turystka na nieustających wakacjach
środa, 28 listopada 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZ. 10

okolice Faro, Portugalia

              

Dziwne to jest, ale znajdujemy się w miejscu, gdzie w obu kierunkach droga prowadzi do ...Sevilli. Kaśka macha po jednej, ja po drugiej. Chcemy przed nocą dostać się do Andaluzji, konkretnie do Kadyksu.

             

Zatrzymuje się ciężarówka.

- Huelva?- pytam

- Sevilla!- dudni głos z kabiny

Yeah!! Z Sevilli do Kadyksu jest już rzut beretem. Jesteśmy w domu. Sevilla wita nas ulewą. Pakujemy się w pociąg i lądujemy w Kadyksie o północy. Tylko co robić w obcym mieście w środku nocy?

Cadiz, Hiszpania, nocą ciemną...

Z ciemności wyłania się tajemnicza postać w długim, czarnym skórzanym płaszczu i zagaduje nas łamaną angielszczyzną. Może i wygląda jak psycho- killer, ale zapytać go o noclegi w tym mieście przecież można. W końcu to miejscowy, powinien być zorientowany. Potencjalny zabójca nocnych turysto- szwędaczy ma na imię Alejandro i jest pół- Hiszpanem pół- Francuzem. Wygląda trochę jak szpieg z krainy deszczowców i prowadzi nas nocą ciemną przez labirynt ulic Kadyksu opowiadając rozmaite historie. Z kieszeni co chwila wyciąga jakieś mapy, plany miast i ulotki informacyjne.

No, nieźle- mówię- pierwsze 5 minut w nowym miejscu i od razu trafia się nam żywa informacja turystyczna.

             

                                            Alejandro

Dochodzimy do budynku o nazwie Quo Qadis. To hostel, nad którym czuwa..rosyjski recepcjonista. Tu będziemy nocować. Ale jeszcze nie teraz, w końcu dopiero tu przyjechałyśmy- trzeba rzucić plecaki i obadać okoliczne tereny. ,

Alejandro zostawia nam wizytówkę, gdybyśmy znowu potrzebowały przewodnika:) i chwilę z nami spaceruje, a następnie oddala się w swoją stronę- do wieży, w której mieszka, o czym przekonamy się jutro, gdy wpadniemy do niego z wizytą na poranną kawę.

                  

                 

                 

                

Lądujemy w pobliskiej knajpce, gdzie nadal jest gwarno i głośno, pomimo tego, że to środek tygodnia i dochodzi 2 w nocy. Nad barem na hakach wiszą świńskie nogi, nieodłączna ozdoba hiszpańskich barów. Obserwujemy otoczenie, wsłuchując się w dźwięczne konwersacje miejscowych. Nagle przez szerokie, otwarte na oścież drzwi wjeżdża...śmieciarka.

- Jeny, nie gadaj, że on tu wjedzie tą śmieciarą do środka!- krzyczy Kasia

Kierowca śmieciarki pokazuje zęby w szerokim uśmiechu, macha do wszystkich ręką, wrzuca wsteczny i wycofuje pojazd. Zauważamy, że miejscowi nie są specjalnie zdziwieni całą akcją. Unoszą w górę szklanki z piwem i pozdrawiają kierowcę. W starej częsci Kadyksu uliczki są tak wąskie, że kierowcy muszą sobie jakoś radzić z niektórymi manewrami:), a każda dostępna przestrzeń jest wykorzystywana maksymalnie, choćby nawet była to podłoga baru czy sklepu:)

             

             

                  

           

            

           

              

          

Quo Qadis? flamenco!

Eksplorujemy dachy Kadyksu. U Alejandra na wieży dach robi za ' kawiarnię ', a w naszym hostelu dach to główne miejsce integracyjne, a czasem nawet sypialniane, gdy miejsca dla podróżnych braknie wewnątrz budynku. Poznajemy tu ludzi z różnych stron świata. Jest Ramzi, który zakochał się w miejscowej studentce, więc nie może opuścić Kadyksu, jest też pewna tajemnicza pani, która przechadza się w świecących rajtuzach i czarnym pareo. Na świetlicy podczas posiłku pojawia się okazja do rozmowy- kobieta siada ze swoim talerzem naprzeciwko nas. Jest Kanadyjką, wygląda na czterdzieści parę lat. Mówi, że w pewnym momencie swojego życia zostawiła wszystko, przyjechała do Andaluzji, wyrzuciła wszystkie swoje rzeczy do śmietnika. Zostawiła sobie złote rajstopy oraz czarne pareo, bo lubi chadzać do lokalików potańczyć flamenco.

Myśl o pani w złotych rajtkach nie opuszczała mnie przez długi czas. Nie mogłam zrozumieć. Czemu właśnie rajstopy? I to złote?

I tak sobie teraz myślę, że ona musi być szczęśliwa tak po prostu. Śpi, je, chodzi na flamenco i ma złote rajstopy. Sens życia.

                                            c.d.n.

         

piątek, 23 listopada 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 9

Naszło mnie na dalsze odgrzewanie- poprzednie części do odgrzebania w 'historiach nieopowiedzianych'

Villa (u) Franca (z basenem i full wypasem;)

Starym już zwyczajem lądujemy tam, gdzie niekoniecznie chcemy czyli na zadupiu. Z Aveiro wiezie nas karateka (wierzymy mu na słowo i się cieszymy, że nie chce udowadniać) który przy okazji wypomina nam jakiś mecz, kiedy to Polska przerżnęła z Portugalią w piłkę nożną. Karatece nie po drodze do Lizbony. Dalsze kilometry przemierzamy z miłą panią, która wywozi nas do wsi sporej jak Wólka Lubelska- 5 domków na krzyż i knajpa gabarytów kaczego pistolecika, w której nasza zmotoryzowana pani umówiła się na randkę. Obejrzawszy potencjalnego narzeczonego i wypiwszy po kawie decydujemy się opuścić randewu i ruszać dalej. Z zadupia zabiera nas dziadzio- właściciel starej, wysłużonej ciężarówki. Martwimy się o 3 rzeczy- że dziadek wygląda, jakby chciał drzemnąć, że ciężarówka zaraz się rozsypie i nigdzie nie dojedziemy, a jeśli nawet nie zdarzy się ani jedno ani drugie, to do tej Lizbony ze trzy dni będziemy jechać. Wleczemy się 40 km/h. Poza tym wcale nie jesteśmy w 100% pewne, czy dziadziu jedzie tam gdzie my:) Wytężam umysł i skupiam się jak mogę, żeby zrozumieć co dziadek pragnie nam przekazać w swym ojczystym języku. Niby padło słowo 'Lisboa' ale dziadziu mówi również coś o jakimś Franku. I o willi.

- Pewnie jedzie wnuczka odwiedzić w stolicy- mówi Kaśka

- A Franek jest szczęśliwym posiadaczem wypasionej willi z basenem i dziadek chce się nam pochwalić- dodaję

- O basenie nic nie mówił, tylko, że ' willa ' i że ' Franek '

- Może i mówił, przecież nie wiemy jak jest ' basen ' po portugalsku...

Zajęte spekulacjami na temat willi wnuczka Franka nie zauważamy, że dziadek ignoruje drogowskaz na Lizbonę i kieruje się do jakiejś mieściny. Mijamy znak z nazwą miejscowości i nagle wszystko staje się jasne. Nie ma żadnego basenu, wnuczka ani nawet willi. Jest za to dziadkowy cel podróży- miasteczko o nazwie Villa Franca...w której my też musimy się zatrzymać, bo robi się późno.

Zawsze to dalej niż bliżej:)

            

                        

czwartek, 24 maja 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 8

      Aveiro, Portugalia

Przemoczone do suchej nitki lądujemy w jednym z tańszych przybytków z pokojami do wynajęcia. Nie chce nam się tu siedzieć, trzeba iść na miasto i zobaczyć, co to za miejsce, w którym się znalazłyśmy. Kaśka ma w zapasie tylko sandały. Zimno jak cholera. Szefowa pensjonatu zerka na kaścyne stopy, odstawia wymowną gestykulację, odkrywamy, że każe nam poczekać. Obserwujemy jej poczynania. Pani najpierw puka do rozmaitych pokoi, rozmawia z ludźmi, kręci głową ze zrezygnowaniem, po czym biegnie do swojej pakamery i ...przynosi swoje własne obuwie, bierze Kaśkę za za fraki, prowadzi do naszego pokoju, zabiera przemoczone trampki i prawie siłą nakłada jej swoje gustowne ciżemki:) Idziemy w miacho...

              

       martini cerveja

Marynarska speluna, ale całkiem przytulna. Dzień do dupy, bo nasz dorobek to niecałe 100 km. Jutro musimy to nadrobić. Nad barem wisi reklama z jakimś dziwnym drinkiem w dużej szklanicy, podpisane 'martini cerveja'. 'Pójdę do baru i wypowiem te magiczne słowa, zobaczymy co barman nam zapoda'- proponuję. Barman, na podane hasło wyciąga szklankę od piwa, wlewa do niej setkę czerwonego martini, po czym zalewa wszystko piwem po samą górę i dekoruje cytrynką. Degustujemy. Pycha! Ziołowe, orzeźwiające piwo.

                       

    w spokojnym Aveiro...

Stolik przy którym siedzimy znajduje się zaraz obok toalety. Czasem z niej zalatywuje, co inspiruje mnie do napisania pierwszego wiersza w moim życiu:) Uwaga, teraz będzie haiku:

  w spokojnym Aveiro smród z kibla napieiro

                  

'Kaśka, może nie jedźmy jutro nigdzie, zostańmy, zobaczymy jak tu jest za dnia, odpoczniemy, w końcu mają tu jakiś ocean...'- coś mi mówi, że nie będziemy żałować, że to miasteczko jest warte dokładnych oględzin.

                  

Rankiem Aveiro budzi się do życia, rynek pełen jest handlarzy i przekupek, rybacy porządkują sieci, emeryci siedzą w kawiarenkach przy głownej ulicy i popijają kawkę (swoją drogą- nigdy w życiu nie piłam lepszej kawy niż tu) Sielanka. Trzeba się będzie rozejrzeć za domkiem w Aveiro, jak wygram miliony w totolotka. Z ulicy widzimy dach naszego pensjonatu. 'Ty, to nie twoje trampki przypadkiem tam na górze?'. Na daszku, na kijku szefowa suszy kaścyne trampki...Wymiękamy, naprawdę, na dobre serca niektórych ludzi, takich, z którymi dzieli nas wszystko, łącznie z językiem, a którzy podadzą rękę jak gdyby nigdy nic.

             

                      

            

                     

      Ocean Czasu

Czas nam ucieka, albo się cofa, wstajemy o 9, a potem się okazuje, że to dopiero 7...Nie wiemy o co chodzi z tym czasem i w sumie wcale nam to nie przeszkadza. Podejrzewamy jednak, że tym razem zmienili czas z letniego na zimowy:) Tym sposobem od trzech dni kręcimy zegarkami raz w jedną raz  w drugą stronę, a i tak jesteśmy w 'dupie', bo pomiędzy Hiszpanią a Portugalią też jest godzina różnicy. Pogoda się poprawiła, jedziemy nad ocean. Koniec października, a ja w gaciach po piachu ganiam. Dobrze mieć trochę lata w zimie. Tipsy można produkować z takich podłużnych muszelek:)

                     

Spędzamy cały dzień na pustej plaży. Skoro nie ma ludzi, umyśliłam sobie patrolować słońce (czyt. słoneczny patrol:)

                        

Szkoda nam opuszczać to miejsce, ale w związku z naszym 'zasiedzeniem' musimy jutro pokonać ponad pól Portugalii i dojechać na noc do Hiszpanii. Taki przynajmniej mamy plan...

                                         c.d.n

piątek, 18 maja 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 7

Kraj Basków i Asturias zostawiamy na lepsze czasy, za tydzień muszę być w Lublinie w pracy, więc musimy się sprężać, przecież trzeba jeszcze wpaść do Andaluzji zerknąć, czy słońce świeci;). Podążamy w kierunku Vigo. Wiozą nas: tancerka flamenco, która się zatrzymała tylko po to, żeby porozmawiać sobie z kimś po angielsku i jeden tajemniczy facet, który przez całą drogę jak zahipnotyzowany zerka w środkowe lusterko i wzdycha 'Que ojos! mi madre, que ojos!' No tak, już wiem o co chodzi- pan chyba pierwszy raz z bliska widział prawdziwe niebieskie, oczy:) 'Kaśka, załóż ciemne okulary, bo cholera wie, co mu do łba strzeli, jeszcze będzie cię chciał zabrać ze sobą do domu:)'- odwracam się do mojej towarzyszki. Facet się tak zagapił na Kaścyne lico, że podwiózł nas prawie pod granicę i gdy się już kapnął, że jest prawie w innym kraju, przeprosił, ale on musi wracać do domu bo żona czeka:)

spacerkiem do Portugalii

Zostało nam jakieś 5 km, postanawiamy więc...pójść sobie do tej Portugalii pieszo:) Mijamy tabliczkę z napisem Portugal i zatrzymujemy samochód, który podwozi nas do najbliższego miasteczka.

             

        Viana do Castelo

Za nocleg usiłujemy zapłacić kartą, która jest wygięta, bo tak się robi, jak się trzyma plastik w w tylnej kieszeni spodni:) Recepcjonista doradza, żeby podgrzać i się naprostuje. W pokoju robimy eksperyment na otwartym ogniu;), faktycznie- pomaga. Wracamy na dół- transakcja udana! Recepcjonista informuje- śniadanie jest wydawane między 8 a 10.

    zagubione w czasie

Siedzimy w barku na dole, czekamy na kawę. Spakowane, gotowe do dalszej drogi. Cisza. Na moim zagarku 8.10. Nic się nie dzieje, zero ludzi, śniadania nie widać. Z zaplecza wychodzi kobieta, zaspana i wkurzona. Po chwili przynosi kawę, patrząc na nas jak na zbrodniarzy roku. Chyba nas nie lubi. 'Jak już pracuje w turystyce to powinna być miła dla ludzi'- dziwi się Kaśka. Oglądamy jakieś wiadomości poranne. Program na żywo. Na dole ekranu wyświetlony jest czas: 7.15...what the fuck? Po chwili rozumiemy- zmieniła się strefa czasowa:) Portugalia jest o godzinę do tyłu. Biedna kobieta musiała przez nas wstać o nieludzkiej porze. Natychmiast przestawiamy zegarki.

      Na trasie do Porto.  pierwszy kryzys

Pada deszcz. Zimno. Nikt nie chce nas podrzucić do Porto. Biegamy co 15 minut do pobliskiej stacji benzynowej na herbatę z 'czymś' co dziadek za barkiem uporczywie polewa nam w tą herbatę. Faktycznie, rozgrzewa:) Nie chcę wiedzieć ile ma 'prądu w sobie';) Dwa razy musimy przeganiać policję, bo urządzili sobie postój przy wylotówce i nikt się nie chce nam zatrzymać. Kapitulacja. Idziemy szukać autobusu, pociągu, czegokolwiek. Jeśli utkniemy w tej wsi na noc to będziemy chyba spać pod mostem.

     bar przy stacji kolejowej

Pusto. Wyciągamy mapę. Stary barman przynosi herbatę, wypytuje, doradza. Podejmujemy decyzję- podjedziemy pociągiem do najbliższego miasta, a potem się zobaczy. Pociąg za godzinę. Barman mówi coś do nas, pokazuje ręką na telewizor. Przecieramy oczy, gościu chciał być miły i zapodał nam kanał TV Polonia:)

    Aveiro

Dojeżdżamy do jakiegoś miasteczka o dźwięcznej nazwie. Dworzec kolejowy. Na środku dworca leży mapa. Nad mapą, na podłodze klęczą: pan w garniturze, młoda dziewczyna, chłopak w bojówkach i my. Wszyscy chcą pomóc, widząc, że pani z okienka nas nie rozumie. Zrobiono wewnętrzny casting na dworcu i wybrano osobę z najlepszym angielskim. Pan w garniturze przekazuje informacje wędrując palcem po mapie, młoda dziewczyna tłumaczy z portugalskiego. Rozważamy różne warianty. Porto dziś wieczorem? Czy nocny do Lizbony? Czy rano na stopa?:) Chłopak w bojówkach mówi- ' I tak jest już późno, czemu nie zostaniecie tu na noc? W Aveiro naprawdę jest fajnie! '

sobota, 12 maja 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 6

                

zakątek z kosmosu nad rzeką Sil

Jedziemy furgonetką przez góry. 'Strażnik Teksasu' tłumaczy, że wieś, do której umamiło nam się jechać oficjalnie nie istnieje. Nie ma jej na mapie, nikt tam nie jeździ, dlatego ludzie w miasteczku o niej nie wiedzą. To coś w rodzaju komuny, on sam ostatni raz widział to miejsce rok temu. Mówi, że mieszkały tam wtedy 3 rodziny. Czy dalej mieszkają? Tego nie wie. 'Czy macie jakiś plan awaryjny na wypadek, gdyby tam nikogo nie było?'- pyta. Hmm, o tym nie pomyślałyśmy. Zakładamy, że jednak ktoś jest:) Jedziemy już dobre pół godziny, teraz rozumiem, czemu się patrzył na nas jak na idiotki, gdy powiedziałam, że chcemy tam lecieć na piechotę..To nie impreza dla turystów.

Jesteśmy na miejscu. Dokładnie 3 chałupy, ogrom przestrzeni, kawałek ubitej drogi, widok zapierający dech w piersiach. 'Macie dużo szczęścia'- mówi Strażnik patrząc na młodą kobietę wychodzącą z domu. 'Czy to wasza znajoma?' 'nieee, hurra!!!'-wydajemy z siebie dzikie okrzyki radości. Strażnik nic nie rozumie, dziewczyna patrzy na nas i się śmieje. Ona też nic nie rozumie, przecież nas nie zna:) Z informacji od rodziny 'zaginiętego' wiemy, że Marcin nie mieszka sam w tych górach, a z dziewczyną, hiszpanką. Podejrzewamy, że to ona...'Erin?'- krzyczymy w jej stronę. 'Si!'- odpowiada nieznajoma. Z radości rzucamy się na szyję Strażnikowi, nieznajomej i sobie nawzajem:) Jesteśmy w domu...

Strażnik macha na pożegnanie, nie chce pieniędzy za podwiezienie. Tłumaczymy zdziwionej dziewczynie o co chodzi- jesteśmy wysłannikami rodziny jej chłopaka, wieziemy dla niego list i zdjęcia, nie znamy go i nigdy nie widziałyśmy na oczy, ale za to znamy jego siostrę:) Erin się cieszy z niespodzianki (uff;) , zaprasza do domu...i przedstawia swoje dzieci- 5 letniego chłopca i 12 letnią dziewczynkę. Dzieci oprowadzają nas po obejściu przedstawiając resztę domowników;)- psa, dwa koty i kozę:)

               

marnotrawny;)

Marcin jest w głębokim szoku. Z wrażenia myli języki, mówi do nas po polsku, za chwilę przechodzi w hiszpański, nie zdając sobie z tego sprawy. W skupieniu czyta list od mamy, próbuje hamować łzy...

               

najlepsze pieczone kasztany są...w Galicji

Odważni młodzi ludzie. Zamieszkać tu oznacza zerwać całkowicie z cywilizacją, liczyć tylko na siebie i być przygotowanym na codzienne wyrzeczenia. Miejsce, w którym przebywamy jest urwane z kosmosu. Surowa przyroda i życie też surowe. Góry nieskażone turystyką, proste życie i kasztany z pieca. Sielanka- jeżeli przyjeżdżasz z wizytą na kilka dni, jak my. 3 domki z kamienia w zapomnianym przez świat zakątku ziemi. Tutaj zegarek nie ma znaczenia. Jesteśmy zagubieni w czasie. Po raz pierwszy w życiu doceniam zapach kawy unoszący się rano w domu. Porównywalnie- w Lublinie wszystko wydaje się być tandetne i nijakie.

jedźmy do Portugalii

Po kilku dniach zapomnienia nadchodzi czas, żeby rozłożyć mapę i zobaczyć co dalej. 'W Portugalii jeszcze w tym tygodniu nie byłyśmy' - patrzę znacząco na Kaśkę. Jesteśmy już o rzut beretem od granicy. Jak się postaramy, będziemy w Portugalii jeszcze tego samego dnia. Szybka decyzja, pożegnanie i znowu jesteśmy w drodze. Czas zerknąć w końcu na ocean;)

                 

                                    Monforte de Lemos (po drodze)

                                        cdn

                         

środa, 09 maja 2007
ODGRZANY POŁUDNIOWY KOTLET- CZĘŚĆ 5

                     whatever tomorrow brings, I'll be there with open eyes and open arms...

La Gudina, październik

Rankiem posilamy się kawą, czas ruszać w drogę. Barman wycina prostokąty z kartonowego pudełka, piszemy na nich kolejne cele podróży. Z tabliczką łatwiej zatrzymać pojazd niż bez..Mamy misję do wykonania- dziś ma być ten dzień, kiedy dostarczymy list od rodziny, zawieruszonemu od 10 lat w galicyjskich lasach, bratu mojej przyjaciółki. Jesteśmy już blisko, problem w tym, że nie wiadomo czy on nadal mieszka pod adresem, który jego mama wypisała nam na karteczce. Ostatni raz kontaktował się z nimi 2 lata temu...

     Viana del Bolo

                   

                                    Kasia patrzy na niejeżdżące samochody;)

Siedzimy na krawężniku z nikłą szansą na zatrzymanie kogokolwiek, chyba, że dziadka na rowerze, który się na chwilę zatrzymał, powiedział 'Buenos Dias', uśmiechnął i pomknął w siną dal na swoim bicyklu. Zadupie jakieś, samochody zamiast jeździć leżą w rowach:)

             

      gimnazjum w zadupie del cośtam

Obok jakaś szkoła. Gimnazjum chyba, bo dzieciaki młode i krzykliwe. Całą klasą powywieszały się za okno i próbują podjąć z nami rozmowę łamaną angielszczyzną. Dowiadujemy się, że właśnie mają lekcję angielskiego:) ale nauczyciel pojechał do sklepu, dlatego mogą sobie zwisać z parapetów bezkarnie. Nagle na podjeździe pojawia się samochód. Wychodzi z niego młody facet, pewnie nauczyciel. Dzieciaki zaczynają wariować i przekrzykiwać się nawzajem pokazując nas palcami. Nauczyciel podchodzi i przeprasza (!), ale on musi wracać na zajęcia. Okazuje się, że dzieciaki próbowały go zmusić, aby nas podrzucił do miasta, bo nie możemy zatrzymać stopa:)

  łapanie stopa na ubranko- Brazylia roolez!

Na horyzoncie pojawia się ogromny tir. Podrywam się z miejsca, macham tabliczką. Ubrana jestem w dres;) w brazyliskich kolorach narodowych (to ważny szczegół). Nie wierzymy, że się zatrzyma. Po prostu nie ma możliwości wyhamowania taką krową na tak krótkim odcinku drogi. A jednak. Kierowca rozpoczyna hamowanie...Pakujemy się do środka, patrzymy na pana- pan podobny do Ronaldo, za jego plecami wisi flaga...ojczystego kraju- BRAZYLII!!! Okazuje się, że kierowca jest basileiro, i zatrzymał się tylko ze względu na mój dres:)

Przemierzamy górskie serpentyny, momentami wydaje się nam, że za chwilę spadniemy w przepaść. Przez połowę drogi zasłaniamy rękoma oczy. Kierowca musi mieć naprawdę silne nerwy, żeby jeździć taką trasą.

                 

          Strażnik Teksasu mówi 'vamos'...

Brazylijczykowi nie po drodze w naszą stronę, więc podwozi nas najdalej jak może i znowu lądujemy na rozdrożu. Do celu już coraz bliżej. Tym razem idzie sprawniej- zatrzymuje się sympatyczny dziadek, który jedzie dokładnie tam, gdzie my. Podczas rozmowy dziadzio pyta, czy moi przodkowie przypadkiem nie pochodzą z Galicji, bo mam rysy twarzy typowe dla ludzi z tego regionu:)

W miasteczku konsternacja:( Nikt nie wie, gdzie jest wioska, do której zmierzamy. Nikt nawet o niej nie słyszał. Dziadek stara się pomóc. Łapie za rękaw jakiegoś mundurowego i prowadzi do nas 'To jedyny człowiek, który może wiedzieć- codziennie patroluje okoliczne góry'- mówi. 'Strażnik Teksasu' bierze do ręki wymiętoloną kartkę z adresem i pyta- 'To wy chcecie tam pieszo iść??'. ' Taa, chyba, że jakiś autobus dojeżdża'- odpowiadam. Strażnik Teksasu kręci głową- 'Tam nie dojeżdża ŻADEN autobus, na piechotę się zgubicie, zresztą to za daleko'.

Myśli chwilę, bierze nasze plecaki, wrzuca na pakę starej, zielonej terenówki i kiwa głową-  'VAMOS!!!'

                                         c.d.n

środa, 25 kwietnia 2007
odgrzany południowy kotlet- część 4

La Gudina, provincia Ourense, Hiszpania, pazdziernik

                

Nie tak łatwo wykombinować nocleg w miejscu, które z turystyką ma tyle wspólnego co nasza wyprawa z 'all inclusive'. Miasteczko wydaje się być opuszczonym przez wszystkich żywych. Powszechnie wiadomo, że najlepszym centrum informacji w takiej miejscówie jest zazwyczaj publiczny bar.

Właściciel lokalu, do którego trafiamy (jedynego zresztą) okazuje się być bardzo porządnym chłopem. Parzy nam pyszną kawę i objaśnia ewentualne możliwości znalezienia noclegu- okazuje się, że jedyny hotelik w miasteczku jest oblężony przez robotników, którzy pracują w okolicy, ale właściciel jest jego kuzynem, więc on się postara coś załatwić, a jak się nie da to nam rzuci kawałek materaca na zaplecze w knajpie i jakoś prześpimy tę noc. Zostawiamy plecaki za barem i ruszamy na oględziny okolicy. Otaczają nas pola kapusty.

                

W niektórych uliczkach odnajdujemy nawet ślady ludzkiej egzystencji (wnioskujemy z bananów)

                

bar publiczny- odsłona druga

Barman uśmiecha się na nasz widok i tłumaczy, że w hoteliku zrobili kilka manewrów i wygospodarowali dla nas mały pokoik (podejrzewamy, że w związku z tym jakiś biedny robotnik będzie waletował u kolegów w pokoju obok, bo skoro nie było wcześniej miejsca, to skąd niby dwie godziny pózniej się znalazło?) 'Macie gdzie spać!'- cieszy się barman- 'A zjeść można tu w barze, tylko trzeba poczekać, bo właśnie się gotuje zbiorowa micha dla robotników, wystarczy i dla was'. Po całym dniu na dworze jesteśmy głodne jak wilkołaki. Zamawiamy po piwku, czekamy. W międzyczasie do baru zaczynają zchodzić się robotnicy z budowy i miejscowi. Wszyscy się interesują, jakim cudem znalazłyśmy się w tym miejscu, chcą rozmawiać, znoszą butelki z piwem, wino, papryczki chilli, orzeszki, jakiś starszy pan wciska nam na siłę swoją kanapkę, co mu została z drugiego śniadania (barman puścił farbę, że zaraz padniemy z głodu a kolacja dopiero za godzinę) Wyciągamy mapę, pokazujemy, wyjaśniamy tyle na ile pozwala mój 'komunikatywny;)' hiszpański. Nagle ktoś wynosi na środek podłogi plastikową michę. Czekamy na rozwój sytuacji:) Miednica na środku lokalu to nie przelewki...

nie- przelewki, czyli stara świecka tradycja

 Wszyscy obecni ustawiają się dookoła michy zapraszając nas do wzięcia czynnego udziału w celebrowaniu starej galicyjskiej tradycji, przy czym udział czynny polega głownie na...piciu cider'a (młode gazowane wino).

              

Wygląda to tak: Inicjator bierze butelkę sajdra i trzymając ją nad głową leje alkohol do szklanki z wysokości (micha jest po to, żeby podłogi nie pozalewać) po czym podaje ją osobie stojącej po lewej stronie. Obdarowana osoba ma obowiązek  wypić wszystko duszkiem a następnie powtórzyć całą ceremonię. I tak w kółko:) Po kilku 'wesolych okręgach' czuję, że jutro znowu będziemy podróżować na kacu:)

                         

                                             c.d.n

(jeżeli ktoś chce poczytać co się działo wcześniej, zapraszam do kliknięcia w kategorię 'historie nieopowiedziane')

środa, 07 czerwca 2006
o.p.kotlet- czesc 3

Galicja, w drodze

Atakujemy Galicje. Zamierzamy dotrzec przed noca w okolice Orense (optymistki, he). Wypycham Kaske na pierwszy ogien."Bo ja wygladam jak bandzior, nikt mi sie nie zatrzyma"- mowie. "Wyrzuc ta fajke i zdejmij okulary to sie zatrzyma".

                 

Kaska za chwile zatrzymuje..ciezarowke z laweta. Kierowca jest portugalczykiem, podwiezie nas tylko do Zamory, bo potem odbija na Leon- musi dowiezc samochody na czas. Rozmawiamy jakims dziwnym narzeczem hiszpansko- angielskim z niemieckimi wstawkami:). Nadal nie moge sie przelamac, zeby zaczac gadac po hiszpansku, niby znam troche slow i kawalek gramatyki, jednak ciezko mi to wszytko zlozyc razem do kupy. Mamy dobra passe, ludzie nas chetnie podwoza, szkoda tylko, ze nikt nie jedzie do Orense. Takim sposobem jedziemy od wsi do wsi, pokonujac niewielki dystans, aby do przodu. Zbraklo tektury do wypisywania flamastrem nazwy miejscowosci (lepiej miec napisane gdzie sie chce jechac niz tak machac bez sensu), wykorzystujemy lewa strone mapy. Przejechal patrol policji, zatrzymali sie, ciekawi, co robimy z tymi plecakami na skraju drogi (autostop tu jakos slabo popularny). Prosza o dokumenty, cos sprawdzaja, zaczynaja zadawac pytania... Chlopaki ani slowa po angielsku, wyjscia nie mam, przelamuje blokade i zaczynam klecic swoje pierwsze hiszpanskie zdania (Jak sie teraz ktos mnie pyta skad znam hiszpanski to mowie prawde- ze strachu:) Robi sie pozno, a my musimy gdzies dotrzec przed zmierzchem, teraz juz chcemy do najblizszego miasteczka dojechac z jakims hostelem, a nie do Orense. Policjant pokazuje na mapie jakas miescine- tu mozecie wynajac pokoj i dostac kolacje, nie podwieziemy was, bo my w druga strone, ale to tylko jakies kilka kilometrow. Drzemy z buta. Namiotu ze soba nie mamy, wiec trzeba cos szybko wykombinowac. Docieramy do wsi. 

                                          cdn

poniedziałek, 05 czerwca 2006
odgrzany poludniowy kotlet- cz.2

Salamanca, pazdziernik

Troche nam zajmuje znalezienie jakiejs bazy do rzucenia plecakow i ewentualnego noclegu. Wszedzie roi sie od studentow. Nic dziwnego, Salamanca jest najwazniejszym centrum studenckim w Hiszpanii. Ladujemy w jakies malo sympatycznej ale taniej norce z widokiem na rozwoj hiszpanskiej budowlanki, ale niewazne to, przeciez i tak bedziemy tu tylko spac. Jedna noc, bo rankiem trzeba ruszac dalej.

                      

Biegniemy zobaczyc jak najwiecej. A jest co ogladac, architektura w starej czesci miasta nas zatkala, tracimy poczucie czasu...i rzeczywistosci. Bola oczy (od wytezania wzroku w ciemnosciach), bola nogi, potrzebujemy odpoczynku i piwa tez potrzebujemy. Szukamy najbardziej obskornej speluny w okolicy. W takich miejscach zawsze jest klimat i cos sie dzieje. Ponadto mozna spotkac ciekawych ludzi, takich "prawdziwych". Zycie nocne w Salamance jakby troche uspione, jednak trafiamy do jakiegos lokalnego centrum taniej rozrywki z odrapanymi stolikami przykrytymi cerata, archaicznymi fotografiami wirtuozow gitary i wezem(?) w akwarium na barze (a moze to zolw jednak byl:). Podchodzimy do baru i wypowiadamy magiczne slowa "Dos cervezas por favor:-)" i zajmujemy punkt obserwacyjny w kacie. W miedzyczasie dwa piwa zamieniaja sie w 10 (nie docenilysmy miejscowej goscinnosci;), co chwila ktos obcy podchodzi i podnosi nam nastepne kolejki...jakis facet w garniturze prezentuje taniec (wygladajacy na polaczenie flamenco z breakdancem) miedzy stolikami, Kaska prawie spada ze stolka, usilujac uniknac ciosu z polobrotu od pana krecacego zamaszyste piruety, za chwile do tancerza dolacza pani z mocnymi brakami w uzebieniu, robi sie wesolo. Umieramy ze smiechu. Wesolo nam nie jest dla odmiany nastepnego poranka, kiedy to budzimy sie na gigantycznym kacu, a w perspektywach jest dalsza podroz. W nieznane.

                              

                                             cdn 

sobota, 03 czerwca 2006
odgrzany poludniowy kotlet- cz.1

Madrid

Nie planowalysmy pobytu w Madrycie. Czas nagli, a my obiecalysmy kolezance, ze zawieziemy przy okazji list i zdjecia do jej brata, ktory 10 lat temu ozenil sie z Hiszpanka i mieszka gdzies w gorach na polnocy w Galicji i bardzo rzadko kontaktuje sie z rodzina. Mamy wypisany adres na karteczce. Adres, pod ktorym mieszkal jeszcze 5 lat temu. Czy nadal tam mieszka, zamierzamy sprawdzic. W kazdym badz razie- jest misja- dostarczyc list "marnotrawnemu" bratu.

Madryt zwiedzamy biegiem i po lebkach. Wyjscia nie ma, rankiem musimy wrocic na trase, wiec biegamy jak glupie po miescie, gubiac sie co chwila i chloniemy wszystko po kolei w przyspieszonym tempie. A w mieszkaniu u Gonsala impreza. Ktos ze znajomych ma urodziny. Gonsalo mieszka z kolega i jego dziewczyna. Studenci witaja nas z entuzjazmem, obcalowywujac kazda z osobna. Pierwsza rzecz, do ktorej musimy sie przyzwyczaic- Hiszpanie sie wycalowywuja na powitanie w systemie kazdy z kazdym, jak u cioci na imieninach, w oba policzki [Za chwile czeka nas akcja "calowanie na powitanie" z kilkunastoma osobami, ktore przybyly goscinnie na impreze:-)] Wyciagamy butelke zubrowki przywieziona z Polski, dom zaczyna sie zapelniac goscmi, chlopcy gotuja wypasiona kolacje, dziewczyny robia drinki, dyskutuja energicznie gestykulujac. Obserwujemy. Troche nam glupio, ze zadna z nas nie mowi dobrze po hiszpansku, zeby sie walczyc do rozmowy. Niektorzy z nich probuja nawiazac kontakt, szukajac w pamieci angielskich slowek, my szukamy w pamieci hiszpanskich...Rozkladamy mape, probujac nakreslic jakis plan dzialania. Ktos mowi, ze Salamanca jest piekna. Troche nam nie po drodze, ale z drugiej strony za bardzo od trasy nie odbijemy, wiec..czemu nie. Rankiem pakujemy sie w autobus do Salamanki i opuszczamy Madryt.

*pomaranczowy- przebyta droga

*czarny- przystanki

                           c.d.n.

piątek, 02 czerwca 2006
odgrzany poludniowy kotlet- pilot

Cofke mialam wczoraj (w sensie wspominkowa), wiec tak moze zaczne po malu, zeby nie zapomniec...czasy odlegle, choc nie az tak bardzo, wiec odgrzeje kotleta...

pazdziernik, parking pod Zamkiem, Lublin 

Siedzimy z Kaska na krawezniku z plecakami i zgrzewka Naleczowianki. Gdzies stad odjezdzaja busy do Hiszpanii. A my potrzebujemy slonca. Pomysl padl kilka dni wczesniej, zastepstwo na kilka tygodni w pracy znalazlam w ostatniej chwili- wcisnelam dziewczynie, (ktora przedtem widzialam dwa razy na oczy) fotoaparat w garsc, adres + telefon do mojej pracy, klucze do swojego domu i powiedzialam :" Praca nie jest skomplikowana, musisz tylko pstryknac pare fotek dziennie, mozesz mieszkac u mnie zeby ci bylo blizej, dziekuje i powodzenia". Na parking podjechal bialy mercedes- bus z wasatym kierowca "Jak do Hiszpanii to wsiadajcie". Po drodze zabieramy garstke osob, przy czym okazuje sie, ze srednia wieku w busie wynosi 45 lat, wszyscy jada "do roboty" i patrza sie na nas jak na kosmitow. "A wy u kogo w Madrycie robita dziewuchy?"- mierzy nas wzrokiem sasiad, ktory zapomnial nog umyc przed wycieczka. "My na wakacje..to on do Madrytu ten bus jedzie??? Kurcze, trzeba bedzie jakis nocleg w tym Madrycie wykombinowac.." Towarzysze podrozy zerkaja z politowniem, przysluchujac sie naszej rozmowie. "To jak? roboty ni ma, noclegu ni ma, to moze lepiej nie jedzta bo se tylko klopotow narobita?"- pan od nog udziela zlotych porad...Kaska wyciaga komorke i odwraca sie do pana "Noclegu ni ma? Moze i ni ma ale zaraz bedzie". Przez chwile grzebie w spisie numerow, usmiecha sie i zaczyna pisac wiadomosc. "Do kogo?"- pytam. "Aaa, bylam pare miesiecy temu w Londynie na takiej imprezie, kolege poznalam, Gonsalo sie nazywa, tylko nie wiem czy on akurat z Madrytu, zaraz sie dowiem". W ciagu nastepnej godziny dowiadujemy sie, ze Gonsalo faktycznie mieszka w Madrycie, ze oczywiscie mozemy przenocowac a nawet wyjdzie nas odebrac z dworca. Obserwujacy nasze poczynania kibice kreca z przerazeniem glowami "Ale jak to? Wy w ogole nic zaplanowane nie macie? To gdzie wy wlasciwie jedziecie?" Odpowiadam "W swiat, prosze pana, w swiat.."

                                c.d.n.