turystka na nieustających wakacjach
czwartek, 17 stycznia 2008
dude, where's my car?

Gdy już jest w mym posiadaniu papier umożliwiający prowadzenie pojazdów bez nadzoru pana Bogdana (instruktora) czas pomyśleć o właściwym dla mnie samochodzie. Na razie i tak mogę sobie tylko pomyśleć na ten temat, więc nic nie zaszkodzi pomyśleć szerzej (czyt. nierealnie)

Oto samochód moich marzeń:)

              

Bo, jak ktoś mądry już powiedział, - "Ważniejsze jest to co w środku, a nie na zewnątrz"

piątek, 14 grudnia 2007
plastik fantastik

Dziś wiekopomna chwila, warta odnotowania. Odebrałam świeżutki plastik upoważniający mnie do prowadzenia pojazdów czterokołowych na legalu. Ignorując wszelkie przeciwności losu (wściekła grypa co mnie zaatakowała z nienacka, śniegi, wiatry, glut z nosa), ubrawszy się tak, że nawet teściowa by pochwaliła, że w końcu "z gołą dupą nie latam" (czyt. jak himalaista przed wyprawą na szczyty świata) poleciałam biegiem do urzędu, wyskoczyłam z opłaty 71 złotych i plastik już mój. Pani urzędniczka- sobowtór znanej zachodniej aktorki jednakże się zawahała z wydawaniem dokumentu, bo tradycyjnie, z rozpędu na pytanie o nazwisko, podałam to, które jest mi bardziej znane, czyli swoje prywatne przedślubne, drugi człon ignorując. Sofia Loręę pogroziła palcem, poinformowała, że naskarży mężowi, oraz nakazała się przynajmniej podpisać uczciwie.

poniedziałek, 03 grudnia 2007
i am the fuckin' highway!!!

Kto rano wstaje ten egzamin na prawo jazdy zdaje:)

Tym razem poszłoooo...

Przerażona wczesną nieludzką porą przydzieloną mi na egzamin (7 rano) nastawiłam sobie budzik profilaktycznie na 5, żeby się troszkę ocknąć. Dwie kawy, batonik z napisem 'snickers- i jedziesz dalej' oraz kawałek 'Psycho Killer' zespołu Talking Heads postawiły mnie na nogi na tyle, by uruchomić w znienawidzonym De-fucking- woo aveo autopilota;) i jechać z lekko odemkniętym okiem obserwując czyhające na mnie zasadzki. Dziadu- egzaminator- eksterminator nie mógł mi się trafić podlejszy, ale w związku z moim porannym upośledzeniem umysłowym nie zwracałam na niego uwagi. Nie pamiętam gdzie jeździłam, jak i po co, pamiętam walec drogowy, turystów rzucających się pod koła samochodu i moje dziadowskie zaparkowanie po zakończonym egzaminie oraz wycedzone przez zęby: ' za dwa tygodnie proszę się zgłosić do wydziału srararatatata po odbiór prawa jazdy. egzamin zakończony wynikiem pozytywnym '

Normalnie jestem fucking master miszczu driver!

piątek, 26 października 2007
podejście numer fafnaście

Mam nadzieję, że zdawanie egzaminu na prawo jazdy pójdzie mi sprawniej niż rzucanie palenia. Im dłużej to trwa tym gorzej, na egzamin się czeka teraz około dwóch miesięcy. Już nie podchodzę do rzeczy tak optymistycznie. Ostatnim razem, jak podeszłam optymistycznie to skończyło się kiepsko. Pan mnie oblał złośliwie, a ja zamiast pisać odwołanie, powiedziałam mu 'spieprzaj dziadu' i parę innych miłych słów. Nie wiem, czy lepiej dziś ze sobą zabrać relanium czy może wiatrówkę. Czy jakiegoś dresa z podwórka, żeby nadzorował egzamin ze stuningowanego golfa wychylając się przez okno (o ile szeroki kark mu na to pozwoli)

hasta la vista

update: dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa

środa, 11 lipca 2007
klątwa pasażera

Od dziś mówcie mi: 'ślepa dupa wołowa'. Poszłam więc ja wczoraj na ten egzamin, po uprzednim wykręceniu kilku kółek kombi-vectrą nad Zemborzyckim Zalewem, dełuu- ruski czołg czekało na mnie jak w czarnych przepowiedniach wróżki Barbary. Moje prośby do Allaha o opla zostały zignorowane. Zesrawszy się w gacie na widok owego pojazdu, machinalnie wykonałam czynności przygotowawcze i odwaliłam manewry placowe w jakieś dziwnej malignie (słupki mi się rozdwajały) i do tej pory nie wiem jakim cudem to zaliczyłam. Przyciasny żakiecik, co mi go Święty Robek kazał przywdziać, piłował mnie w grzbiet, ale skoro pan kazał jechać w miacho to nie miałam odwagi zatrzymać się i pognałam przed siebie, myśląc głównie o okularach słonecznych, których nie zabrałam, a które by się bardzo przydały, bo lampa od popołudniowego słońca waliła po oczach niemiłosiernie. I tak się rozpędziłam i se jeździłam i pozawracałam jak należy i pasy z gracją zmieniałam i nawet nie wymuszałam na nikim pierszeństwa i w ogóle miodzio, dopóki na kolejnym skrzyżowaniu, koncentrując się na tym, żeby 'się wyrobić przed wszystkimi' pognałam jak wariat przez rondo, 'wyrabiając' się elegancko, ale lekceważąc znak STOP, który to będzie mi się teraz śnił po nocach. Pan mi strasznie współczuł, ale przepędził na siedzenie pasażera i do widzenia. Niech mnie ktoś kopnie w dupę, z całej siły!!!

czwartek, 05 lipca 2007
dełu srełu
Powinni zakazać produkcji tych popierdółek daewoo- sreuu- dupeu, bo nie idzie tym dziadostwem jeździć, nie lubię takich przewrażliwionych samochodzików z małymi pedałkami:((( tfu...Uprzejmie proszę czytających, aby we wtorek trzymali kciuki za to, żebym dostała uśmiechniętego egzaminatora z corsą, oraz żeby na rondzie w końcu pasy namalowali...
poniedziałek, 04 czerwca 2007
i am the highway?

Oto nadeszła godzina zero. Zdaję dziś egzamin na prawo jazdy. W sumie nie liczę na cud, bo nie jestem facetem, żeby zdać za pierwszym razem, tylko ..blondynką;) Chcę tylko zaliczyć teorię i plac przejeździć, żeby kwasu nie było, a potem JAH BLESS ME! I niech mi dadzą corsę a nie jakieś daewoo- sreuuu zwanym szumnie chevroletem. I jakiegoś pana fajnego egzaminatora, a nie terminatora, co niepotrzebnie by deptał po pedałach;) Idę sobie jeszcze pojeździć przez dwie godziny, bo jazda mnie odstresowywuje, a potem się sama odwożę na egzamin. Niech moc będzie ze mną!!!

update:

jak powiedziałam, tak zrobiłam: testy zdałam, plac zaliczyłam...tylko potem z tym 'bless' nie wyszło;), wzięłam i po chamsku wymusiłam i cały zajebisty plan wpizdu...

poniedziałek, 14 maja 2007
piraci z Lublina
29 w cieniu. Sprzęgło mi się do buta przykleiło;) Biedny pan instruktor powinien sobie jakiś wiatrak w tej sauno-corsie zamontować. I korki. Całe miasto w korkach...Na egzaminie by się przydał taki 40- minutowy:) koras. Poza tym strach jeździć czy to rowerem, czy samochodem, czy hulajnogą bo wszędzie czyhają na moje życie. Ostatnio jakiś pijany chciał mnie rozjechać wraz z rowerem na parkingu, a dziś jeden taki jełop się nie rozejrzał włączając do ruchu i...dobrze, że gwałtowne hamowanie mam w małym palcu, bo bym w dziada wjechała jak w masło. Oboje jechaliśmy z dość sporą prędkością. Kilku centymetrów zabrakło. A na tylnym siedzeniu małe dzieci...Ja się pytam, gdzie tu wyobraźnia? Powymachiwaliśmy mu z instruktorem pięściami, trochę ochłonęłam i pojechałam dalej. Człowiek jak się uczy jeździć i natknie po drodze parę razy na idiotę, to naprawdę odechciewa się i tego prawa jazdy i samochodu i wszystkiego w ogóle...
środa, 11 kwietnia 2007
lacorsa w corsie czyli idz pod prąd

 No i stało się. Pierwsze koty za płoty. Za kółkiem nie siedziałam już od prawie trzech lat, nie licząc kilku incydentów w Szkocji, kiedy to usiłowałam wymusić na kierowcach z naprzeciwka respektowanie praw 'kontynentalnych', po mojemu słusznych w każdym kraju, również tym, gdzie się jezdzi po 'złej stronie' ulicy. Obserwując moje zamiłowanie do jazdy pod prąd Święty Robek dostał ataku histerii i wypędził na miejsce pasażera. Dziś po raz pierwszy od tamtych prób wyjechałam na miacho. Oczywiście, nie sama, a z panem instruktorem, który jest strasznie nerwowy i chyba się mnie boi (pewnie przez to, że 3 lata temu na lekcji nauki jazdy z tym panem zostałam zatrzymana przez policję dwukrotnie w ciągu pół godziny i on to ma w pamięci) A niech próbuje. Niech się drze i niech macha tymi ręcyma. Może mi krzykiem wpoi zasady ruchu drogowego, skoro inaczej się nie da. Najgorsze jest to, że człowiek się przez ostatnie lata naoglądał tego 'odwrotnego' jeżdżenia i teraz mnie jakoś samo ściąga na tą lewą stronę. Pierwszym manewrem jaki dziś wykonałam była próba włączenia się do ruchu...pod prąd...

Teraz namiętnie kontempluję testy teoretyczne, co chwila wydając okrzyki zdziwienia, gdy komputer uzna moją odpowiedz za niewłaściwą. Chyba mam dużo nauki przed sobą...