turystka na nieustających wakacjach
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Szkocja, dzień dwunasty i trzynasty

Od rana szukamy po wsi działającej drukarki, żeby wydrukować bilety na powrót. Ostatecznie zmuszeni jesteśmy zapisać się do biblioteki publicznej, żeby skorzystać z komputera. Czas na pakowanie, pozbywanie się ostatnich blaszaków funciaków i zgrywanie 50 giga zdjęć. I czas na małe conieco

               ostatnia wieczerza przed wyjazdem

Szkocja żegna nas deszczem i chłodem. Odziana w grube skarpety, dżinsy i dwie bluzy nie wiem co ze sobą począć po wyjściu z lotniska w Warszawie (jakieś 32 stopnie ciepła). Szokiem termicznym kończymy wakacje.

Szkocja, dzień jedenasty

Portencross

Largs Yacht Haven (jak dla mnie - heaven)

I gdyby mnie siłą nie zabrali z tej mariny to pewnie bym tam została na jakiś miesiąc, dwa albo trzy lata. Już sobie gustowny katamaran upatrzyłam...

Largs

Szkocja- dzień dziesiąty

Irvine

wtorek, 30 listopada 2010
Szkocja, dzień dziewiąty

.

Nawet, gdybyśmy chcieli zostać dłużej, pogoda nie sprzyja biwakowaniu. Leje od dnia poprzedniego ciągiem i nie zanosi się na poprawę. W Tobermory nie ma campingu, więc parkujemy naszą "sypialnią" w centrum miasta - w porcie, pomimo zakazu. Nie ma tłumów, więc udaje się nam nielegalnie przespać noc w marinie bez żadnych problemów. Poza tym część nocy spędzamy w pobliskim pubie oglądając występ kapeli z sąsiedniej wyspy. Wartym odnotowania jest fakt, że koleś grający na dudach wyglądał jak z reklamy Marlboro (według Karrin) i nie widziałyśmy jeszcze nikogo, kto tak dobrze wygląda w spódnicy:) Co by chłopaki nie zagrali to i tak koncertowi towarzyszyły piski i ogólny ślinotok lokalnych dziewcząt. Taki frontman to prawdziwy skarb marketingowy dla zespołu.

powrót

Po raz kolejny lądujemy w Oban, jednak znowu tylko przejazdem, więc tradycyjnie już "strzelam przez okno". Miasto jest warte dokładniejszych oględzin, więc obiecuję sobie, że kiedyś tu wrócę.

Na trasie trafiamy przypadkiem na gustowną kapliczkę, w której poza nami nie ma żywego ducha (oprócz ducha Bruce'a)

                           c.d.n.

sobota, 27 listopada 2010
Szkocja, dzień ósmy

Isle of Mull

Porankiem ekipa uzupełnia niedobór kofeiny w organizmach, zwija cygański obóz i rusza na prom. A na promie najbardziej cieszę się z prądu:) bo w końcu mogę zgrać zdjęcia z aparatu i "uwolnić pamięć".

Za plecami Oban, przed nami wyspa Mull...

Jedziemy w kierunku Tobermory, po drodze mijamy wysyp hiszpańskich turystów ganiających po polu za krowami

Tobermory było dla mnie pechowe. Okazało się (po powrocie) że niechcący unicestwiłam cały folder z najlepszymi zdjeciami z miasteczka. Szkoda mi:(

Miasteczko było kolorowe, bajkowe, ale ...ciasne. "Jedźmy do Calgary" - zaproponował Jake.

                             Calgary Bay

Na długo po tym, jak przykleiła się do nas watacha pociesznych kojotów na plaży (każdy z innej parafii, ale głównie z tych "puniowatych") i zaraz po tym, jak na chwilę zaświeciło słońce nad zatoką, nadeszła burza

     

A podczas burzy ludzie różne rzeczy robią. Niektórzy obserwują deszcz z bezpiecznego schowka w samochodzie, inni idą góry zdobywać w ...gumiakach bez pięt. Konsekwencją nadmiaru świeżego powietrza i dzikich wrażeń był nagły powrót do miasta.

                              c.d.n. 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Szkocja, dzień siódmy
Road trip

Od sąsiadów z domu wyszedł Alan. „Fofasewyyylnajłeediinuu”- rzucił na powitanie zauważając Świętego. Święty zamilkł po czym uciekł w popłochu. „Nie śmiej się tylko tłumacz, co on właśnie do mnie powiedział”- zawołał do Jake'a, który zanosił się ze śmiechu obserwując całą sytuację przez uchylone drzwi. Wszyscy nadstawiliśmy uszy z zainteresowaniem... (specyficzny slang Alana od zawsze pozostawał dla nas tajemnicą)

The forecast says it will be nice weather this afternoon”

Załadowawszy do kampervana wszystkie możliwe niezbędniki, ruszyliśmy na północ.

"Jest na trasie taki pub, do którego przyjeżdżają motocykliści z siekierami za pasem, ubijają turystów i zakopują ich w lesie" - Jake zarzucił ciekawostkę. "Musimy koniecznie tam pojechać!!!" - wszyscy byli za.

                        The Drovers Inn

Pogłoski o motocyklistach z siekierami okazały się mocno przesadzone, w związku z tym bez uszczerbków na ciele i umyśle mogliśmy kontynuować naszą wycieczkę.

Oban

Pierwszy cel - fish & chips

Miasto obserwuję zza samochodowej szyby, bo nie ma czasu na zwiedzanie, musimy znaleźć jakąś miejscówkę na nocleg

Ganavan Sands (Cel drugi - kwaterunek)

Stacjonujemy na plaży z widokiem na zachód słońca. Mamy tu wszystko (oprócz prądu). Karty pamięci do aparatu znikają w zastraszającym tempie, trzeba zgrywać na lapka, którego nie ma gdzie podłączyć.

Jutro płyniemy na wyspę, którą widać na horyzoncie.

                              c.d.n.

  

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Szkocja, dzień szósty

Szkocję uwielbiam za niebo. I za chmury - zawsze można na nie liczyć.

Ardrossan, Saltcoats i okolice

                          Ardrossan

                           Saltcoats

Georgia On My Mind i scottish salmon

Przy okazji wpadamy do Jake'a mamy na kolację (szkocki łosoś, sałata i pieczone ziemniaczki wydłubane od Jake'a z ogródka + łakocie na deser) Na popitkę wino lub single malt do wyboru. I mogą mnie tak wypasać i poić codziennie. Nie mam nic przeciwko;)

Dom Margaret ma w sobie odrobinę magii...

 

Szkocja, dzień piąty

Hangover. Żeby załagodzić objawy przyjmujemy scottish breakfast. Na talerzu: usmażona kaszanka, jaja, kiełbacha, skwierczący bekon, tłuszczyk elegancko spływa po brodzie, plus plasterek pomidora dla równowagi. Do tego - uwaga: majonez extra light i keczup ze zredukowaną ilością soli:) żeby uciszyć wyrzuty sumienia. Potem idziemy na wieś do sklepu, żeby zaopatrzyć się w pomarańczowy płyn orzeźwiający. Bo na kaca trzeba wypić puszkę Irn Bru i człowiek jest jak nowonarodzony.

Po porannych rytuałach jedziemy do Muirshiel Country Park żeby wdrapać się na Windy Hill i zobaczyć czy nie skaczą z wodospadu. Niestety nie skaczą, bo za zimno.

poniedziałek, 26 lipca 2010
Szkocja, dzień czwarty

                      powrót do przeszłości

Z zakwasami po akcjach alpinistycznych wyruszamy do starej, dobrej, znajomej mieściny.

Lądujemy u Karrin w mieszkaniu z widokiem na krowy na wypasie i idziemy na obchód. A we wsi bez zmian. W pubie nadrabiamy wszystkie braki informacyjne, słuchamy najświeższych plotek i miejscowych sensacji. Rozpoczyna się quiz night, szybko formujemy ekipę i zgłaszamy udział. W międzyczasie Święty zapragnął lokalnej degustacji więc próbuje wypić wszystko z butelek i kranów. W quizie zajmujemy 3 miejsce, rozwaliła nas piłka nożna, zabrakło w drużynie jakiegoś porządnego kibica.

poniedziałek, 19 lipca 2010
Szkocja, dzień trzeci

              Scottish Highlands

Od rana zbieramy się do wyjazdu w góry, ja ciągle z nadzieją, że nie będą mi po nich kazali chodzić:) Nie nadaję się do górskich wycieczek. Ekipa próbuje mnie odziać w elementy stroju alpinistycznego, poszukując po okolicy obuwia w rozmiarze 39, które nie jest japonkami ani trampkami z dziurawą podeszwą. Wyposażona w białe adidasy na rzepy od syna sąsiadki z końca ulicy oraz przeciwdeszczową kurtkę i rękawiczki od mamy Karrin oraz dres z trzema paskami;) daję się wepchnąć do kampowozu i wywieźć w Highlandy. Jedziemy do miejscowości Rowardennan nad jeziorem Loch Lomond, aby stąd rozpocząć wyprawę na szczyt góry

Ben Lomond wznosi się na 974 m.n.p.m. o czym dowiedziałam się dopiero na drugi dzień, bo przez całą drogę mi kłamali, że "jeszcze tylko pół godziny i będziemy na szczycie" I dobrze, że kłamali, bo inaczej za cholerę bym tam nie weszła:) Pierwszy kryzys miałam po 10 minutach, gdy odkryłam, że już jestem zmęczona, a to dopiero początek. Zabrawszy ze sobą zabawki do cykania fotek, zajęłam się więc pstrykaniną i podążałam bezwiednie za resztą, starając się marudzić mniej niż zwykle. Gdzieś tam, w te chmury mieliśmy iść, ale nikt nie chciał mi pokazać palcem gdzie konkretnie, z przyczyn wiadomych.

Wyprawę rozpoczęliśmy w podkoszulkach, po godzinie zaczynamy zakładać na siebie wszystkie części garderoby, które wzięliśmy ze sobą. Robi się zimno, wieje silniejszy wiatr, momentami łapią nas przelotne deszcze. Próbuję się dowiedzieć, czy mają tu ichniejszy szkocki GOPR, co wyśle po mnie helikopter, w razie gdybym wymiękła w połowie drogi, ale kompania konsekwetnie mnie ignoruje.

             on top of the world;)

Mamy dosłownie 3 minuty na szybkie cyknięcie kilku fotek, ograbienie angielskiego turysty z tabliczki czekolady przez Karrin i musimy uciekać na dół, bo zbliża się ciemna chmura.

Drogę powrotną traktuję jak wybawienie (w końcu można zapalić, bo nie trzeba się wspinać ani chodzić na czworakach). Opóźniam zejście, bo przecież nie po to leciałam tyle  kilometrów, żeby zdjęć po drodze nie zrobić. Misję mam i tyle. A w dole widać Loch Lomond.

 

 

 

 

 

 

 

W końcu gdzieś, gdzie jest płasko. Przetrwawszy całą trasę bez większych uszczerbków na ciele, nie omieszkałam sobie skręcić kostki jakieś 100 metrów przed parkingiem. W końcu nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła, nie? Do Clansmana na spotkanie z naszymi Szkotami, którzy dobiegli tam wcześniej pędem, dowlokłam się wsparta na Robkowym ramieniu.

W nagrodę zasłużony pint of lager, a później "Lomond burger" z kopą frytek i do domu.

Szkocja, dzień drugi

Po ciężkiej nocy czas na dużą dawkę energii. Od tej pory witaminy zobaczymy tylko w telewizji, bo prawdziwe szkockie śniadanie to dużo tłustego, smażonego i ciężkiego, czyli popularny fry-up. Po takim śniadaniu człowiek może przechodzić cały dzień nie czując głodu. Zaznaczę, że na prezentowanym talerzu jest moja porcja, czyli minimalna (normalnie nie jadam śniadań), reszta ekipy wchłonęła dużo większe dawki...

Z rana skanujemy mieszkanie po imprezie próbując zrobić bilans zysków i strat. Straty - większość płynnych zapasów odeszła w zapomnienie, zyski (chociaż nie wiem czy ich do strat nie zaliczyć) - dwóch niedbitków poimprezowych - jeden na salonowej kanapie, drugi w kampowozie zaparkowanym na ulicy oraz znaleziona para dresów (a właściwie ich pozostałości) wyglądających jak po okrutnej walce.

Za oknem wichry i deszcze, wycieczki nam nie w głowie, więc jedziemy z Karrin do Glasgow na zakupy. Po 4 godzinach szwędania się po mieście, próbuję przemknąć do pokoju na górę niewidzialna, ukrywając wypchane siaty przed Świętym. Nie udaje się:)

c.d.n.

Szkocja, dzień pierwszy

(everywhere you go always take the weather with you)

Właściwie powinnam napisać dzień 0, bo dzień pierwszy objął dwa dni. W związku z "rewelacyjnym" połączeniem autobusowo-kolejowym pomiędzy Lublinem a Warszawą pierwszy etap podróży rozpoczęliśmy przed północą wyruszając do stolicy własnym pojazdem, aby go następnie porzucić na jednym z okołolotniskowych parkingów i dotrzeć na Okęcie. "Popatrz sobie uważnie na słońce i zapamiętaj jak wygląda, bo przez najbliższe dwa tygodnie nie będzie szans na taki widok" - poradziłam Świętemu. Szkocja przywitała nas chłodem, wiatrem i mało pozytywną prognozą na najbliższe dni. Jake przywitał nas prezentacją zapasów na wspólne wakacje...

i zapowiedzią grilla, na który zaprosił najbliższych sąsiadów

W ogródku przywitały nas kury (rasa: no fear), którym niestraszne ucieczki, rozmowy z ludźmi, ani noszenie na rękach przez dzieciaki z sąsiedztwa.

 

Podczas, gdy na zapowiedzianego grilla zaczęła napływać nadprogramowa, niekontrolowana liczba gości, przez miasteczko przeszedł marsz oranżystów.

A na ogródku sąsiedzi dawali popisy akrobatyczne

Druga doba bez snu, a u Jake'a na imprezie połowa miasteczka i przedstawiciele okolicznych wsi, Pink Floyd w wersji gitarowej, na grillu szaszłyki z krewetek, hinduskie placki i kiełbasa śląska. Wymiękliśmy o północy próbując zapaść w sen, aby zebrać siły na dzień kolejny.

c.d.n.

środa, 01 lipca 2009
krótki długi tydzień

 

Zasadzka na pekaesie


Wiedziałam już o tym od miesiąca, ale miał być top secret, więc nie pisnęłam słówka. Czekamy ze Świętym na pekaesie, aż bus z Wawy dotrze na miejsce, a mnie już skręca z tych tajemnic w środku. Palę jednego za drugim, przebieram nogami, nie mogę się doczekać. W międzyczasie okazuje się, że stoimy nie tam gdzie trzeba, bus podjechał od dupy strony, dostaję smsa od Karrin, że już czeka. Biegniemy przez cały dworzec, Święty przodem...Cholera, nie leć tak, bo muszę zobaczyć twoją minę, jak ujrzysz niespodziankę - chcę krzyknąć za nim, ale... nie mogę... top secret przecież. Karrin stoi z tobołami, wita się z nami, aż tu nagle z krzaków za przystankiem wyskakuje Jake - kolega nasz szkocki, niespodzianka dla Świętego, który nawet się nie spodziewał, tylko myślał biedny, że z dwoma gadatliwymi babami przyjdzie mu cały tydzień spędzić.

Kazimierz - folki

 Karrin już od roku jęczała za festiwalem folkowym w Kazimierzu, więc trzeba było zabrać tyłki w troki i ruszyć w trasę. Po drodze odkryliśmy, że nasz samochód to dwuosobowe coupe (bo amortyzatory siadły i pocieramy brzuchem po ziemi, jeżeli pasażerów jest więcej, nie mówiąc już o dwóch zgrzewkach piwa na tylnym siedzeniu)

Nasi turyści wszędzie widzieli sławnych ludzi. Upierają się, że przyuważyli: Księżniczkę Monaco, Silvio Berlusconiego, księcia Harrego który łódką pływał po Zalewie Zemborzyckim oraz Gordona Ramseya z harmoszką zamiast kuchennego noża. Od razu mówię, że to nie kwestia udaru słonecznego, bo takowego nie uświadczyliśmy przy obfitych deszczach i burzach. Prędzej od pioruna.

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

mała krówka, którą zobaczyliśmy z daleka okazała się bobrem

    

        psu się znudziło oglądanie telewizji satelitarnej

    

    

zaprzyjaźniony sąsiad, który zdradził swego pana na rzecz kiełbasy z grilla

    

    

    

    

    

       a ja jak zwykle zdjęcia sama sobie musiałam robić

piątek, 19 czerwca 2009
Karrin is back

W ubiegłe wakacje zdradziła Polskę dla tureckich plaż, ale za to już niebawem powraca, żeby narobić zamieszania, pojeść schabowych kotletów i popić je gorzką żołądkową;) Tak, ta sama Karrin od  czarnej pumy  , wchodzenia do domu przez lufcik i wracania nad ranem w za dużych o 8 rozmiarów portkach, czyli girl-next-door, moja ex-sąsiadka. Już podobno spakowana, zaopatrzona w manual podróżnika, czyli podrukowane kartki z dwoma zdaniami po polsku, jedna dla taksówkarza na lotnisku "Proszę mnie zawieźć na busa do Lublina" a druga dla kierowcy busa, żeby ją wysadził na końcowym:) Piwo sobie już sama potrafi zamówić (Pint of Zajłik, please) więc innych podręcznych rozmówek angielsko - polskich jej nie trzeba. Jak nic nie namiesza i nie pomyli kartek to szczęśliwie dotrze tu we wtorek wieczorem. Nie muszę chyba mówić, że nie mogę się doczekać, bo nie widziałyśmy się już dwa lata, ale i tak powiem. Fotoreportaż turystyczny już niebawem.

czwartek, 13 marca 2008
królik doświadczalny

Testuję na sobie jakieś kosmiczne prochy, mające na celu odzwyczajenie mnie od palenia. Nie wiem, czy mnie odzwyczają, póki co mi obrzydzają fajki i z samego obrzydzenia pewnie w końcu rzucę, chyba, że się przedtem wykończę, bo lista skutków ubocznych podczas przyjmowania tego wynalazku jest dłuższa niż rolka papieru toaletowego. U siebie do tej pory zauważyłam: psychodeliczne sny, zawirowania w łepetynie, lęk przed kasjerką w "Ruchałce", agresję do żywych i martwych stworzeń oraz ogólnego zajoba. Nawet literek porządnie nie widzę.

A to dopiero początek, bo w drugiej fazie zaczynam przyjmować jakąś magiczną niebieską pigułę ze zdwojonym pierdolnięciem. Matrix, panie..

Jak zacznę toczyć pianę z pyska, albo widzieć dookoła siebie ludzi w czarnych płaszczach i ciemnych okularach to odstawiam ten cudowny medykament.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7