają sporą część naszego salonu. Z kubeczków nieśmiało wyglądają sadzonki pomidorów z Syberii, Australii, włoskich pomidorów z przeznaczeniem na suszenie, papryki wszelkiego rodzaju od tych very fuc... hot po zwykłe czerwone słodkie, arbuz też wygląda, fioletowe kalafiory, zielone kalafiory, bazylia, tymianek, estragon, oregano i inne rucole, rozmaryny czy rodzynki brazylijskie. Duży pokój, który z założenia ma być „dużym pokojem” czyli miejscem, w którym ludzie spędzają czas, jest teraz eksperymentalną szklarnią, biurem, w którym pracuję oraz studiem fotograficznym.

O mój rozmarynie rozwijaj się...

W nałóg już mi weszły poranne obserwacje moich upraw eksperymentalnych i tak sobie stoję zwykle z kubkiem kawy i patrzę czy coś nowego „wystartowało”, zadaję sobie pytania bez odpowiedzi typu: dlaczego Black Sea Man jest mniejszy niż San Marzano oraz upominam rośliny, które są bardziej oporne na moje starania „wyłaź, dziadu...”

Taaaaaa. No to ja tu pierdu pierdu o pomidorkach i arbuzach a za oknem elegancka zima...

niedziela, 27 stycznia 2013
przymusowy urlop - cz.1

Nat Geo Wild czyli wsi spokojna, wsi wesoła

Zaraz po przyjeździe czułam się trochę jak na koloniach nie spodziewając się całej masy problemów i zasadzek czyhających na mnie na zdradliwej wsi. Przymusowy urlop przywitał nas zawieją, zamiecią i fochem niektórych nowych „współlokatorów”. Już pierwszego poranka dowiedziałam się, że cały inwentarz ma w zwyczaju spożywać śniadanie o 7 rano o czym cała wesoła zgraja poinformowała mnie miaucząc, szczekając i ćwierkając zanim zdążyłam wypić pierwszą kawę. A oto moi nowi podopieczni:

Frida - ścierściuch, którego trzeba było psychologicznie rozpracowywać, ponieważ przez pierwsze 2 dni nie chciał nic jeść. Na trzeci dzień przypadkiem okazało się, że Frida nie lubi jeść z miski czy garnka, życzy sobie z płaskiej tacki :) Problem rozwiązany

Kicurilla Krystyna Barcelona - mały kicur, głównie śpiący lub uprawiający łobuzerkę.

*update: po kolejnym tygodniu spędzonym w towarzystwie kicury zmieniliśmy jej imię na Burkina Frusciante :)

kwiczoł - o czym dowiedziałam się dziś z internetu, bo do tej pory był dla nas "grubą przepiórką z żółtym dziobem"

kwiczołów jest dwie sztuki, lubią jabłka

sikorek ci u nas dostatek, ciężko je "ustrzelić" bo są bardzo czujne i widzą mnie przez okno, jak się czaję z aparatem:)

na sikorki czai się też Kicura Grande Granda obserwując je nieustannie i do znudzenia, dopóki nie zaśnie ze zmęczenia ;) Kicura to postrach wszystkich stworzeń fruwająco-ćwierkających, na własne oczy widziałam jak zaatakowała bażanta :)

"duży gołąb z żółtym dziobem" - czyli kos (od dziś, w związku z dostępem do internetu)

sójka - nie odleciała za morze, ponieważ bardzo chwali sobie miejscowe jabłka

Mamy też zorganizowaną bandę wróbli, bażanta undercover i małą ślepą kreaturę, którą trzeba za ucho prowadzić do miski z żarciem, na siku i kupę, ale o nich, o innych wiejskich atrakcjach oraz dlaczego leciałam w gumiakach przez podwórko z płonącą węglarką już niebawem...

poniedziałek, 21 stycznia 2013
banicja

Zostałam zesłana na przymusową banicję. Czekają mnie 3 tygodnie bez internetu w sielskim wiejskim otoczeniu. Obowiązki - palenie w piecu i dokarmianie inwentarza: kury - sztuk 6, kuliste gulgoty nakrapiane - sztuk 2, kicury w liczbie 2 (mały i duży), szczekające kojoty - sztuk 2 (w tym jedna kreatura całkiem ślepa i głucha) oraz sikorki + wróble w karmniku ilość nieznana - statystyki wobec sikorek będę przeprowadzać na bieżąco. Fotoreportaż niebawem. Stay tuned...

poniedziałek, 16 stycznia 2012
boazerion destruction

Misja ”kuchnia” wstępnie ogarnięta. Efekt - zakwasy jak po meczu rugby, nieplanowany permanentny niebieski manikiur, ale za to powiało Skandynawią. Jednak nie wszystko poszło gładko i zgodnie z planem.
Po pierwsze - preparat do usuwania lakieru próbował usunąć mi również oczy, więc zrezygnowałam z tej techniki na rzecz tradycyjnych sztuk walki z drewnianą ścianą – atak na boazerię przy pomocy papieru ściernego.
Po drugie – chciałam granatowy sufit. Niestety zakupiona farba z kolorem „burzowa zima” okazała się „słodkim pierdnięciem niemowlaka w odcieniu wściekły niebieski” i po kilku maźnięciach pędzlem wpadłam w panikę widząc efekt. „Żeby chociaż trochę ciemniejszy był, to by się ta wścieklizna kolorystyczna nie rzucała w oczy” - lamentowałam. „Trzeba ratować sufit” - podjęłam więc drastyczną decyzję, by odrobinę zmodyfikować kolor dodając do niego odnalezione na strychu próbki z farbami. Pomimo ostrzeżeń Świętego, który próbował mi wytłumaczyć, że nie miesza się farb różnych producentów, w różnych kolorach, wpakowałam do słoika Gniew Oceanu, Royal Navy i szczyptę fioletu, zaprawiając nimi Burzową Zimę. Po energicznym wymieszaniu wszystkich produktów powstał kolor o nazwie GOPZWPP (Gniew Oceanu Powstały Zimą W Przypływie Paniki). Sytuacja sufitowa została opanowana. Nie można mieszać? Można:)

update*

Sytuacja poglądowa (już po malowaniu boazerii na biało, ale jeszcze przed działaniami artystycznymi mającymi na celu upiększenie/oszpecenie kuchni)

I czas na działania artystyczne:

Zdjęcie do zawieszenia nad kuchennym stołem (fotka cyknięta na wakacjach, rama odnaleziona w odmętach kuchennych rewolucji - za szafkami się ukrywała przez kilka lat) 

Kuchenny stół też padł ofiarą działań artystycznych...

i mały stolik, na którym robiłam eksperymenty zanim zdecydowałam się "popsuć" stół w kuchni

poniedziałek, 09 stycznia 2012
rokokoko w Maroko
 Nagle, po półrocznej ciężkiej harówie od rana do nocy, godzinach poszukiwania bielszego odcienia bieli, poprawianiu po kosmetyczce, księdzu i fryzjerce okazało się, że mam wolne. Sezon ślubny zakończony. Poczułam się dziwnie, nie musząc wstawać o 6 rano do komputera. W pierwszy wolny dzień kręciłam się po mieszkaniu poszukując jakiegokolwiek zajęcia zamiast cieszyć się możliwością odpoczynku. Święty mówi, że mam syndrom żołnierza po wojnie. Na drugi dzień wygrzebałam zaległe zdjęcia do obróbki, ale po kilku minutach okazało się że ja już nie mogę więcej patrzeć na zdjęcia. Alergię mam.
Zabrałam się więc za twórczość stolarsko-malarską. Wykorzystując pochopnie wypowiedziane przez Świętego słowa „Możesz pomalować drzwi od szafy w przedpokoju” (tak, tak, ja wiem, że trudno w to uwierzyć, bo ostatni wpis dotyczący remontu był z kwietnia, ale on dalej trwa...)zakupiłam zestaw do bejcowania w kolorze turkusowy błękit, żeby nadać drzwiom charakter z lekka marokański. To nic, że turkusowy błękit okazał się w międzyczasie seledynem sraczkowym. Wbrew kłodom rzucanym mi pod nogi przez producenta bejcy, który to prawdopodobnie powlewał do buteleczek losowo wybrane kolory nalepiając na wszystkich jednakową etykietę, pociągnęłam po seledynie niebieskim, poprawiwszy następnie własnoręcznie skomponowaną mieszanką kolorytyczną aż uzyskałam satysfakcjonujący mnie kolor, którego odcień zmienia się w zależności od rodzaju oświetlenia. Jest Maroko jak w mordę strzelił. Teraz rozmyślam nad zakupem drewnianych skrzyń z planem kreatywnego „popsucia” ich gustownym dekupażykiem marokan stajl. Wprawdzie nie wiem jeszcze jak, bo nie umiem, ale chęć nauki mnie rozsadza. Skrzynie będą stały na górnej półce zastępując pawlacze boazeryjne, których już nie ma.
W oczekiwaniu na zakup odpowiednich skrzyneczek, przyjrzałam sie krytycznie naszej kuchni, gdzie nadal króluje nieśmiertelna boazeria. W przedpokoju zerwaliśmy, ale kuchnia ocalała.
„Jakby tak pomalować to całe dziadostwo na biało to wyszłoby może tak trochę skandynawsko, świeżo i jasno” – myslałam głośno. „Ja nie chcę brać w tym udziału” - Święty popatrzył na mnie krytycznie.
„Jak zrobię dodatki granatowe to taki motyw przewodni marynistyczny trochę będzie, i ten obrazek od Karrin by pasował, wcale nie szkodzi że francuski, taki będzie skandynawian – frencz - maroko- marine stajl” - zaczęłam kombinować. Święty uciekł do swoich zajęć.
Zaopatrzywszy się w preparat do zdejmowania poprzednich warstw lakieru (śmierdzący jak cholera), szpachelkę, pędzel i farbę do drewna w kolorze „skandynawski szron” zabrałam się do roboty. Zobaczymy co wyjdzie...
środa, 29 czerwca 2011
busy as hell

Przyznam, że zaniedbałam ostatnio bloga, wyjmę więc Magnusa śliwkowego z lodówki i napiszę chociaż parę słów, bo od zdjęć odrzut mam (hmm..ciekawe czy dlatego, że spędzam nad nimi jakieś 15 godzin dziennie od kilku tygodni, czy jest może inna przyczyna tej niechęci?) Z kwestii remontowych - jak wydłubaliśmy zimą tą boazerię, tak nadal tkwi wydłubana, a właściwie nie tkwi, bo jej nie ma, ale zastępnika żadnego też nie znaleźliśmy, więc sprawa ucichła. Już mi to nawet przestało przeszkadzać, przyzwyczaiłam się. Zresztą nie mam czasu się nad tym zastanawiać, bo ciężka harówa się zaczęła, terminy gonią, nadgarstek boli i pogoda nie chce współpracować, a ja ni cholery nie potrafię jej przewidzieć, co jest mi ostatnio wręcz niezbędne. Ale w każdej pracy jest też jakaś rozrywka, ostatnio na przykład miałam okazję obserwować puszczanie lampionów nad stacją benzynową:) Zostałam również zdekonspirowana na weselu przez jednego gościa, a moje metody pracy ujawniono:

gość: Ja Cię obserwuję i już widzę, że fajne foty będą, bo inaczej robisz niż normalnie

ja: To znaczy jak??

gość: No bo Ty wychodzisz z krzaków i nagle ... jeb ich wszystkich z zaskoczenia!

:)

niedziela, 10 kwietnia 2011
w tak zwanym międzyczasie...

Nadal nie mamy koncepcji na przedpokój, więc prace stanęły w miejscu. W międzyczasie Święty zapodał pomysł na kreatywne wykorzystanie resztek zdewastownej boazerii i wymyślił taką oto aranżację ściany na czas naszych przemyśleń "co dalej i w którym kierunku";)

środa, 26 stycznia 2011
uwaga! trwają prace budowlane

 W końcu dojrzeliśmy psychicznie do zmian. Na pierwszy ogień poszła łazienka, która z całym swoim rokokoko z lat 60-tych doprowadzała nas do szału. Z dziką satysfakcją obserwowałam jak Święty pacyfikuje różowo – bąbelkowe kafelki młotem pneumatycznym. „Żeby tak jeszcze przy okazji boazeria w przedpokoju odpadła niechcący” - zaciskałam kciuki. Nikt nie przewidział jednak małych szczegółów, które zmieniają całkowicie pojęcie o przeprowadzeniu takiej akcji. Po pierwsze - że remont to nie tylko wizja lepszego wyglądu pomieszczenia, lecz również – kłótnie i awantury o kolor płytek, gruz sypiący się na głowę, pył w zębach, nosie i pod klawiaturą, bieganie po sąsiadach za kiblem i prysznicem oraz tym podobne problemy logistyczne.

A zaczęło się od plaży nad oceanem. A właściwie od siedmiu luksferów w kolorze lazur, zakupionych pod wpływem chwili do zalepienia okienka pomiędzy kuchnią a łazienką.

"Może na podłogę ciemny brąz, jasny beż na ścianę, żeby powiększyć optycznie przestrzeń, a rurę na okrągło się oblepi mozaiką w barwach morskich" – wysnułam swoją wizję na głos, po czym spotkałam się z ogólnym oburzeniem Świętego, panów z ekipy i Wielkiego Szefa. „Gdzież niebieski z brązowym!” - zakrzyczeli mnie, więc się obraziłam. Przez kolejne dwa dni próbowałam różnych forteli usiłując przeforsować swoją wizję. „Jeśli morze i piasek na plaży ładnie wyglądają razem, a do tego molo jest ciemne to i w łazience będzie ładnie wyglądać” - tłumaczyłam, lecz nikt mnie nie chciał słuchać. Miarka się przebrała, gdy Święty w budowlanym markecie łaził za mną z facetem z obsługi przekonując do swoich racji, i tenże autorytet od kolorów pokazał paluchem na wściekle żółte kafle, mówiąc „O,takie ecru by pasowało”. O nie, żadni daltoniści bez wyobraźni nie będą mi się wtrącać do łazienki – strzeliłam focha i ogłosiłam kapitulację.

Na drugi dzień przyjechał Wielki Szef. „Wiesz co, ja przemyślałem ten pomysł i stwierdzam, że to będzie bardzo dobrze wyglądać” - wyparował od drzwi.

Na trzeci dzień Święty przy okazji oglądania płytek na podłogę przywlókł kawał niebieskiej mozaiki z drugiego końca sklepu, przyłożył i powiedział - „To mi się podoba, tak byłoby ładnie”.

„Jak chcecie to zróbmy brązową, mnie już wszystko jedno”- powiedziałam.

„Brązowa będzie nudna” - powiedział Wielki Szef

„Mnie się niebieska podoba” - powiedział Święty

„W końcu jakieś dobre połączenie, a nie zielony ze szlaczkiem jak u normalnych ludzi”- powiedziała pani w sklepie (czym sprowokowała mnie do przemyślenia słowa „normalny”)


Decyzje zapadły. Co wyjdzie – zobaczymy. Na razie wielki armagedon trwa...

***

update obrazkowy:

update sytuacyjny:

W sobotę wpadliśmy na genialny pomysł, żeby spacyfikować cholerną pomarańczową boazerię w przedpokoju. Święty od razu wyciągnął młotek i przeszedł do czynów. Zrobiło się jaśniej. Odkryliśmy gustowną tapetę w cegiełki na ścianie. Niestety nie odkryliśmy żadnych zakamuflowanych skarbów ani pieniędzy w słoikach po poprzednich właścicielach. Na razie żyjemy w stanie zawieszenia - boazeria już wydłubana do połowy (czasem któreś z nas podejdzie i walnie młotkiem w ramach ćwiczeń relaksacyjno - gimnastycznych), ale wizji na "co dalej" nie mamy jeszcze żadnych.



sobota, 18 grudnia 2010
na biegu

Mikołaj przyjechał w tym roku w międzyczasie. Na biegówkach. I przywiózł Sprocketa. O Sprockecie zwanym rakietą będzie poźniej, jak tylko odzyskam dowody strzelania z plastikowego pudełka, a o biegówkach...no cóż - trzeba było założyć, rozjeździć i nabawić się porządnych zakwasów.

Nie, żebym umiała jeździć, ale radocha jest pomimo braku umiejętności:) Sezon narciarski po lubelsku uważam za otwarty.

piątek, 18 czerwca 2010
I'm still alive

Zapuściłam tego mojego biednego bloga, aż mam wyrzuty sumienia, że nic nie piszę. A nic nie piszę bo się w końcu za uczciwą robotę wzięłam, stworzywszy sobie samej stanowisko pracy, więc udzielam się teraz jako swój własny kierownik i robol zarazem. Takie połączenie może nie jest najlepsze w moim przypadku, bo kiedy kierownik wydaje polecenia, robol często odmawia posłuszeństwa, gdyż pojęcie „samodyscyplina” nie leży w jego naturze. Trzeba go będzie na jakieś kursy doszkalające w tym kierunku wysłać;) Firma rozwija się na bazie niczym niezmąconego optymizmu, abstrakcyjnych wizji, wydumanych pomysłów oraz poczuciu szczęśliwości, że jest się czym bawić (i nic mnie nie powstrzyma) Przy okazji ta zabawa zajmuje większość wolnego czasu (czym jest do cholery „wolny czas”?) więc na grafomańskie poczynania już go nie wystarcza. Poza tym gdybym miała opisywać ostatnie działania, musiałabym wspomnieć o drewnianym kiblu na billboard, o bóstwie w złotym audi, o Tadż Mahalu, o dwudziestu kolesiach w lajkrowych gatkach, o pannie młodej co ją barszczem czerwonym polali , o cudownym odkryciu Wampirzyc...a nie mogę bo to wszystko jest tajemnicą handlową, a w szczególności już Wampirzyce trzymam w tajemnicy przed światem.

Pierwsze pół roku tego wariactwa za mną, więc uznawszy, że zasłużyłam na nagrodę, wyruszam niebawem na północ odetchnąć świeżym powietrzem i zobaczyć starych, dobrych znajomych z kraju dzikich pum i różowych gumiaków.

stay tuned


piątek, 09 kwietnia 2010
na tropie manekinów

Jezuuu, jak ja się nie umiem ubrać! Najgorzej jest, gdy trzeba skompletować jakieś odzienie gustowno-wizytowe. Właśnie nadszedł ten czas...Za tydzień idę na ślub, wprawdzie do roboty idę, a nie rosół jeść i wódką zakąszać, ale w dresie przecież nie polecę, bo mi ksiądz legitymację wjazdu do kościoła anuluje. Święty Robek już zna moje zdolności do kupowania rzeczy, które oddzielnie są może i ładne, ale w kupie kompletnie do siebie nie pasują, więc wymyślił taki oto system: "Ty weź przejdź się po sklepach i obserwuj manekiny na wystawach. Jak ujrzysz takiego, który ładnie jest przyodziany, to leć do sklepu i bierz wszystko identyczne co na tym manekinie. Jak jemu wszystko pasuje, to i tobie musi."

wtorek, 16 lutego 2010
Miś 3

W urzędach są zawsze jaja. Najlepsze były kiedyś w skarbowym, gdy pani za biurkiem kazała mi wypełnić druczek, pójść korytarzem w prawo i do końca i wrzucić go do skrzyneczki na drzwiach, a na moje pytanie, kto te dokumenty później wyjmuje z tej skrzyneczki odpowiedziała: "Jak to kto? no ja przecież!"

I nigdy nie zrozumiem, dlaczego nie mogłam tego papierka jej zostawić na biurku, żeby nie musiała tym korytarzem po niego lecieć.

A dziś poszłam do miejskiego z jedną małą sprawą do załatwienia. Pokój, do którego dostałam wezwanie zamknięty był na klucz. Pewnie poszła po koleżankach, myślę sobie, więc zastukałam do pokoju obok. Pan, który tam urzędował udzielił mi informacji, że on nie wie, bo tak samo mógłby pójść do mnie do domu i pytać gdzie jest moja sąsiadka, a ja bym nie wiedziała, bo może ona poszła na zakupy. Trochę mnie to porównanie zastanowiło, bo przecież moja sąsiadka nie ma tabliczki na drzwiach, że urzęduje od 10 do 14. Ale w międzyczasie nastąpił przełom, drzwi obok trzasnęły, więc pożegnałam miłego pana i zastukałam ponownie pod drzwi docelowe. Bezczelnie pozwoliłam sobie zaglądnąć do środka i usłyszałam: "Wyyyyyjść! Proszę wyjść! Ja zdenerwowana teraz jestem! Od lekarza wróciłam!" Wypchnięta tym okrzykiem za drzwi usiadłam na krzesełku by powoli dojść do siebie i uszczypnąć się w rękę, celem sprawdzenia, czy mi się śni, czy ja faktycznie siedzę w urzędzie miasta. W efekcie sprawę załatwiałam u innej pani, do której w międzyczasie przyszła koleżanka z jakimś papierkiem do reklamacji. Jak tylko drzwi się za nią zamknęły, pani nie wytrzymała. Wzniosła ramiona ku niebu i huknęła: "Ja już żygam tą biurokracją!"

:)))

Jaja, co nie?:)

A koleżanka mówi, że teraz w urzędach się już nie robi paznokci przy petencie, tak jak kiedyś, tylko zajada śledzie typu matjas. I ja jej wierzę. Bo w urzędach są zawsze jaja i jest fajnie.

środa, 25 listopada 2009
fryzjer z pasją

Do długich włosów jakoś nigdy nie miałam cierpliwości, bo albo drastycznych zmian nagle mi się chciało, albo człowiek eksperymenty urządzał na głowie a potem maszynką zmuszony był interweniować i golić glacę na łyso, albo trafiał na fryzjera z konkretną wizją. Tym razem miało być inaczej. Będę zapuszczać włosy - postanowiłam. Dam sobie podciąć zniszczone końcówki i do lata będę już mogła warkocze kręcić. Pozostało pójść do fryzjera, żeby się tym profesjonalnie zajął. Trafiłam na fryzjerkę z pasją...

Pasją pani Elwiry jest cięcie. Jak się dorwała do nożyczek to nie potrafiła się opanować, z szaleńczym błyskiem w oku cięła, cięła, cięła..."Co tam pani tak szaleje pani Elwiro?" - zapytałam zaniepokojona, bo Elwira jak stanęła mi za plecami i odwróciła razem z krzesłem od lustra (żeby jej było wygodniej) tak nie chciała stamtąd wyjść. "Ja tu troszkę muszę podcieniować no i te końcówki, tak jak sie umówiłyśmy" - uspokoiła mnie. Chlast, chlast, chlast. "I grzywki odrobinę wytniemy, żeby się lepiej układało, dobrze?" - podleciała do przodu i zanim wydusiłam z siebie odpowiedź up.....a mi nad oczami jednym chlaśnięciem. "Bo ja mam wizję"- wytłumaczyła, likwidując jednocześnie to co zostało i jeszcze nadawało się do obcięcia. Następnie z bólem serca odłożyła narzędzie zbrodni zabierając się za końcową fazę (modelowanie), jednak po chwili uznawszy, że to nie to, złapała znowu za te nożyczki, aby poprawić efekt końcowy.

A efekt końcowy jest taki, że z włosów do ramion zostało mi po parę centrymetrów w każdą stronę (bez grzywki, bo ona jeszcze krótsza) Wyglądam jak za starych dobrych czasów w podstawówce, kiedy miałam fryzurę "od rondla". "Trochę jak średniowieczny bohater" - podsumował Święty Robek. "Założysz płaszczyk, koronę uroków, zbroję elfów, łuk, nabędziesz doświadczenia i możesz robić za bohatera w Heroes of Might and Magic"

Póki co poziom chaosu mam w stopniu mistrzowskim.

niedziela, 18 października 2009
digital smoker

Wypatrzyliśmy ten wynalazek przy okazji, a Święty Robek zatargał mnie za ucho do stoiska, żebym się zainteresowała, bo to taki papieros na niby, więc normalnych może bym nie paliła. Zmienił zdanie, gdy ujrzał cenę, więc w domu skonstruował mi substytut zawijając latarkę w papier toaletowy. "Idź teraz do kuchni, odpal czajnik, nachyl się z tą latarką i będziesz miała e-papierosa" - zapodał instrukcję obsługi:) Nie rzuciłam się mu na szyję z entuzjazmem, więc przemyślał sprawę jeszcze raz, przekalkulował i po tygodniu rzucił hasło: "Jedziemy ci kupić profesjonalną latarkę". Sama byłam ciekawa jak działa taki e-papieros i czy choć trochę będzie przypominał prawdziwą fajkę, więc wykazałam szczerą chęć i zadeklarowałam kolejne rzucanie palenia - tym razem "na latarkę". Cała radość polega na tym, że z tego sztucznego niby - papierosa leci para, która wygląda jak dym. Do mnie to przemówiło, o 2 fajkach przez cały dzień wytrzymałam bez specjalnego "wytrzymywania". Wprawdzie zaciągając się tą elektroniczną fajką wciągam nikotynę, ale już bez substancji smolistych co oznacza, że nie ma smrodu i palę legalnie w domu, zamiast wysiadywać na balkonie w deszczu, śniegu i gradobiciu. I jeszcze tylko muszę sobie wmówić, że "prawie nie robi wielkiej różnicy..."

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7