turystka na nieustających wakacjach
piątek, 27 marca 2009
historia oręża
Włączam ja z rana kanał Discovery i słyszę tekst "ładowanie broni od tylca". Dodam, że usłyszałam Broni, a nie broni:)
wtorek, 14 października 2008
Grawitacja mi nie służy...
piątek, 11 lipca 2008
proboszcz vs Nikon

             

Co ma wspólnego proboszcz z robieniem zdjęć? Jeżeli interesuje się fotografią- to sporo, jeżeli nie- jeszcze więcej. Okazuje się, że bez łaskawej pieczęci proboszcza nie przebiję się przez nawę główną z aparatem, choćby był z tytanu...Bo ksiądz mnie pogoni.

Chodzi o zdjęcia ślubne, które mam robić znajomym. Ślub za 2 tygodnie, a ja nie wiem, czy ksiądz policji nie wezwie jak mnie tylko zobaczy z aparatem na ramieniu. Pozwoli mi zostać, jeżeli podejdę z białą flagą z wytłoczonym pozwoleniem od biskupa za 200 złotych. Niby to nie problem- dwie stówki, biskup zadowolony, ksiądz zadowolony, moja kieszeń odrobinę mniej, ale papir jest i mogę latać pod ołtarzem ile wlezie. Otóż nic nie jest takie proste jak się wydaje. Specjalistyczny kurs na temat właściwego zachowania się w kościele (choć ja i tak wiem, że to tylko pretekst do wyciągnięcia od naiwniaków z aparatami kolejnej kasy na tzw. wino mszalne;) odbywa się raz na "ileś". Może to być raz na rok a może raz na dwa lata. Mogę oczywiście powiedzieć znajomym, żeby poczekali z tym ślubem dwa lata i będzie git:) Ale to nie koniec problemów. Aby dostąpić tej łaski, jaką będzie przekazanie mi owej tajemnej wiedzy na temat klękania we właściwym czasie, muszę złożyć podanie do kurii... podanie podpisane przez księdza proboszcza i opieczętowane, albowiem jest to swoista opinia o moralności kandydata (cytat ze strony internetowej kurii lubelskiej) Nie wierzę w kościół. Proboszcz mnie na oczy nie widział. Nie da mi żadnego papiera. I tu następuje paradoks. Mogę pójść do proboszcza, nakłamać mu o tym jaka to wierna jestem i wogóle, a on mi wystawi zaświadczenie o moralności. Tylko po co?

Wychodzi na to, że mówiąc prawdę skazałabym się na nalepkę "niemoralna", a co za tym idzie- zakaz wjazdu z aparatem do kościoła. Natomiast kłamiąc w żywe oczy miałabym szansę na zaświadczenie o moralności podbite pieczęcią proboszcza. Czy to nie jest chore?

Niech mi od razu nalepią "Antychryst" na plecach i do widzenia.

poniedziałek, 23 czerwca 2008
ropa naftowa

Jak ciężko żyć z umysłem ścisłym w jednym domu...

Już się zdążyłam przyzwyczaić do Święto- Robkowego zboczenia, które podświadomie każe mu zagłębiać się w tajniki składników potrzebnych do uzyskania polędwicy sopockiej bądź mydła. Z cierpliwością czekam w sklepie podczas gdy on analizuje denko od masła, tropi zawartość mięsa wieprzowego w kiełbasie lub oleju w żółtym serze. "Przed Świętym Robkiem" świat był mało skomplikowany i prosty w odbiorze. Ser był serem, szynka była szynką a szampon do włosów był szamponem do włosów...Przez niego już sama przy półce z kiełbasą urządzam sobie czytelnię i mam uraz do Discovery (gówno mnie obchodzi jak się robi silnik do Mustanga czy kij golfowy)

Balsam mi się kończy!- krzyczę z łazienki- przypomnij mi żeby kupić

-  Ceny takich produktów będą szły w górę, bo ropa naftowa drożeje-  Święty Robek zapodał mi info...i szlag trafił moją nadzieję na cudotwórczą moc wszelakich ceramidów, kolagenów, naturalnych minerałów i innych magicznych olejków. Wyszło, że codzień uporczywie wsmarowywuję w siebie ropę naftową:(

piątek, 21 marca 2008
śmierdzący świat
To całe rzucanie palenia to jakiś zabobon jest! Wcale się nie czuję specjalnie rześko, świeżo i zdrowo. A węch mam jak baba w ciąży- odkrywam, że ludzie śmierdzą, jedzenie śmierdzi, świat śmierdzi. Potrafię bezbłędnie odgadnąć, że pani w kolejce do kasy, co stoi za mną, jadła dziś na śniadanie kiełbasę czosnkową oraz określić precyzyjnie, co na obiad dziś gotuje sąsiadka piętro niżej. Psychicznie- jeszcze gorzej- awantura we mnie drzemie... I wybucha 500 razy na dzień. Święty Robek niedługo sam mi paczkę papierosów kupi. Przy życiu trzymają mnie tylko "Heroesi".
poniedziałek, 17 marca 2008
follow the white rabbit

Niebieska piguła skonsumowana. Panowie w ciemnych okularach jeszcze do mnie nie strzelają;) ale za to zamiast wron widzę na drzewach koty.

            

wtorek, 11 marca 2008

Ostatnio czuję się, jak Bruce Willis w "Szóstym zmyśle"

piątek, 22 lutego 2008
za ostatni grosz..
Koniec miesiąca. Ostatnia kasa i dylematy: zapłacić za gaz czy zostawić na prowiant? Co robi Święty Robek? Przynosi do domu bukiet z frezji i tulipanów:) A w domu pachnie wiosną.
czwartek, 14 lutego 2008
boksy i inne potwory

Już od dawna "chodzi" za mną jeden mały potworek. Ja wiem, że one są obsrajtuchy i ślinią się i trzeba rano wyprowadzać, bo nie poczeka, aż się pańcia wyśpi i w ogóle życie z psem jest skomplikowane, ale cóż ja na to poradzę, że każdą taką kaprawą mordę przygarnęłabym do domu, gdyby tylko była okazja.

             

             

poniedziałek, 11 lutego 2008
cebularz

              

No tak. Wysmarowałam tekst o tym, jak to sobie chodzę do piekarni po cebularze, a nie pomyślałam, że normalni ludzie nie wiedzą co to jest ten cebularz (normalni- czyt. nie mieszkający w Polsce C). Komentarz Odwodnika pod ostatnią notką uświadomił mi, że tego wynalazku nie jada nikt oprócz lubelaków, bo to przecież produkt regionalny. Reszcie nieuświadomionego świata już objaśniam, czym jest cebularz. To jest taki mały placek (?) wypiekany z pszennego ciasta z cebulą po wierzchu i makiem, Pizza biedoty. Perła wschodu. Duma Lubelszczyzny. Esencja kwintesencji cebulozy ze swawolną nutką wnętrza makówki. Cebularz...:)

Od razu powiem, że nie mam zielonego pojęcia jak coś takiego sprodukować metodą chałupniczą, przepis znam tylko jeden: Trzeba wejść do pierwszego lepszego lubelskiego spożywczaka bądź piekarni i powiedzieć : "Cebularza poproszę" :)

              

poniedziałek, 28 stycznia 2008
sękju dla wszystkich

Oświadczenie pragnę rąbnąć. Otóż jutro bliżej południa kończy się ten etap konkursu , w którym można przejść do kolejnego etapu;) dzięki załapaniu się do pierwszej 25-tki w rankingu i ja już widzę, że nie dane mi będzie powąchąć tych wszystkich świecideł nagrodowych, chyba, że zdyskwalifikują połowę konkurencji, bądź zmienią się zasady konkursu np. że wszystkie blogi od miejsca 50-ego do 100-ego przechodzą dalej:), lub też kilkadziesiąt wyimaginowanych przeze mnie osób wyśle kilkadziesiąt wyimaginowanych esemesów dzisiejszej nocy, a owe imaginacje okażą się jakimś cudem prawdziwe...lub też na przykład dziś zostanę kierownikiem salonu dżi-es-em lub tym podobnego, powyciągam z gablotek aparaty telefoniczne i zastosuję dywersję...

A tak w ogóle to chciałam podziękować wszystkim, którzy wyskoczyli z tej złotówczyny, żeby mi dobrze zrobić, a także tym, którzy podprowadzili swoim babciom komóry, żeby zagłosować na mnie:)

czwartek, 10 stycznia 2008
dzień, w którym skończy się grawitacja

Zauważyłam, że ostatnio naprodukowano całe mnóstwo filmów o tematyce tragiczno- katastroficzno- końcoświatowej. Albo tajemniczy wirus zamienia ludzi w zombie i jeden bohateiro zostaje sam na tym padole, by przywrócić swoich sąsiadów do poprzedniego wyglądu, albo jeszcze inszy wirus, zamienia cię w odmienny typ zombiacza, wystarczy że ktoś na ciebie nasmarka lub napluje, a dzielna Nicole Kidman ociera twarz ze smarków i nie śpi, żeby jej nie "wzięło". Wszystko już było. Nuda. To skłoniło mnie do wymyślenia scenariusza, jakiego jeszcze nie było. Trudne? Wcale nie. 5 minut zajęło mi obmyślenie końca świata, jakiego jeszcze nie przedstawiono w filmach. Nie było jeszcze o tym, że grawitacja się skończyła i wszystko odpada od ziemi:))))

Od razu zastrzegam prawa autorskie do pomysłu, bo jeszcze jakiś Tarantino mi tu na bloga wejdzie, wyczyta co trzeba i zgarnie nieuczciwie Oskara za 2 lata;)

czwartek, 27 grudnia 2007
master of dizaster

Sylwestrem powiało. Aż się boję, czego dokonam w tym ciężkim dla mnie dniu. Bo ja jestem pechowa do Sylwestra. I zacznę od tego, że nic tak mi w życiu nie -niewyszło jak impreza sylwestrowa. Jakby ktoś chciał mnie się pozbyć szybko i skutecznie- wystarczy mnie wysłać gdzieś na Sylwestra. I obojętnie, czy będzie to Grand Hotel, czy chata za wsią- i tak mam przechlapane od chwili pojawienia się pierwszego słońca na nieboskłonie w dniu 31 grudnia.

Zamiłowanie do tragedii towarzysko- sylwestrowych nabyłam wraz z pierwszym dorosłym sylwestrem, kiedy to zaproszono mnie na prywatkę do czyjegoś domu. Nie, nie oderwałam zlewu od ściany, ani nie nażygałam na szwedzki stół- zatrzasnęłam się za to w kiblu "na stałe". Widocznie wszyscy pili wódkę zamiast piwa, bo nikt się o toaletę nie upominał przez pierwsze 2 godziny mojej niewoli, gdy szukałam wszelkich sposobów na swój "prizon kibel brejk", przez kolejną godzinę próbowano mnie ocalić starając się nie dewastować zbyt mocno drzwi przeszkadzających mi w celebrowaniu nowego roku wraz z ludzkimi twarzami a nie sedesem, kranem, zestawem kosmetyków i zgrzewką papieru toaletowego. Odemknięto mnie grubo po pierwszej. Życzenia se mogłam do łazienkowego lustra składać.

Kolejną imprezę sylwestrową obchodziłam w miasteczku, w którym ówcześnie mieszkałam- Kazimierzu Dolnym. Była bardzo mroźna zima. Wymyśliłam, że urwę się z imprezy celem zrobienia nocnych zdjęć rynku kazimierskiego o 12 w nocy podczas tych wszystkich fajerwerków- srerków- ogni sztucznych. Na Górę Trzech Krzyży wdrapywałam się na kolanach przez pół godziny, trzymając się kurczowo barierki jedną ręką, w drugiej dzierżąc statyw, a na plecach aparat+ butelkę z piwem (w razie gdybym się nie wyrobiła na wiwaty, życzenia i szampany). Podejście, w związku z panującymi warunkami atmosferycznymi, było jedną pionową taflą lodu podzieloną schodami. Dotarłam prawie na sam szczyt:) Równo o 12 w nocy (wnioskuję ze strzałów i fajerwerków nade mną) omsknęła mi się ręka z barierki i odbyłam najdłuższy ślizg na dupie po oblodzonych kamieniach w swoim życiu ze statywem nad głową (pożyczony, więc trzeba było ochraniać). Ten mistrzowski ślizg był nie do opanowania przez moje wątłe ciało, zatrzymałam się dopiero pod kościołem farnym, z obitym dupskiem i żebrami (statyw nawet nietknięty). W pozycji poziomej przywitałam nowy rok, który nie wróżył w tym momencie niczego dobrego...

W związku z tym kolejne celebracje postanowiłam powstrzymać, ignorując owe święta. Albo wyjeżdżałam w kraje odległe nie zabierając ze sobą kalendarza, albo zamykałam się w domu z butelką kalifornijskiego i puzzlami- 1000 sztuk uważając, żeby sobie przypadkiem krzywdy nie zrobić.

W ubiegłym roku chcąc przełamać złą passę postarałam się jednak spędzić "Sylwestra" i wiadomo jak się skończyło- pomimo Barcelony i perspektyw pięknych jak budowle Gaudiego- moja grypa wigilijna przeszła w zapalenie oskrzeli i choć dachy barcelońskie były ciepłe i przyjazne, ja siedziałam na nich zawinięta szczelnie w koc, śpiwór i trzy pary kaleson, żeby uniknąć dalszych konsekwencji.

W tym roku przykuję się kajdankami do mojej metalowej instalacji choinkowej, uważając, żeby nie zrobić zwarcia i żeby nic nie pierdolnęło...

czwartek, 29 listopada 2007
sleeping awake

Już dawno temu wypracowałam podświadomie swój system obronny względem niepotrzebnego budzenia mnie ze snu. System jest prosty- w przypadku próby obudzenia mnie, mówię do osobnika kilka słów, a nawet zdań, które wydają się hm..zgodne z rzeczywistością, i po spławieniu delkiwenta na powrót zapadam w głęboki sen. Po właściwym przebudzeniu nic nie pamiętam. Chodzi o to, żeby się odczepił- ten, co mnie obudził.

Kiedyś koleżanka, z którą dzieliłam pokój próbowała obudzić mnie do pracy.

- Tak tak, już wstaję, chociaż to i tak nie ma sensu, bo nie ma prądu, ani gazu ani wody...- powiedziałam przytomnie

Marlena zadowolona z siebie, że tak lekko jej poszło obudzenie mojej osoby, obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju. Na korytarzu jednak dotarła do niej końcówka zdania wypowiedzianego przeze mnie. Zerknęła na świecącą się u góry żarówkę. Nie ma prądu??? wody??aaaaaaa!!!wstawaj i nie ściemniaj, przecież ty dalej śpisz!

Innym razem, gdy mieszkałam na statku, w środku nocy, gdy usiłowano mnie dobudzić na wachtę, wyparłam się swojej osoby, twierdząc (podobno bardzo przytomnie zresztą), że lacorsa śpi na górze, wskazując palcem spod śpiwora na śpiącego koję wyżej kolegę, którego to następnie próbowano obudzić myśląc, że to ja:)

W mojej poprzedniej pracy już znali moje manewry, i gdy ktoś dzwonił ze zleceniem najpierw zamieniał ze mną kilka zdań, zadając przypadkowe pytania, a gdy stwierdził, że jednak naprawdę nie śpię, dopiero wtedy przechodził do konkretów. A wszystko przez to, że raz podczas snu zadzwonił telefon, który oczywiście odebrałam. Kazano mi iść w jedno miejsce strzelić fotkę, po drodze miała czekać na mnie współpracownica. Rzekłam podobno: no dobra, zaraz będę, a jak ja ją rozpoznam? a może powiedz jej, że będę w zielonej kurtce i plecaku na aparaty, żeby to ona mogła mnie rozpoznać..Szef, najpierw zdezorientowany, myślał nad moją amnezją- jak ona może jej nie rozpoznać- przecież już od ponad roku pracują razem!?? aż w końcu kapnął się, że ja to mówię przez sen.

Dodam tylko, że pierwsze słowa, jakie padły z ust Moniki, gdy przyszła w umówione miejsce to: cześć, rozpoznajesz mnie? bo ja ciebie owszem:)))

Wieść się rozniosła i później każdy w pracy pytał mnie na wejściu, czy go rozpoznaję, zanosząc się śmiechem..

Mąż mój nowy trochę mnie już zna, więc takie sytuacje go nie dziwią, aż do dnia dzisiejszego, w którym już nie wytrzymał. Dzwoni do mnie z pracy i pyta, jak moja noga.

- Jaka noga? O co ci chodzi?- próbuję skojarzyć

- No, jak wstawałem rano do pracy to złapałem cię za stopę, na co zareagowałaś, hmm, dosyć dziwnie

- To znaczy??

- Powiedziałaś, żebym cię zostawił, bo całą noc śpisz na jednym i tym samym boku, a to dlatego, że w twoja noga jest przebita kołkiem i bardzo cię boli:)))

Czy to już się kwalifikuje do wizyty u psychiatry czy jeszcze nie?

czwartek, 22 listopada 2007
mizeria
Nie lubię, jak nie mam pomyślunku.
 
1 , 2 , 3